Dla anglojęzyczno-potrafiących

TEN ARTYKUŁ:

http://stilldrinking.org/programming-sucks

Wszystko, czego potrzebujesz wiedzieć o mojej codzienności.

Najdziwniejszy sen ever

Sen, w którym na końcu następuje wielki plot untwist, w którym rozwiązaniu akcji towarzyszyły przedziwne odkrycia i połączenie wszystkich kawałków układanki w dziwaczną i zaskakującą całość.

Był jakiś równoległy świat, testowano przechodzenie do lub przez niego, nie wiem czy ono samo w sobie było w ogóle zamierzone (trochę jak w Doomie 3, gdzie to miała być tylko teleportacja i nikt nie spodziewał się, że można mieć przystanek po drodze…). Naszych (przechodzących) organizatorzy tego eksperymentu uporczywie pytali, czy odczuli coś dziwnego, czy zauważyli coś nowego, jak się okazuje, chodziło o jakąś formę prekognicji, która Ci się od tego rozwijała. Właściwie to rozwijała lub nie i była do zastosowania w naszym świecie lub nie, bo tamten okazał się być właśnie po pierwsze nie-naszym, po drugie jakoś dziwnie płynął tam czas. Niektóre rzeczy były całkiem stałe, ktoś na przykład tłumaczył mi, ze każdego dnia dzieje się to samo (jak Dzień Świstaka), więc zorientowałem się, ze równie dobrze mogłem już tam widzieć/słyszeć skutki własnej „wcześniejszej” (dla mnie) działalności, że może szelest, który słyszałem za rogiem „dzień wcześniej” to był właśnie moment, kiedy teraz chowam się tam, bo ktoś (ja z wcześniej?) podszedł do okna i może mnie zauważyć. Do tego tubylcy patrzyli tam na naszych wyjątkowo krzywo, bo coś im zaburzaliśmy w tym świecie.

Jest moment we śnie, gdzie wyrywam jakiegoś randoma pracującego w sklepie mówiąc mu, że chyba domyślam się, czemu im nie wolno z nami na pewne tematy rozmawiać… bo nam też zabronili i zaczynam łączyć fakty i mieć koncepcję, dlaczego zabraniają tych rozmów. Z czasem okazało się, że niektóre zdarzenia, które mnie tam spotykają faktycznie wydaja mi się znajome, wydaje mi się, ze gdzieś już te słowa do mnie wypowiedziano. Wtedy okazuje się, że znam ten świat z gry tekstowej (!) w którą grałem 15 lat temu (in reality: jestem niemal pewien, że 15 lat temu naprawdę ŚNIŁA MI SIĘ ta gra na Amstrada – i ze wtedy średnio ogarniałem, także dlatego, że od zawsze śniła mi się po angielsku). Że w jakiś sposób to te same wydarzenia, a zarazem coś się srogo skomplikowało (przez wpływ z zewnątrz?), do tego pojawił się jakiś mój arcywróg, który chciał się mnie pozbyć (niekoniecznie domyślając się, co jest grane).

Koniec końców mi się udało wybronić, jednocześnie odkrywając i wykorzystując to, że okazuje się, że… jestem swoim własnym dziadkiem. Że te wszystkie wydarzenia tam są w jakiś przedziwny sposób zamknięte w krąg, w którym dziewczyna, którą teraz/15 lat temu w tekstówce/ poznaję i można by rzec, wspólnie przeżywamy jakąś tam przygodę/quest (znów: tak bardzo gra!), okazuje się jednocześnie być moją babką i na koniec snu pojawia się jej córka, która pamięta jak ta wypowiadała do swojego męża te same teksty, które ja pamiętam na świeżo (rzeczy błahe, np. coś z jedzeniem i okruszkami). Te 15 lat wcześniej nie wiedziałem nawet, że postać, z którą wszedłem w interakcje w grze tekstowej to kobieta, bo wszystkie jej kwestie były podpisane „One” (nie wiem, dlaczego tak). Mam też jakąś przebitkę na moment, gdy dociera do mnie, że grupa decyzyjnych starszych ludzi pokazana mi dawno temu w grze (pojedyncze ryciny ich twarzy, szczyt możliwości ówczesnej techniki, być może jedyna grafika w grze), od których to decyzji zależeć miało moje życie (wyrok?), wygląda zupełnie jak moi norwescy współpracownicy z obecnej pracy w prawdziwym świecie, ale z kolei postarzeni o kolejne 10-15 lat. What the…?

Dodatkowe elementy dziwnej sennej scenografii: miasteczko, w którym toczy się cała akcja zawiera mnóstwo wzgórz, lasów i starych fantastycznie wyglądających domów, do tego jakąś kopalnię. Scen zawierał jakąś dziwną przejażdżkę czymś a’la 1-wagonikowy rollercoaster (tylko że bardziej jakby oszklona winda wyjeżdżająca nagle na tory) który jedzie z wielką prędkością przez czarną noc i smoliście czarny las pod gwieździstym niebem, ale oświetla te kamienne domy takim creepy-zajebistym chłodnym światłem z poruszającego się wciąż reflektora. To była dość przerażająca jazda.
Z oprawy dźwiękowej: tam był jeszcze na początku jakiś motyw, że jak się z tego wagonika/windy wyszło (nie pamiętam, kto mi wtedy towarzyszył), to było słychać czasem jakieś dziwne głosy z tego miasta, niektóre były jakby śpiewem. I kręciło się tam kilka takich NPC-owo wyglądających dziewoj z celtyckim zaśpiewem, które sobie tak coś nuciły… X_x (teraz mam lekkie skojarzenie z Zia’s theme z Bastionu, ale może też po prostu z Celtic Woman).

Świat w którym toczyła się większość akcji tego snu miewał, jak już wspomniałem elementy typowe dla gier… na przykład te stałe elementy świata, niektóre z nich były surrealistyczne same w sobie (dziwne zjawiska w danym miejscu, czy wręcz straszące zombie/duchy), a to, że nie zmieniały się z czasem (straszydło zawsze w tym samym miejscu i stanie, tubylcy już przyzwyczajeni), było jak element planszy/świata w grze.
Bardzo zastanawiają mnie te przeskoki w czasie. Zarazem te same wydarzenia przedstawiała mi gra 15 lat temu i byłem ich uczestnikiem teraz, ale jednocześnie toczyły się w jakiś sposób w przeszłości (stąd: własny dziadek) oraz przyszłości (sąd, starszyzna wyglądająca jak ludzie, których znam, ale za kolejną dekadę lub więcej). Niestety nie pamiętam już kolejnych poszlak, dzięki którym zorientowałem się, że to wszystko tak dziwnie działa, co się właściwie dzieje i że część wydarzeń, które brałem za „czyjeś”, faktycznie były elementami mojego życia, ale z innego momentu.

Największą zagadką jednak teraz, po obudzeniu, staje się dla mnie ta wątpliwa wirtualność świata gry. Kiedyś jedynie niezbyt zrozumiała dla mnie gra tekstowa, teraz w pełni odczuwlana, równolegle (czy raczej wibbly-wobbly timey-wimey) dziejąca się obok naszej rzeczywistość. Portal/uskok prowadzący z naszego świata do innego — okej, ale do świata gry? Czym zatem są gry, co jest grą? A może interpretacja tego snu jest taka, że każdy świat, jaki sobie wyobrazimy, jaki umownie stworzymy, gdzieś powstaje naprawdę? Że to jednak myśl kształtuje materię (i światy)?

 

(post pisany bez ładu i składu bo czym prędzej po obudzeniu między jednym snem a kolejnym)

Terminus font

Udawany (wektorowy) pixelfont, który po prostu wygląda dobrze:
C++ history

i ma pliterki:
bla bla blaTerminus TTF.

Po formacie Windows

Checklista na przyszłość:

  • WinCompose. Pozwala wpisywać z klawiatury w zasadzie wszystko, np. obcojęzyczne znaki narodowe takie ja ä, ë, å lub ẞ, a także rzeczy zupełnie ⓈⓏⒶⓁⓄⓃⒺ™, jak ☭. Przy okazji pozbywasz się na zawsze problemu przypadkowego wciśnięcia caps lock. Darmowe.
  • LightShot. Od teraz wciśnięcie print screen pozwoli Ci zaznaczyć fragment ekranu do screena, zedytować go na szybko, a przede wszytkim pojedynczym kliknięciem wysłać w internety, czyli tam, gdzie zapewne chciałeś, by się znalazł. Darmowe.
  • AltWindowDrag. Musisz to mieć, jeśli przychodzisz z krainy Linuksa.
  • Cygwin + oh-my-zsh. Linuksowa konsola i narzędzia. Bdb.
  • Chocolatey do robienia „chocolatey install program” pod windowsem.
  • Chrome, Steam, Spotify etc. :)

Z archiwum…:
Opisy na dziś

Vexxarr! Być może niektórzy z Was zdają sobie sprawę, jak ciężko wyrazić siebie jednym 70-znakowym opisem GG. Limitem jest nie tylko te 70 znaków, ale sama… pojedynczość opisu. Dlatego też chciałbym Państwu przedstawić…

Opisy na dziś:

  • Jestem kwiatem na tafli jeziora…
  • Problemy z pamięcią i koncentracją? To właśnie ikari.
  • I znów ginie rok…
  • Sam w domu z siostrą. Za co?! Wymienię na poćwiartowanie i dwa powieszenia.
  • Jutro wysyłam podanie do Heyah i nikt mnie nie powstrzyma!
  • Wciąż jestem kwiatem na tafli jeziora…
  • Źle się dzieje, kiedy adminom nie mówi się, co się dzieje.
  • Zasłu****ę się w Dead Can Dance.
  • Plany na dziś: Samobójstwo przez przebranie się za Saddama
  • Lata można zburzyć w ciągu dni. Jak długo z powrotem się je buduje..?
  • Zako****ę się w nowym Delerium.
  • :(
  • Zrozumiałem teorię względności. Świat porusza się z prędkością bliską prędkości świat(ł)a. Ja stoję.
  • [...] till the stars don’t shine, Till the heavens burst and The words don’t rhyme [...] I’ve made mistakes, I’m just a man …
  • Po włożeniu atramentu czarnego, pusta uprzednio drukarka drukuje kolorowym.
  • jedna dwudziesta sekundy…
  • - Nie widziałam cię od roku.
  • - Gdy wsiądziemy do samolotu, minie nasza 4. rocznica. – A co z „przerwą”? – Chodzi ci o „próbną separację”? Nie zadziałała.
  • Nielogiczne wydaje mi się, że pada śnieg. Nie mogę tego zrozumieć. Naprawdę.
  • Wysłałem podanie do Heyah ^^

Vexxarr!

Z archiwum…:
O_o

To jest kopia mojego newsa ze strony klasowej ;)

Ciemność jakiej dawno nie widziano ogarnęła nie tylko Śródziemie, ale także całą okolicę tak szeroką, że o blasku słońca najmłodsze dzieci słyszały tylko legendy opowiadane przez ich rodziców…
Wiele burzowych chmur szczelną płaszczyzną pokryło niebo (nad naszym płaskim światem)…
Chmura nr 1: Dawno nie widzialem newsa innego autora niz MKL, zapewne wszystkich juz dopadli ONI!!! A mowilem, ze glosy ostrzegaly…
Chmura nr 2: Nowi najemnicy Sił Zła i Ciemnej Strony Moczu zalewają całymi hordami nasz bastion trzydzietego pierwszego eLo (jakkolwiek ziomalsko to ostatnie slowo brzmi XD)… Wsrod nich widzialem takze Orków…
Chmura nr 3 spowodowala wielkie wyladowania w radosnej tęczowej krainie Serwerowni… Zło straszne przy tym wyrządziła i spustoszenie zasiała tak ogromne, że zaraza dotarła do wszystkich szkół, jakie miały tam swoje dane… Nie tylko straciliśmy stronę i forum szkoły, ale nie jesteśmy w stanie ich przywrócić. W dodatku zły plantator Don Sauron obarcza cała winą administratorów stron…
Kolejne burzowe chmury ciagna sie za mna osobiscie, Zło (czy dobro, cokolwiek jest przeciwko mnie) atakuje mnie szczegolnie dotkliwie, zaczęło bowiem od mojego profilu w Szkolnej Sieci Informatycznej. Zaprawdę powiadam Wam, Sieć ta zarazę poczęła nieść…
Tym czasem kiedy my cierpimy, a Wysłannicy Złego okrutnie torturują naszych mężnych braci po 8 godzin dziennie, zaczynając od szatańsko wczesnych godzin (na które tylko najtwardsi z nas mieli odwagę stawić się na polu bitwy, oczywiście w pełnym (discmanowo-karcianym) rynsztunku (nie mylić z rynsztokiem)).
Tymczasem sojuszniczo-konkurencyjne (tylko jeszcze o tym drugim nie wiedzą :P) bractwa przygotowały już okrutny plan nękania nowoprzybyłych do naszej fortecy i już od wtorku wprowadzą go w życie, aby do piątku upewnić się, że tylko najtwardsi przekroczą nasze bramy na stałe…
Ale to nie oni są najważniejsi, nie zapominajmy, że to Nasi ludzie będą mężnie walczyć podczas Dni Otwartych!
Tymczasem my z utęsknieniem wspominamy utraconą dopiero co wolność (chociaż Źli postarali się nader gorliwie abyśmy o niej zapomnieli) i już teraz liczymy dni do kolejnej przepustki do pięknego świata pozbawionego demonów i nauczycieli…
Tymczasem bywajcie, drodzy bracia, po mnie idą już Obcy… Niosą coś białego… O mój Boże, zamienią mnie w kokon! Tak, więc to prawda! Spętują naszych ludzi i umieszczają w bezkresnych białych pokojach bez wyjść! NIEEEE!!!!….

Państwo prawa: reaktywacja

Ciąg dalszy smutnej historii biurokratycznej dezinformacji.

Już dzwoniłem po taksówkę, by szybko dostać się do Urzędu Miasta Krakowa, już witałem się z gąską, gdy tknęło mnie, by najpierw zadzwonić do rzeczonego UMK i spytać, czy mój numer Profilu Kandydata na Kierowcę aby na pewno po 20 dniach jest gotowy do odbioru („tydzień-półtora”, prawda?).

Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie (dla tych, którzy znają moją fobięTelefoniczną), dzwonię.

Mija 5, 10, kilkadziesiąt sekund sygnału, nie poddaję się. Urząd, wiadomo, dodzwonią się tylko najtwardsi.

„Nie, nie mam decyzji na takie nazwisko”, odpowiedział Pan, „proszę przedzwonić do urzędu w Łodzi i spytać, dlaczego”.

Szukam w Google numeru, dzwonię.

„Dzie…” ­— urwałem, rozumiejąc, że wszedł mi w słowo automat. Odsłuchałem, że się dodzwoniłem się do urzędu, że jak chcę porozmawiać z człowiekiem to proszę poczekac i posłuchałem bardzo urywanej najwyraźniej wątpliwym zasięgiem GSM melodyjki. Po bliżej nieokreślonym czasie (dużo krótszym niż przy pierwszym telefonie), odezwała się pani. Opisałem problem. Pani powiedziała, że jest Panią Informacją z gatunku Ogólnych i mnie przełączy. Melodyjka, poczekałem (już naprawdę chwilkę), opisałem problem jeszcze raz.

„Tak, mamy tu pana wniosek, ale orzeczenie lekarskie było na druku ze starszego wzoru. Wysłaliśmy” — pocztą polską, a jakże, że narrator pozwoli sobie się wtrącić — „do lekarza, który robił panu badania informację i jak tylko odeśle prawidłowy druk, rozpatrzymy wniosek”. Polska biurokracja, prawda, informacje niby wszystkie te same, ale wersja druku nie ta.  Ja się o tym nie dowiedziałem, bo wysłano do mnie wprawdzie kopię DW, ale przecież na adres w Łodzi, bo taki kazali mi wpisać w krakowskim urzędzie. Upewniłem się, że pani, z którą rozmawiam przekaże pani, która prowadzi moją sprawę, żeby informowano mnie telefonicznie/smsowo/mailowo o postępie, żebym nie musiał dzwonić.

Spróbowałem zadzwonić jeszcze do samego w/w lekarza, by dowiedzieć się, czy pismo zarejestrował i czy zareagował. Googluję numer, dzwonię, „numer nie istnieje”. Oż. Dzwonię na drugi, nie odbiera. Napisałem jak jest ośrodkowi zaprzyjaźnionemu z panem lekarzem (bynajmniej nie doktorem) z pytaniem, czy mogliby go nieco pospieszyć, gdy go w czwartek zobaczą (u nich robiłem badania, było mi bardzo po drodze). Pewnie nie odpiszą.

Ręce mi opadły.

„Sprawa załatwiana od ręki”, dzień dwudziesty.