otoczenie

Nie mam ochoty teraz pisac nic dlugiego…
Przypomnialy mi sie tylko slowa piosenki:

./’ Everybody hurts…
./’ Everybody cries…

i to najlepiej oddaje to, co widzę wszędzie wokół…

Smacznego

On żyje.
To był pierwszy, a zarazem jedyny wniosek, jaki nasunął mi się po wejściu do mojego pokoju. Po niemal całym dniu mojej nieobecności, mimo niesłonecznej pogody i uchylonego lufcika – w pokoju panowała temperatura i zapach powietrza, jakby cały czas była tu jedna lub kilka osób. A był tylko on. Komputer.

Dziś znowu wyciągnęli mnie do rodziny do Pabianic. Wiele razy i w wielu miejscach pisałem jak bardzo tego nie lubię. Nie mam szczególnej ochoty się powtarzać. W podróży i przetrwaniu na miejscu towarzyszyły mi discman (Nightwish), książka („Niezwyciężony”) oraz fantom zegarka (cały dzień odczuwałem jego „obecność” na ręce, mimo że od jakichś 24 godzin go tam nie ma…). Po raz kolejny odbyłem podróż wgłąb własnego umysłu, który zdaje się uciekać przed wszelkimi próbami poznania – paradoksalnie bowiem, im bardziej się w niego zagłębiać, tym mniej o sobie mówi; im głębiej dążymy, tym dalej od niego jesteśmy, a bliżej świata, który mnie otacza…
Status na gg: ‚distant‚. Nie niedostępny, lecz odległy. Ale przecież i tak na jedno wychodzi…

Właśnie pisanie notki przerwało mi pojawienie się dziwnego okienka…

Authenticated user ben.
Private conversation granted, you are now chatting with ben.

The chat connection was lost.
Connection closed.


Nie mam pojęcia, kto, ani dlaczego próbował ze mną rozmawiać, a także dlaczego rozmowa urwała się zanim się zaczęła. Próba dowiedzenia się, również spełzła na niczym:

Cannot send message, you are not connected. Shareaza is trying to connect…
Initiating a connection to 82.127.159.158…
Connection closed.

Tak jakby ta osoba nie istniała już w chwilę po wywołaniu połączenia… Heh…

Ten stan umysłu… Te kilka osób, które czytało kiedyś moje dawne i ściśle tajne e-pamiętniki mogłoby pewnie teraz rozpoznać sposób w jaki piszę… Bo właśnie tak się często czułem pisząc tamte notki. Lubię ten stan, choć ciężko mi go nazwać i/lub określić. Dobrze się pisze, jest późno, a mimo to w najmniejszym stopniu nie chce się spać. Z drugiej strony nie ma też jakiejkolwiek ochoty do interakcji ze światem zewnętrznym, z tymi wszystkimi ludźmi… Chwila odprężenia w samotności (kąpiel) staje się chwilą zawieszenia w nieistniejącej przestrzeni gdzieś między rzeczywistością a majakami wyobraźni, która zdaje się pracować odrobinę samoczynnie, podobnie jak robi to we śnie. Gdybym pisywał opowiadania lub książki, nie mógłbym zmarnować takiej chwili. Zaskoczenie własnymi myślami, tokiem wydarzeń wyobrażonych przez samego siebie to nietypowe, ale bardzo fajne uczucie…

Za drzwiami, mimo późnej pory, kolejna domowa awantura… A potem się dziwią, że się izoluje…

If agression is the result of fear,
then the fear is the fear of agression

[Project Pitchfork – Fear]

Padło ostatnio pytanie… „A co z NGE?”. Tak jakbym z tym miał skończyć, czy się oderwać. A przecież nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Swoją drogą… a ja nadal mam z Shinjim tą cechę wspólną, że – jak to określił – dziwne myśli zawsze przychodzą w wannie. Tak często zastanawiam się tam nad rzeczami dziwnymi.. Jak istota wampiryzmu (w pełni naukowe podejście) albo… sens życia. Mam tu na myśli życie ogólnie, jako istnienie i czynności żywych organizmów. Jeżeli bowiem każdy organizm ma jakiś cel – przeżyć, istnieć, eliminować konkurencję; każdy gatunek – usuwać najsłabsze osobniki, doskonalić się… Jaki wobec tego jest cel tego wszystkiego? Musi jakiś być, to by się nie działo bez przyczyny i celu, bo każdy z tych składowych elementów nie dzieje się bez jakiegoś celu. Z tym, że skoro jednostka nie widzi, nie dostrzega, procesów prowadzących do ewolucji gatunku, czyli zaledwie „o szczebel wyżej”… Jak jednostka [człowiek] ma dostrzec cel całego istnienia życia?

Heh, ostatnią notkę napisałem jeszcze przed wycieczką klasową. Po powrocie może i miałbym wiele na ten temat do powiedzenia, ale w chwili obecnej nie uważam żadnej z tych rzeczy za ważne/warte przekazania, nawet jeśli to było coś śmisznego (sporo), albo wcześniej wydawało mi się, że muszę napisać… Nie wiem, to było już tak dawno…
Skrótowo mówiąc z wycieczki wróciłem chory i jeszcze tydzień nie wróciłem do szkoły. To dlatego, że mimo tego, że był koniec maja – w górach nadal padał śnieg. Wszelkie szlaki były mokre i błotniste, a ja miałem tylko adidasy, a powyżej pewnej wysokości leżał/padał śnieg, co w połączeniu z przegrzanym organizmem nie zapowiadało niczego dobrego.
Z 1 strony było fajnie, bo były fazy (tzn. zależy komu fajnie, jeśli z MKLem mielismy fazę do 2 w nocy i nikt nie mógł spać XD [„Nie powiedziałeś ‚makao’ kiedy Ci tego króla wyrwałem! XD”]), a z 2 momentami kadra wykazała się odpowiedzialnością daleko odbiegającą od wymaganej (hm… ciekawe, jakie jest prawodobieństwo, że Wychowawca też tu zagląda) – szczególnie pamiętam 200-metrowy odcinek pod górę Kiczorki… Było cholernie stromo, ślisko (+adidasy :/), zimno.. łatwo było się poślizgnąć, a przy takim stoku oznaczałoby to pewnie spadek o ładnych parę metrów, z obijaniem się po drodze o wszystko – raz się nawet omal nie wyrąbałem, ale lecąc na ziemię złapałem się jakiegoś krzaczka i udało mi się nie przewrócić). Byliśmy w 4-5 osobowej grupie, skrajnie wycieńczonej, prosiłem, żeby mnie pochowali tam, gdzie stoję. A gdyby się coś komuś stało (czyt. spadłby i/lub się [przez to] połamał/pokaleczył) – opiekun, który miał zamykać grupę szedł jakieś 50m przed nami, poza zasięgiem wzroku i słuchu. Byliśmy zdani na siebie.
Inną historią było samo podejście pod górę, na której mieliśmy schronisko. Z bagażami. Tu zapamiętałem długi odcinek pokonywany w samotności. Naszedł mnie wtedy podobny nastrój jak teraz – masa różnych przemyśleń… Pamiętam 1 ładny widok.. Przede mną widać było tylko szlak ginący w mroku gęstniejącego lasu, a za mną, po pokonaniu większej różnicy wysokości, widać było jakieś 100 metrów drogi – i nikogo w zasięgu wzroku w którąkolwiek stronę. Padał śnieg.
Hm… jadąc na samą wycieczkę mieliśmy 30 minut na przesiadkę w Krakowie. Tzn. mieliśmy mieć. Ale, jako że w środku nikąd spalił się pierwszy wagon naszego pociągu, mieliśmy 30-minutowe opóźnienie. Z pół godziny przesiadki zrobiło się „biegnijcie szybciej!!!” :). W drodze powrotnej przesiadka trwała 4 godziny. 2 godziny słuchania o Wawelu i 2h czasu wolnego. Oczywiście faza. Chodziliśmy 2h z MKLem po rynku i życzyliśmy smacznego wszystkim jedzącym (zwłaszcza młodym niewiastom, głównie bez chłopaków :)). Ludzie różnie (w tym dziwnie) reagują :). Oczywiście przyszło mi to do głowy w… McDonaldzie. Tak! Wychodząc, życzyliśmy smacznego na prawo i lewo. Topos*

*topos – tutaj „schiza”. Zamienność słów wynika z moich przemyśleń:
Od dawna mieliśmy z kumplami schizy na jakieś konkretne tematy. Teraz, kiedy jestem uczniem liceum, wiem już, że takie schizy nazywa się „toposami” i miano je od wieków.

Było parę innych faz, których nei chce mi się opisywać, tym vbardziej, że mój aktualny nastrój jakoś do tego nie pasuje.

Teraz siedzę sobie w pokoju, a jedyne dźwięki to stukot klawiszy (jeeej, jak ja bym chciał mieć cichą klawierkę) i szum komputera (jeeej, jak ja potrzebuję kasy na chłodzenie wodne – będzie przy tym łatwiej spać).

Ogrom rzeczy, które powinienem zrobić lub zacząć robić wydaje się za każdym razem tak przytłaczający, że człowiek tylko modli się w duchu, by nie zaczynać tego jeszcze teraz… I tak płynie życie.. Od weekendu do weekendu, od wakacji do wakacji…

Ok, kończę tą notkę, bo i tak pewnie nikt jej w całości nie przeczyta, a nawet jeśli ktoś szczerze chciał to umarł z nudów w połowie. Przepraszam.
__________
Przy redagowaniu notki nie ucierpiały żadne istoty