960×540 w wersji ekonomicznej

źródło zdjęcia: CNET

„Oszustw” z nowoczesną technologią ciąg dalszy.

Producenci ekranów LCD do smartfonów wymyślili sposób na oszczędzenie do 40% prądu. Jeżeli dokładnie przyjrzeć się ekranom takich telefonów jak Motorola RAZR, Motorola Droid 3/4, czy Motorola Atrix, a także (chociaż wyniki będą odrobinę inne) nowszych Samsungów Galaxy czy Nexus One, zauważymy, że z pikselami wyświetlającymi jednokolorowe (czerwone, zielone, niebieskie) elementy coś jest nie tak i ułożone są jakoś nieregularnie (p. zdjęcie nad postem).

Otóż mamy tu do czynienia z wynalazkiem zwanym matrycą PenTile. Stwierdzono bowiem, że po co robić piksele RGB (z trzech składowych kolorów pozwalających mieszać barwy dla uzyskania niemal dowolnego widzialnego odcienia), skoro można usunąć jakąś składową tu i ówdzie i zrobić ekran, który ma mniej aktywnych elementów, więc pobiera mniej prądu. Tak oto jeden piksel (logiczny) składa się na ekranie tylko z kolorów R+G, inny R+B, a jeszcze inny G+B. Dla lepszego efektu (i lepszego odwzorowania czarno-białego zwykle tekstu) dorzucono jeszcze subpiksele białe, oznaczane W.

Układ subpikseli w matrycach RGBW PenTile

 

Plusy? Mniej aktywnych elementów, to mniej podzespołów do zasilenia, czyli dłuższe życie baterii.
Minusy? Wysznięto ;) z założenia, że przy tak dużej rozdzielczości na tak małej powierzchni nikt nie powinien się zorientować. This is not true. Porównując taki ekran z ekranem iPhone’a 4S, który ma tę samą (zbliżoną) rozdzielczość, stwierdzamy, że na matrycy PenTile jeśli dobrze się przyjrzeć, to piksele widać, podczas gdy Ajfon ma obraz jak żyleta. Przy tej gęstości jego matryca wygląda jakby miała nieskończoną rozdzielczość ;-)

Nie ma w tym zresztą nic dziwnego. 960×540 pikseli RGB to 960*540 fizycznych pikseli, rozumianych jako kompletów podpikseli, na ekranie. Natomiast na RGBW PenTile będzie to… jedynie 480×270 kompletów subpikseli, adresowanych jak 960×540. Zarazem będzie to faktycznie wyższa rozdzielczość, niż gdyby było to 480×270 tradycyjnej matrycy. Przy PenTile w wersji RGB pikseli jest tylko o 1/3 mniej, ale efekt nieco gorszy. Główna zaleta tej technologii jest jej główną wadą. PenTile jest magicznie energooszczędne, bo ma mniej subpikseli, ale też mniej precyzyjne, z tego samego powodu. Najszczęśliwsi są (najlepiej na tym wychodzą) ci, którzy nie widzą różnicy :)

Osobiście uważam tę technologię za niesamowicie sprytne oszustwo na domniemaną korzyść konsumenta.

Hack’a'rola Droid 4

Smartfony w USA są tańsze, a czasem znacznie tańsze niż w Polsce.
W chwili pisania tych słów, typowa cena nowego iPhone’a 4S ze sklepu w Polsce to 2600zł, natomiast w USA kupując go od Verizon (też bez planu taryfowego) będzie to ok. 2100zł. Jakiś czas temu różnice były znacznie większe, gdy ten sam model iPhone’a 4 kosztował w Polsce 3000zł, a tam – 2000zł.
Pół roku temu Motorola Droid 3 kosztowała w Polsce (chociaż sklepy, które ją sprzedawały, sprowadzały ją z USA) 2200zł, podczas gdy w Stanach byłoby to 1500zł. W marcu natomiast pojawiła się kolejna odsłona serii Droid (w Europie nazywanej Milestone, urwanej na modelu z numerkiem dwa), kosztując 1700zł. Koniec końców wprawdzie doliczają do tego podatek (niespodzianka, Verizon wszystkie ceny podaje netto), ale jedynie w wysokości 6%.

Oczywiście, Verizon może sobie pozwolić na wypuszczanie urządzeń „tanio”, bo… i tak nie możesz przejść do innej sieci. Większość sprzedawanych przez Verizon telefonów nie ma nawet slotu na kartę SIM! Można więc natknąć się w Internecie na ludzi, którzy myśleli, że kupią ajfona taniej i będą szczęśliwi, a tymczasem dowiadują się, że nie włożą karty i nie uruchomią telefonu. Jak to możliwe? Otóż, w Verizon wykorzystuje się inną technologię niż u nas:

  • numer telefonu jest zaprogramowany bezpośrednio w urządzeniu – Subscriber Identity Module staje się niepotrzebny (dlatego niełatwo zmienić operatora)
  • wykorzystywana przez nich technologia, to nie GSM, jak od lat w Europie, lecz CDMA. Nawet jeżeli ten skrót wydaje Ci się znajomy, to weź pod uwagę, że uściślając ten popularnie używany skrót należałoby powiedzieć CDMA2000, co jest już wariantem stosowanym przede wszystkim w USA, Korei i Japonii. Kiedy mówimy „CDMA” w Europie, mamy na myśli standard WCDMA, który działa po prostu inaczej, jest technologią alternatywną. Telefon, który obsługuje jedynie verajzonowe CDMA po prostu nie „dogada się” z polskimi nadajnikami, używając innego „języka” niż swój „rozmówca”.

    systemy z rodziny CDMA2000 działające głównie w Ameryce i Azji (popularne dzięki kompatybilności z wykorzystywanymi tam wcześniej sieciami cdmaOne). Wśród 4 największych sieci komórkowych w USA[10] , dwie (operatorzy Verizon Wireless i Sprint Nextel) zbudowane są bazie standardu CDMA2000, a dwie (operatorzy AT&T Mobility i T-Mobile USA) używają technologii WCDMA.
    src: Wikipedia

Dlatego jeżeli wpadniesz na pomysł zakupu telefonu z innego kontynentu, musisz uważać. Na kwestie opłat celnych spuśćmy zasłonę wymownego milczenia, ważne i fascynujące są tu same różnice technologiczne.

Osobnym zjawiskiem są telefony sprzedawane jako „Global”, obsługujące wszystkie wymagane technologie i pasma (i karty SIM ;-)) by działać na całym świecie. Globalne były właśnie Motorole Milestone 1, 2 i 3, chociaż ta ostatnia miała zdecydowanie mniej globalną dystrybucję (aczkolwiek znajdziemy ją na Allegro). Osobiście jestem fanem zarówno Androida, jak i fizycznej klawiatury QWERTY (którą traktuję jako tzw. must-have), więc Droid 2, później 3 (dwurdzeniowy procesor 1 GHz), a ostatecznie Droid 4 (2×1,2 GHz i nareszcie 1 GB RAMu; do tego lepsza klawiatura) wydawał mi się smartfonem idealnym. Miał tylko dwa mankamenty. Po pierwsze, nie był sprzedawany w Europie.

Drugi problem jest znacznie ciekawszy. Według pierwszych specyfikacji telefon obsługiwał wszystkie pasma (global-ready), potem pojawiły się informacje, że początkowo będzie to tylko CDMA, a GSM zostanie „włączone przez aktualizację oprogramowania później w tym roku”. Jeszcze później natomiast na rzekomy wniosek Motoroli, z serwisów internetowych zaczęły znikać wzmianki o wsparciu GSM w tym telefonie. Czy zadziała i kiedy – pozostawało niewiadomą (oficjalnie nadal pozostaje).

Jestem upartym stworzeniem, urządzenie zatem sobie sprowadziłem, drogą kupna. I tu zaczyna się frajda.

Aby go uruchomić po raz pierwszy, należy aktywować telefon (procedura Google i/lub Verizon, bo soft jest mocno brandowany), oczywiście przez internet. Naturalnie jeśli nie masz łączności z siecią komórkową i nie widziałeś na oczy systemu, to nie masz internetu w ogóle (bo do ustawień WiFi dopuści Cię dopiero po aktywacji) i aktywować się nie możesz.

Magiczna sztuczka nr 1: dotknij kolejno czterech rogów ekranu. Lewy górny, prawy górny, prawy dolny, lewy dolny. Ta-da, właśnie obszedłeś procedurę aktywacji i zobaczyłeś ekran „domowy” Androida. Od tej pory możesz dowolnie korzystać ze smartfona. Konto Google możesz skonfigurować w dogodnej dla siebie chwili.

Niedawno natomiast ukazała się na forach internetowych informacja, że znaleziono sposób na włączenie w Droidzie 4 modułu GSM. I tu robi się jeszcze ciekawiej… ;-)

RadioComm + Droid 4 - czarna magia w praktyce

Czarna magia w praktyce

Aby włączyć GSM, należy zainstalować sterowniki Motoroli, pobrać program RadioComm (wewnętrzne narzędzie Motoroli; najlepiej w wersji 11.12.2 lub nowszej), uruchomić i połączyć z telefonem wybierając sterowniki MA→COMMON→MDM 6×00. Gdy kontrolka z prawej strony programu „zaświeci” na zielono lub różowo, możemy przystąpić do operacji przeprogramowania radia (żargonowe określenie modułu komunikacji z czymkolwiek za pomocą fal elektromagnetycznych ;)). W tym celu na zakładce „FTM Common1″, w sekcji NVAccess wybieramy 1877 NV_RF_BC_CONFIG_I i odczytujemy wartość tegoż konfigu przyciskiem Read.

Magiczna sztuczka nr 2, poziom ekspert: w odczytanej wartości podmieniamy pierwsze 8 bajtów (16 znaków) na 8703E80400000200. Wartość tę objawiono przy użyciu najprawdziwszej czarnej magii, niczym algorytm absurdalnie szybkiego liczenia pierwiastka kwadratowego w Quake 3. Tak serio, to najprawdopodobniej liczbę tę ukradziono z Chin, to znaczy z egzemplarza telefonu tam zakupionego, który okazał się obsługiwać łączność GSM na dzień dobry. Skąd magiczna liczba wzięła się w nim? Należy uznać za prawdopodobną teorię, że gdyby każdy Chińczyk wypróbował jedną-dwie wartości, to wiedząc, że liczba Chińczyków dąży do nieskończoności…
Klikamy write. GSM odblokowane.

Przynajmniej według Internetów. Właściwie to kilka to dni później zrobili już na to jedną łatkę, która sama programuje modyfikację radia. Ale, co jeszcze zrobiłem (i przypadkiem dopiero wtedy zadziałało) ja?

Biała magia – SafeStrap.
Istnieje narzędzie, zwane SafeStrap, które pozwala na wrzucenie drugiego ROMu (systemu) na urządzenie, zachowując bezpiecznie pierwszy (zwany, paradoksalnie, unsafe, jako niebezpieczny do modyfikacji). Jego użycie (pod tym linkiem więcej detali) składa się zwykle z wykonania następujących kroków:

  1. wrzucenie ROMu na kartę pamięci (zewnętrzną, czyli kartę pamięci, lub wewnętrzną, czyli pamięć telefonu)
  2. uruchomić telefon i po wejściu w SafeStrap (przyciskiem menu) przełączyć na Safe system
  3. wyczyścić dane (to niegroźne, przełączenie systemu utworzyło kopię Twoich danych)
  4. wyczyścić cache
  5. w mounts and storage sformatować /system (spokojnie; patrz pkt. 3)
  6. w advanced wyczyścić dalvik cache
  7. włączyć instalację ROMu, opcja „install ZIP from SDcard”
  8. restart telefonu – witaj w nowym systemie operacyjnym
Instalacja ICS na Droid4

Instalacja ICS na Droid4

Tą metodą zainstalowałem Androida 4.0, znanego jako ICS (Ice Cream Sandwich).
(Magiczna sztuczka nr 4) W nim zaś okazało się działać ukryte menu serwisowe telefonu, które można uzyskać po wpisaniu na ekranie wybierania numeru kodu *#*#4636#*#*. W tym menu,  z kolei, dało się przełączyć obsługiwane pasmo na GSM. Po restarcie systemu (mało tego, na tym etapie mogę równie dobrze wrócić do ROMu „stockowego”, czyli standardowego!) GSM działa!
Niektóre łatki prawdopodobnie zawierają w pakiecie preferencje pozwalające na włączenie GSM w ROMie.

Tak oto, używając hacka na hacku, włącza się „nieobsługiwane” pasmo komórkowe w linuksowym smartfonie.

 

Pozostał tylko jeden problem… muszę zamienić kartę SIM na microSIM i być pewien, że tego chcę ;-).
Bo prawdę mówiąc fora donoszą, że ten GSM nie działa jeszcze idealnie… (o ile używamy 2G, wszystko jest OK, natomiast w 3G przy połączeniach wychodzących nie będzie głosu).

Niemniej jednak – zdobyłem i „przerobiłem” Droida 4 :-).

Zarządzanie czasem

Jestem w tym absolutnie do niczego.

Spychanie swoich spraw (blog, programowanie „for fun”, stworzenie własnej strony domowej, kontakty z innymi istotami ludzkimi, etc.) na stanowisko „po obowiązkach [i drugiej połówce]” oznacza w praktyce strącanie ich w otchłań bez dna. No kto by pomyślał?

Nie programuję po nocach (bo szewc bez butów chodzi; poza tym po 22 mam nagłe ataki senności, wcześniej się nie da, a rano się wstaje), nie jeżdżę  na rowerze (nadal stoi w Łodzi, tu w Krakowie występuje problem pt „gdzie go trzymać?”), prawie nie słucham muzyki (nie wiem, dlaczego). Nie rzucim książki – lubię dojazdy do pracy komunikacją miejską, bo można sobie spokojnie poczytać, godzinę dziennie, jak dziecku ;-)

Standardowa książka Dukaja nie jest wprawdzie idealną do noszenia zawsze przy sobie, z racji gabarytów, ale skoro jeżdżę już z tym wielkim plecakiem… ;)

 

Prawdopodobnie powinienem zaktualizować „jak rozmawiać z ikarim” do znacznie krótszej postaci: nie rozmawiać. Kontakt w czasie rzeczywistym powoli wkładam między bajki. Możliwe że i maile mi umykają, chociaż raz na jakiś czas próbuję robić ich przegląd. I’m sorry.

Mam zatem problem z czasem. Z czasem i z koncentracją, zwłaszcza, gdy ktoś do mnie mówi. To zaś ma miejsce zawsze, gdy zbieram myśli lub założę słuchawki i włączę muzykę. Murphy, ty sukinsynu.

Bardzo chciałem popełnić tu kilka, konkretnych nawet, wpisów… Ale nie mogę sobie przypomnieć, o czym. Alzheimer postępuje? Ten wpis jest natomiast tak cudownie chaotyczny jak te sprzed kilku lat, tak bardzo o niczym, tak bardzo by pokazać, że wciąż żyję. Czy to bardzo źle?

W ramach rekompensaty, ilustrowana historia o prostym psie.

Pożegnania nadszedł czas

Czas wypożyczenia smartfona z Play się dla mnie, jakiś czas temu, skończył. Telefon ładnie zapakowany, kompletny, zwrócony. No i, oczywiście, sformatowany, bo kto wie, co oni z tym potem robią ;-)

Wrażenia z poprzednich wpisów mogę nieco zaktualizować.

Po pierwsze, przeprosiłem się z ekranem. On jednak nie reaguje tak opornie, on reaguje tak późno, czyli to nie jego wina. Daje się miziać i delikatnie, jak na ekran dotykowy przystało, należy tylko pamiętać, że paznokciem nie bardzo, a długopisem całkiem nie da rady (na swoim telefonie zdarzało mi się wstukiwać coś na klawiaturze ekranowej czymkolwiek, co było pod ręką – i było to fajne i wygodne).

Po drugie, VoIP na telefonie to chyba jednak bardzo kiepski pomysł. Mając numer we Freeconet, muszę skonfigurować go tak, by meldował się do centrali co 60 sekund, a nie co 5 minut, jak domyślnie. Skutek jest taki: o 9 rano naładowałem telefon do 100%, zaświecił na zielono, że nakarmiony, przez cały dzień w ogóle go nie dotykałem, nie ruszałem, nie wybudzałem, nie sprawdzałem godziny – po prostu sobie leżał bezczynnie, o 15.30 telefon zaświergotał, że jest całkowicie rozładowany i się wyłączył.

6.5 godziny na baterii bez używania. Koszmar. Winą obarczam (nie wiadomo, czy słusznie) niemal ciągłą transmisję danych w tle – podtrzymywanie połączenia z Internetem i z serwerem Freeconet (kto wie, może także odpytywanie w tle BlipaGoogle+ przez aplikacje). To znaczy dla mnie tyle, że nie mogę obładować androidowego smartfona tyloma aplikacji, iloma bym chciał. Oczywiście powinienem był to wiedzieć, a szefowa nokia N900 po włączeniu VPN też rozładowuje się w kilka godzin, ale nadzieja umiera ostatnia… To znaczy także, że podobny czas życia mojego HTC Touch Pro 2 po zabootowaniu Androida  też nie był winą niezgodności sprzętu i oprogramowania (brakujące sterowniki, nie do końca działający tryb wstrzymania). Wreszcie, oznacza to także, że moją przyszłą Motorolę Droid 3 będę prawdopodobnie bardzo męczył. Może pora rozejrzeć się zawczasu za ogniwami słonecznymi, kurtkami z ładowarkami, etc…

Android to naprawdę fajny system. Może nie na telefonie z ~520MHz, czy ile on tam miał, bo nawet słownik z podpowiadaniem wyrazów zamula podczas pisania (i to była największa udręka – jeżeli nie masz fizycznej klawiatury, a ekranowa potrafi się przywiesić na 2 sekundy z powodu przeszukiwania słownika… to boli. Może wisiałaby mniej, gdybym nie włączył jednocześnie polskiego i angielskiego słownika), ale to naprawdę fajny system.

Co więcej mogę powiedzieć o samym telefonie…? Mogę pokazać przykładowe zdjęcie na zewnątrzw pomieszczeniu – typowy komórkowy aparat, nie oczekiwaliśmy przecież więcej. Drugiego dnia jego używania odkryłem spontanicznie, że “przycisk” na dole telefonu to nie tylko przycisk, ale maleńki touchpad! Można go sobie miziać i gładzić i działa to jak używanie strzałek na klawiaturze. Genialne. GPS działa w nim znacznie szybciej niż w moim Touch Pro 2, o czym już pewnie pisałem, natomiast telefon ma także kompas i to dopiero jest frajda! Po jakiejś minucie od odpalenia Google Maps, gdy kompas się uruchomi (i skalibruje? nie wnikam w jego działanie), mapa zaczyna orientować się zgodnie z orientacją faktyczną. Awesome! Można obrócić telefon i patrzeć, jak mapa obraca się wraz z nim (technicznie to: w przeciwnym kierunku), tak, że nadal pokazuje obiekty będące przed Tobą… przed Tobą. Mała rzecz a cieszy, nie bawiłem się dotąd telefonem z kompasem. Ekran natomiast świeci jaśniej od tego, który mam w HTC, więc w słońcu widać więcej. Zarazem odbija całe mnóstwo światła. Ale nadal, wydaje mi się, że jeżeli chcemy widzieć w pełnym słońcu wszystko, co jest na ekranie, to tylko iPhone sobie z tym poradzi (ekran iPhone 3GSiPoda Touch ma tak silną powierzchnię odblaskową, że powyżej pewnego natężenia światła jest już tylko coraz lepiej). Dwa tygodnie używania, ekran bez najmniejszej ryski czy kropeczki. Może jest wytrzymały.

Podsumowując – jak na urządzenie za 400zł, fajny. Nie należy go jednak za bardzo obciążać. Każdy kontakt z Androidem zachęca mnie do tego systemu. Klawiatura wyłącznie ekranowa – nie. Próbował ktoś kiedyś pisać na tym w łódzkim tramwaju? Nie da się, naprawdę, absolutnie w żaden sposób się nie da. A na fizycznym QWERTY mogę pisać bezwzrokowo. Nawet tańczyć na lodzie mi się podczas pisania SMSa zdarzało (odbiło się to wprawdzie na jego treści… ;)).

Z archiwum…:
Wehikuł czasu

Magia cofania się w przeszłość

Nigdy nie lubiłem historii. Zwłaszcza nienawidziłem jej jako przedmiotu szkolnego, na którym próbowano nam wbijać zupełnie do życia niepotrzebne (wiem, wiem, można się kłócić… chociaż ja tam żadnych specjalnych kontrargumentów nie widzę), pozbawione jakiegokolwiek sensu, logiki i związku przyczynowo-skutkowego – słowem, za dużo do zakucia na pamięć.

Ale jednak historiaprzeszłość to dla mnie zupełnie odrębne, a może wręcz odległe pojęcia. Historia to podręczniki i mapy. Przeszłość zaś to ta wydeptana ścieżka, która ciągnie się za nami. Trawa nosząca ślady pojedynczych stóp lub ubity piach mówiący, ile ludzi tędy przeszło (niekoniecznie, jak kto z nich później skręcił…). Przeszłość to te cegły i ten cement, z których budujemy swój mur oddzielający ‚mnie’ od ‚świata’ – swoją osobowość, prywatność, ale i wizerunek z zewnątrz.

Przede wszystkim czas z naszego punktu widzenia biegnie liniowo – i tak oto każdy z nas każdego dnia czyta kolejną stronę w księdze swojego życia. Przeszłość to ten śmieszny stosik po lewej, to, co zostało już przeczytane, co już przeżyliśmy, pamiętamy i czekając na dalszy rozwój wydarzeń, zostawiamy coraz dalej w tyle, czytając do końca. Czy jednak nie kusi czasem, by znów otworzyć wcześniejszą stronę? By przeżyć wybrany fragment raz jeszcze i… dać się zaskoczyć? Czytając te same strony po raz drugi i trzeci odkrywasz za każdym razem coś nowego, gotów przysiąc, że wcześniej tego nie było. Zabawne, ale znając to, co było później, lepiej rozumiesz słowa swojej książki, które pojawiły się wiele stron wcześniej…

Wracanie do tych dawnych słów, najlepiej własnych, zawsze było dla mnie źródłem nowych doświadczeń. Zaskoczenie, refleksja, pochylenie się nad mądrością bijącą tekstu („a dziś taki głupi jestem…”), przytakiwanie… jednak zawsze są to odmiany jakiegoś szoku i jakiejś fascynacji. Bywało, że znajdowałem trafne przewidywania nieprzewidywalnego. Wiecznie aktualne i ciekawe przemyślenia. Żal chwytający za serce, kiedy myślę „dziś już nie umiem tak pisać„, albo „dziś nie mam ani proporcjonalnie większych, ani nawet takich osiągnięć, jak wtedy” (jestem z siebie wiecznie niezadowolony, to chyba o tyle dobrze, że w końcu chcę być lepszy ;)). To zaskoczenie, kiedy widzisz, że minęło kilka lat, stwierdzasz, że w gruncie rzeczy niewiele się pod niektórymi względami zmieniło… Zawsze takie powracanie do tego co było czymś bardzo ciekawym.

Otwórz starą szufladę

Ten blog istnieje od kwietnia 2004r. Jednak czy musi to oznaczać, że nigdy wcześniej nie próbowałem spisywać swoich myśli? Właśnie nie! Zdarzało się pisanie mniej lub bardziej „do szuflady” (choć jednak częściej tej wirtualnej – także dlatego, że tak jest po prostu kilkukrotnie szybciej i łatwiej uchwycić nietrwałą myśl, zanim ta wzbije się do lotu i poszybuje w siną dal… przez okno… nie patrz przez okno, kiedy się obudzisz – powiadają że wtedy właśnie zapomina się sen ;)).

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

Z archiwum…:
Untitled1

Blog, www, a potem coraz bardziej osobiste

Zrobiłem sobie „tag cloud” na blogu! :) Nie mam wprawdzie najmniejszego pojęcia, po której stronie leży wina, że niektóre tagi są z dużej litery, przez co alfabetycznie są wcześniej (ani czemu tak), ale myślę, że to nikomu specjalnie nie przeszkadza. Ba, w pierwszej chwili dzięki temu wydają się być ułożone losowo! ;P Wykorzystałem przy tym bajer szablonu bloga, który dopisałem już wcześniej na potrzeby „Utworu na dziś” (obecnie „resztę roku”…), jednak nigdy z niego nie skorzystałem – możliwość wstawienia zawartości dowolnego zewnętrznego pliku wewnątrz bloga. W tym wypadku samą listę tagów znajdziemy tutaj. Kliknięcie przenosi nas na listę postów otagowanych tym słowem wyświetlaną w serwisie technorati.
W ogóle mam wrażenie, że zrobiłem się ostatnio dość „płodnym” blogowiczem, na co można by znaleźć kilka wyjaśnień. Może podświadomie trzyma się mnie pomysł powstały po jednej z notek (pisać, pisać, pisać, zepchnąć to poza 10 wyświetlanych notek)…
Zauważam też setki sprzeczności w tym, co myślę, a co robię, albo między własnymi wypowiedziami. Prawda zawsze leży pośrodku i ten złoty środek trzeba umieć znaleźć, jednak nie zawsze jestem pewien, czy go widzę. Najczęściej jednak przejaskrawienia zdarzają się celem uświadomienia drugiej stronie wagi argumentów ;P
No i najważniejsze – co najtrudniej chyba zrozumieć – to, że coś twierdzę i w to wierzę, nie znaczy wcale, że wszystko mi się według tego w życiu układa. Można twierdzić, że coś jest złe, że tego być nie powinno, a jednocześnie nie móc tego elementu z życia usunąć. Nie możemy przecież zakładać, że skoro nie podoba mi się błękitny kolor nieba, to jutro będzie czerwone…
Znalazłem ostatnio (też dzięki Technorati) post, w którym Cihy cytował notkę z mojego bloga. Tę o przyjaźni i miłości. Tę, gdzie piszę, że od wyidealizowanej do granic możliwości (czyt. tak naprawdę takiej, do jakiej powinniśmy wszyscy dążyć) przyjaźni miłość różni się tym, że chcemy mieć drugą osobę tylko i wyłącznie dla siebie. I że ta zazdrość i zawiść jest zjawiskiem negatywnym, niszczącym, a jednak wkomponowanym w ludzką naturę. I nadal tak twierdzę. I to wcale nie znaczy (że łamię wszelkie zasady języka polskiego zaczynając każde kolejne zdanie od „i”), że nigdy nie byłem zazdrosny. Wręcz przeciwnie, zawsze byłem, ale prawdę mówiąc nie widziałem w sensu okazywania tego, bo – jak zapewne już wiecie – zawsze wychodziłem z założenia, że jak jedna osoba się czymś martwi to lepiej, niż jak dwie. Problem zaczyna się wtedy, kiedy uświadamiasz, sobie, że to właśnie jest ta myśl, która sprawia, że zasypiając, już prawie śniąc, nagle czujesz uderzającą dawkę adrenaliny, rozbudzasz się, serce wali jak młot, a może nawet jesteś zlany potem (a może po prostu było za gorąco w pokoju). I tak kilka razy przy każdej próbie zaśnięcia, bo przecież nie da się kontrolować własnych myśli, a tym bardziej nie kiedy zasypiasz…
Niesamowite, jak łatwo… popaść w paranoję _^_…

Jest taki kawałek jednej z notek Mona, który miałem skomentować już dawno dawno (rok) temu, zaraz po jego przeczytaniu, ale odkładanie na później skończyło z tym, jak ze wszystkim:

Owszem, jest sporo osob, ktorym ufam praktycznie bezgranicznie i moglbym im mowic o wszystkim, oraz jeszcze wiecej takich, ktore po prostu wypelniaja moj czas, codzienne zycie – w relacjach ‚kupmlowskich’. Ale patrzac z drugiej strony – ile osob moglo by MI zaufac w takim samym stopniu? Niestety niewiele (nikt?).

U mnie dokładnie odwrotnie. Zawsze było więcej osób, które ufają mi, niż tych, którym ja ufam, czy raczej potrafię mówić (bo o moje zaufanie w zasadzie nie jest tak trudno, dużo trudniej jest doczekać się, aż się w jakimkolwiek stopniu otworzę). Są osoby, o których doskonale wiem, że mogę im zaufać i mówić o wszystkim, ale… nie umiem. Po prostu w tych niektórych przypadkach nigdy nie umiałem z tego skorzystać. Ale to naprawdę nie oznacza braku zaufania… To tylko mój problem, moja wewnętrzna bariera. W końcu wiele osób mówiło mi, że kiedy mnie poznało, byłem zupełnie jak Shinji Ikari (zbieżność z nickiem naprawdę przypadkowa!) – totalnie zamknięty w sobie. Ogólnie przypomina mi się w tej chwili „Evangelion” – tam Pole AT, czyli Absolute Terror Field było zdefiniowane jako „nienaruszalna przestrzeń, której żadna osoba trzecia nie może przekroczyć”, a na koniec serii wyjaśniono, że tym polem faktycznie jest dusza. I chyba każdy z nas wytwarza wokół swojej duszy taki teren pilnie strzeżony, na który nikomu lub prawie nikomu nie pozwalamy wejść ani się zbliżyć… Naturalna bariera ochronna…

Hm… Wracając do tematu blogów – generalnie musicie przyznać, że blog Cihego ma genialny layout. Strasznie mi się podoba, chociaż w moim wypadku oczywiście kolorystyka byłaby taka, jaka u mnie jest teraz – koniecznie musi być czarno, ciemno, szaro, z szarym tekstem, błękitnymi linkami i białymi pogrubieniami ;) Zżyłem się z tym stylem, tym bardziej, że mam go od początku istnienia bloga, jest czytelny, estetyczny (?) i układy „jasne na ciemnym” posiadają wiele innych zalet ;P
Zresztą – wcale się nie chwaląc ;) – sam Riddle, „ikona polskiego Internetu” (moim celem nie jest ironia, sarkazm, ani wyraz uwielbienia – jest to po prostu cytat tzw. ogólnej, zasłyszanej opinii; dla mnie Riddle na pewno jest osobą, która wie o designie stron dużo więcej ode mnie i po prostu go szanuję) pisał o moim blogu tak:

Oryginalny, ciemny… jak lubię. Nie pasuje mi tylko za mała ilość pustej przestrzeni, której brak powoduje zlewanie się tekstu.

(Co do tego drugiego nie mam żadnych kreatywnych pomysłów, niestety ;) – wydawało mi się, że mój trójkolumnowy układ nie jest taki straszny… No, przynajmniej nie ma za dużo obrazków po bokach (czasami miałem już takie wrażenie))

Radio ikari

Może to nie Listen2Mon, ale – właściwie za sprawą Golczasa – chwilowo można posłuchać mojego winampa pod adresem mojego serwera ShoutCast (format AAC+, 28kbps). Jeśli ktokolwiek ma ochotę słuchać (jeśli przy tym bitrate słuchać by radia non-stop, „24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu” to miesięcznie zużyjemy około 7 GB), to może będę włączać częściej… Chociaż leci po prostu to, co akurat wrzuciło się do playlisty, nieczęsto coś specjalnie wybranego. Maksymalnie 24 słuchaczy, póki co maksimum wynosi 1 XD
Edit: Oczywiście nazwa „radio ikari” to tylko żart, traktujcie to raczej jako podsłuch mojego WinAmpa ;)

Zbieram na cokolwiek

Chyba właśnie zostalem bez grosza przy duszy/na koncie. Wszelkie wsparcie materialne bardzo mile widziane, celów nie brakuje.

Przypomnijcie mnie, bym napisał jeszcze to, co miałem napisać o samobójstwach i sataniźmie ^^”

Huawei U8500, dzień drugi

Huawei obudził się rano martwy.

Rozładowany. [Jeśli nie czytałeś(-łaś), tutaj jest poprzedni wpis na jego temat]

Początkowo pomyślałem, że to dlatego, że na noc uruchomiłem ten zegar i mimo wyłączenia coś tam baterię żarło. Trudno. Odrobinę podładowałem i zabrałem ze sobą do pracy.

Po drodze pobawiłem się Foursquarem, stwierdzam więc przy okazji, że GPS na otwartej przestrzeni działa bardzo sprawnie, ale w pomieszczeniach już gorzej (w domu jestem w Szanghaju, ale to nie pierwsze urządzenie, które tak twierdzi). Na polu GPS Huawei U8500 radzi sobie znacznie lepiej od mojego HTC Touch Pro 2, ale gorzej niż iPod.

Może chodzi o to, że wrzuciłem na niego zbyt wiele aplikacji (o tym za chwilę). Niemniej jednak w pracy ładowałem go twardo, z gniada sieciowego, do samego końca, czyli 100%. O godzinie 17.30 telefon naładowany do 100% odłączyłem od zasilania i zabrałem do domu. O godzinie 23 umarł z rozładowaną baterią. O-oł, Huawei, we might have a problem here.
Kiedy bawiłem się androidem na moim HTC (to telefon z Windows Mobile, jak już wspominałem, ale dzięki cudom internetu, można uruchomić na nim Androida), myślałem, że fakt, że mogę rozładować telefon w 6-7 wcale go specjalnie nie męcząc to wina tego, że uruchamiam niewspierany system operacyjny na danym sprzęcie i że źle zarządza zasilaniem i wszystkim, bo lepiej nie umie.
Ale tutaj mamy smartfon dedykowany androidowi i śmieć po 6 godzinach od pełnego naładowania. Prawda, było to 6 godzin z siecią, przez chwilę nawet z wifi, z instalacją aplikacji, wysłaniem SMSa czy obejrzeniem 30 sekund nagrania na youtube, ale bez przesady.

Początkowe wrażenie z tym telefonem było pozytywne. Było lepsze niż słyszane dotąd opinie. Bo przecież nie taki zły, bo chodzi całkiem sprawnie (jeśli patrzeć przychylnie), bo działa, i tak dalej. No ale on jest wiecznie rozładowany, a to mi się nie podoba.
Dziś przed wyjściem do pracy udało mi się naładować go do 38%. Rozładował się po 40 minutach. O-oł.

Aplikacje.

Może przeciążyłem go aplikacjami. Zainstalowałem: Photoshop Express, Adobe Reader, Amazon Kindle, Bump, CSipSimple, Google+, Google Reader, Foursquare, Soundhound, TestujSmartfona (Play zbiera chyba jakieś statystyki), Winamp, Angry Birds, Speed Test (hey! Play dał u mnie w domu radę wyciągnąć ponad 1 MB/s na łączu komórkowym!) , Blipπ.
W tle z tego na pewno chodzą CSipSimple (aplikacja VoIP, powinna być uruchomiona cały czas), być może także TestujSmartfona, czasem Blipπ, G+, Gmail, takie tam. To chyba nie tak dużo?

Najgorsze, że ten smartfon działa jak Windows Vista. Chyba wszyscy wiemy, co to oznacza — wygląda bardzo ładnie (Android w ogóle jest przyjemnym dla oka systemem), ale co chwilę atakuje nas komunikatem “Aplikacja A wykonała nieprawidłową operację”, “Aplikacja B zostanie teraz zamknięta” (pół biedy, jeżeli tylko nie odpowiada, bo wtedy możemy kazać zaczekać trochę dłużej). To może być wynikem posiadania przez telefon jedynie 256 MB pamięci RAM. To naprawdę mało jak na dzisiejsze standardy i przez te efekty zaczynam się bać, czy moja wymarzona Motorola Droid 3 i jej 512 MB wystarczą.

Zaczyna się dzień trzeci. Ekran, jak to ekran, ślicznie wymalowany śladami paluchów.