Mindflow

Bolesna świadomość niemożności dążącego do nieskończoności (ew. JUTRA) odkładania napisania kolejnej sensownej i treściwej, a najlepiej także poczytnej notki iBlogowej skłania mnie do refleksji nad systematyką organizacji standardowego życia młodzieńczej jednostki elementarnej społeczeństwa stanowionej przez moją skromną osobę.
Drodzy czytelnicy: KURWA MAĆ.

42

Pisząc te słowa (pada śnieg) uciekam od bolesnej rzeczywistości do świata wirutalnego (tak, to jest stylizacja na pieprzenie mediów, nie podzielam tego zdania), rzeczywstości, która czycha na mnie z jutrzejszym sprawdzianem z języka niemieckiego, wyrokiem z języka polskiego (parenaście opowiadań +, jak dzisiaj się dowiedziałem, powieść), sprawdzianem z kółka matematycznego (?!?! no bez jaj…), rozpoczęciem lekcji o godzinie siódmej rano i tym podobnymi atrakcjami życia uczniowskiego, nadal jednak pozostając pod wpływem nieuniknionym dnia dzisiejszego, objawiającym się powszechnym zmęczeniem po szkole i ciągnącą się od czasu dłuższego niechęcią do świata, zycia, wszystkiego (do 42).

Jak nie należy pisać/żyć

Mam nadzieję, że szanowni czytelnicy nie mają mi za złe, że dzisiaj mam do nich stosunek wyjątkowo przerywany. Przerywany siostrą, lekturą, językiem niemieckim a także Koniecznością. Jednakże zarówno wszystkie czynności jako i przerwy zdają się nieuchronnie prowadzić w jednym i tym samym kierunku – do Nietzschego niczego. Innymi słowy wszystko zdaje się dryfować na falach morza chaosu, cudem tylko unikając potężnych wirów ciągnących świat w dół. Wkurza mnie, że tak jest wiecznie, że nawet jeśli bym spróbował, to w tym domu organizacja życia przy zachowaniu koegzystencji z matką i siostrą nie należy do rzeczy możliwych.
W moim życiu były 2 (słownie: dwa) tygodnie zorganizowane i to do tego stopnia, że dzień zdawał mi się być połowę dłuższy, życie lepsze, a mimo konkretnych godzin – swoboda większa. To były dwa tygodnie mieszkania z ojcem, kiedy matka z siostrą wyjechały do sanatorium. Bardzo dawno, a jednak było to coś pięknego. Teraz absolutnie nie do powtórzenia, co nie zmienia faktu, że byłbym wielce kontent, gdyby te 2 osoby opuściły dom na dłużej po raz wtóry. Tak, wcale nie wadzi mi tak siedzenie zupełnie samemu.

Złośliwość rzeczy martwych

Dzień inny: (kolejna notka rodząca się w bólach, bez znieczulenia)
Mój kochany komputer robi wszystko by mnie zirytować. Wszystkie potrzebne mi programy nie działają, nie zainstalują się lub odmawiają pracy z powodu braku lub złej wersji jakichś elementów. Nowa wersja nie daje się zainstalować, ponieważ jest stara zła wersja, a zła wersja nie daje się usunąć ponieważ „nie i już”. Dodatkowo, kiedy już wersje będą się zgadzać (użycie siły i usunięcie 3 innych rzeczy) to docelowy produkt i tak się nie zainstaluje. I sam nie wie, dlaczego, ale wyśle uprzejmie kolejny raport do twórców, z którego nic dla mnie nie wyniknie (nie, raczej nie zdarza się by te moje błędy poprawiano ==). Ponadto dysk jest pełny, pamięci mało (zaledwie 1 GB, jakże szybko to mu się kończy…), procesor za wolny do normalnego startu paru programów. Stabilność? Konnekt nie lubi się z explorerem, explorer z kodekami, WMP z MP3, (KGB z FBI…), explorer od czasu do czasu musi sobie paść – albo „dla zdrowia, bo dawno nie padł”, albo właśnie dlatego, że nie był restartowany (nie zapisał ustawień) od ostatniej zmiany układu ikon na czymkolwiek. Nero natomiast czeka cierpliwie pół godziny aż zbiorę wszystkie pliki na płytę ze wszystkich zakamarków wszystkich dysków, by ceremonialnie i z hukiem pąść w chwili, gdy każę mu to nagrać.
Człowiek potrzebuje snu. Dużo. Położenie się spać o 23 i wstanie o 6 rano boli. Tzn… Ze wstaniem może i pół biedy, ale być przytomnym i spostrzegawczym przez kolejne ileś godzin to już prawdziwy wyczyn.

Globalna wymiana myśli (telepatia?)

Dyfuzja idei. Niewątpliwie zachodzi. Między wszystkimi ludźmi i przez cały czas. Ja naprawdę wierzę w to, że ludzkie umysły są jakoś ze sobą połączone, i nawet jeśli o tym nie wiemy, to każdy z nas ma w jakimś stopniu „zdolności telepatyczne”. Nie, do cholery, nie mówię, że umiesz czytać w myślach! Jest w życiu wiele takich sytuacji – czy nigdy nie masz tak, że chcesz do kogoś zadzwonić lub trzymasz już w dłoni słuchawkę, a ta osoba w tej chwili dzwoni do Ciebie? Jako dziecko myślałem, że matka se jaja robi/popełnia białe kłamstewka (tak to się nazywało?) mówiąc przy co 3 telefonie „właśnie o Tobie myślałam/miałam do Ciebie zadzwonić”. Ale z czasem, na własnym przykładzie, zrozumiałem, że to jednak dzieje się naprawdę. Szczególnie pamiętam ten jeden wyjątkowy przypadek. Rozmawiałem z (św.p.) babcią o pewnej niesamowicie dalekiej rodzinie, którą zarówno do tamtego dnia (lata temu) jak i do dziś widziałem dwa razy w życiu. To była jakaś moja daleka kuzynka, która wyszła później za mąż za jakiegoś bioenergoterapeutę (który był w którymś numerze trochę zbyt „nawiedzonego” pisemka „Gwiazdy mówią” :P) (dopiero pisząc TĘ notkę dotarło do mnie, że najpierw miała kilkuletnie dzieci, a POTEM brała ślub). No i na tym ślubie (cywilny, porządnym ;P) byłem i jakoś właśnie z babcią kwestię ślubu także poruszyliśmy. I nagle dzwoni telefon. Nie tylko to była właśnie ONA, ale jeszcze dla przypomnienia się wspomniała o ślubie (nie musiała…). To był jedyny raz w życiu, jak gadałem z nią przez telefon ;P
Tak więc normalnym jest, że w jednym czasie lub okresie myślimy podobnie z różnymi ludźmi, nawet obcymi i odległymi. Po prostu nasze myśli są częścią jakiejś wspólnej puli. Tak, jak stacja radiowa jest częścią „eteru” ;). Zresztą niewykluczone, że to właśnie tak działa – mózg każdego z nas działa na zasadzie impulsów elektrycznych, więc może generować jakieś pole, może je też wykrywać ;) cholera wie ;P

Dostrzegam błędy w matrixie. Zacznę od czekającego na swoją wielką chwilę wycinka z gg, dowcipnego bądź [do]ustnego:

ikari: (18:42)
eee <przezycia wew. bohatera rodem z poczatku Seksmisji>
nagle w pokoju spada moneta. sama.
jakies… wewnetrzne niestabilnosci w materii?
koniec cichej walki o rownowage? o_O
zachwianie grawitacji?! XD
MKL: (18:43)
XD
ikari: (18:43)
sojeft? XD
poza tym wolalbym jakby spadala gdzies prede mna niz gdzies za plecami >XD
MKL: (18:43)
mon, SPADLA, to TWOJA – i nie filozuj XD
ikari: (18:44)
>XD

Błąd nr 1: Szyny tramwajowe, zwłaszcza te nowo kładzione, oparte są jak wiadomo o betonowe „belki”. Belki te są produkowane w KUTNIE i odlewane w formie z napisem coś tam „KUTNO”. Widziałem jedną belkę, gdzie literka „T” w słowie „KUTNO” jest do góry nogami, odwrotnie niż pozostałe. I jest to jedyna taka belka, pozostałe sa normalnie. Jak może być odwrócona literka, skoro wszystkie belki są odlewane z jednej formy, a nawet gdyby, to czemu tylko jedna?
Błąd nr 2: Przed moimi oczami, na niebie pojawiła się chmurka. Tak, pojawiła się – w ułamku sekundy, kompletna. Jak w grach, które za późno załadowały jeden obiekt, czy teksturę… Coś tu jest nie tak.
Matrix najwyraźniej nam się sypie, pora na format… ;P

Rzeczywiście dopiero teraz w trakcie rozmowy z Kazia przyszła Wiktorowi ta myśl do głowy, że nigdy nie kochał się w nikim jak wariat. Podkochiwał się, miał romanse, jedna heca zmusiła go do tego, żeby wcześniej wyjść z wojska, niż to zamierzał; gdy pracował w starostwie w Budkach, była pani Zakowa, wszystko prawda. Ale jakie to mizerne wobec tego, co mogło było być.” [„Panny z Wilka”, Iwaszkiewicz]
Czytając te słowa po raz pierwszy, wtóry i kolejne nadal nie jestem w stanie sformułować odpowiedniego komentarza, pozostaje mi więc jedynie przyznać głośno rację tej nie artykułowanej i niewypowiedzianej myśli tradycyjnymi słowami „no nie?!„.

Pamiętacie jeszcze wymianę myśli? ;) Dzisiaj śniła mi się Agnieszka z klasy z gimnazjum (nie widziałem jej odkąd skończyłem gimnazjum XD) i po obudzeniu się… odebrałem od niej wiadomość na gg z rana ;) Jak dobrze pójdzie to napisała do mnie właśnie wtedy, kiedy mi się sniła :)

Biegnie Jezus po falach na morzu Diraca

Ponieważ nie miałem kiedy napisać planowanej notki (tak, mam zamiar, o dziwo ;)), napiszę tylko, że moja lista książek do przeczytania powiększyła się o 2 pozycje:

  • Geoffrey A. Landis – Fale na morzu Diraca
  • Aleksander Grin – Biegnąca po falach

A także kusi mnie ostatnio, żeby wprowadzić jakąś małą kolumienkę pt. „utwór na dziś” na blogu :) (Wystawiając się na publiczny lincz, że niby czego to ja nie śmiem słuchać ;)). Dziękuję za komentarze, szczególnie te długie i ciekawe – tej tendencji się trzymajmy :) Czekam na więcej. I pozdrawiam (bo dawno tego nie robiłem ;D) wszystkich gości się tu przewijających, zwłaszcza tych, którzy sami wydają mi się intrygujący ;>
PS. Odrobinkę odnowiłem niektóre pola profilu na fotka.pl bo dawno tam nie zaglądałem a tu wychodzi, że ludzie to czytają ;D

Still there? ;)

Notka w systemie ratalnym, part 2

Zgaga, ludzie, siostra, pogoda i własny umysł przeszkadzają mi się skupić :P

Pisałem ostatnio, że – mniej więcej – każdemu mówi się to, co on właśnie powinien widzieć, co „jest mu przeznaczone wiedzieć” ;P Każdy usłyszy co innego, a te same słowa nie trafiają do każdej osoby po kolei, identyczne zaś rozmowy na gg nie są prowadzone z każdym z listy ani w grupowej konferencji. Co z tego wynika? Ano to, że ludzie budują w sobie obraz drugiej osoby poprzez interakcje z tą osobą, rozmowy, spędzany czas, kontakt. Nie wiemy nic o kimś, z kim się nigdy nie spotkaliśmy (tak, nie wiemy tak naprawdę nic, a zdanie innych, czy mass-media też przekażą tylko swój subiektywny i zapewne naginany do własnych potrzeb obraz). Jeśli zaś interakcja jednej osoby z pozostałymi jest w każdym przypadku inna – każdy buduje inny obraz. Jest tylu ikarich, ile ludzi go zna, lub o nim słyszało. Każdy inny, nie ma dwóch takich samych tak, jak nie ma dwóch takich samych obserwatorów z jednakowym bagażem „doświadczeń”. Wiele osób teraz zapyta „Który z nich jest prawdziwy?”. Czemu ludzie w ogóle zadają takie pytania? ;P KAŻDY lub żaden! Jestem sumą tych wszystkich obrazów, a nie poszczególnym lub odrębnym. Jestem ja w umyśle Twoim, ja w umyśle jej, jego, a także ja w swoim własnym. Jeżeli jakikolwiek obraz możemy nazwać „prawdziwym” – będzie to właśnie suma wszystkich pojedyńczych obrazów.
Jeżeli jakiś człowiek żył sobie gdziekolwiek, całe życie nie widział na oczy żadnego innego człowieka (z wzajemnością) i z nikim się nie skontaktował – to tak, jakby go nie było, prawda? Nikt go nie znał, nikt się o nim nie dowie. Nie było go. On też nic o sobie nie wiedział, nie mając z czym czegokolwiek porównać ani do czego się odnieść. A to, co wiedział – zabrał ze sobą na tamten świat.
A ja, choć swięcie przekoany, że już to na tym blogu pisałem, nie potrafię tego odnaleźć. Znalazłem za to to ;)

Co do poruszonego wątku z ciągłym powstawaniem równoległych światów z alternatywną wersją wydarzeń – wiąże się to nierozerwalnie z wielowymiarowym wszechświatem. Ale po kolei. Postaram się wyjaśnić moją teorię tak, jak kiedyś próbowałem łopatologicznie pokazać to ludziom ;) Gdybym umiał, zrobiłbym animację we flashu *mam jakieś wyobrażenie*… ale nie umiem ;P
Otóż (nie zaczyna się zdania od ‚Więc’ ;)) zacznijmy od podstaw. Wyobraźmy sobie przestrzeń jednowymiarową, czyli taką, gdzie istnieje tylko jeden wymiar – długość. Taką przestrzeń poznajemy już jako uczniowie szkoły podstawowej i jest nią… oś liczbowa. Mamy bowiem tylko jedną oś, a położenie w takiej przestrzeni określasz tylko jedną liczbą. Wszystko inne może leżeć tylko po lewej lub po prawej od danego punktu. Gdyby ludzie byli 1-wymiarowi to wyglądaliby jak paskudne długie nitki i nigdy nie mogliby się mijać ani wyprzedzać ;D To jak z samochodem mającym tylko 1 pas ruchu – żeby wyprzedzić, musiałby się znaleźć obok swojej „osi”, a to niemożliwe.
Ale wyobraźmy sobie, że mamy nie dwie takie, osie, nie trzy, czy dziesięć, ale nieskończenie wiele – ułożonych idealnie obok siebie, bez przerw i ściśle przylegających. Taką sytuację… też znamy. Jest to płaski układ współrzędnych. Aby w nim opisać położenie punktu, potrzebujemy już dwóch liczb – pierwsza to położenie na naszej pierwszej osi, a druga to jakby „numer” tej osi, czyli położenie na osi pionowej. Wszystko jest płaskie niczym bakterie oglądane przez mikroskop (to mnie zawsze intrygowało! Czemu one do cholery są PŁASKIE? Czemu pod mikroskopem wszystko widzimy w przekroju, możemy im zajrzeć do środka, a one mogą się okrążyć, a nie mogą przepłynąć nad sobą? To nierealne, nasz świat jest trójwymiarowy, czemu więc bakterie pod mikroskopem są trzymane na dwuwymiarowej uprzęży płaskiego świata?). Może to być także sytuacja, gdzie jedna oś (zazwyczaj pionowa) przedstawia jakąś wartość, a druga… kolejne chwile czasu. Czyli wykres.
Jeśli mamy takie płaskie przestrzenie… to weźmy ich troszkę więcej. Nieskończenie wiele. Ustawmy tuż obok siebie, tak jak robiliśmy poprzednio. To tak, jakbyśmy płaskie kartki papieru zebrali w ilości kilku tysięcy i uzyskujemy bryłę. Czyli przestrzeń. Dwa wymiary określają – tak jak dotąd – położenie na płaszczyźnie, a trzeci, „której” płaszczyźnie, czyli głębokość. Ale można też inaczej! Jeśli mamy kilka tysięcy kartek, a na każdej co innego… to można by zamiast robić z tego przestrzeń, ułożyć je kolejno, dodając do płaskiej przestrzeni oś czasu. Uzyskujemy… animację! :) Taką klasyczną animację, jak w anime i kreskówkach :)
My zaś, jak wiadomo, żyjemy w takiej przestrzeni trójwymiarowej, gdzie 3 wymiary określają położenie w przestrzeni. Ale nie poprzestańmy na tym! Weźmy po raz kolejny nieskończenie wiele trójwymiarowych przestrzeni. Trochę trudniej sobie wyobrazić, prawda? Klasyczny problem w informatyce ;P 4-wymiarowa tablice – można sobie je wyobrazić jako kilka sześcianów stojących obok siebie… No ale niech te 3-wymiarowe przestrzenie ściśle do siebie przylegają i tworzą coś więcej… Mamy więc 4-wymiarowy świat. I teraz chyba jasnym staje się, że tak naprawdę tym czwartym wymiarem jest czas. W trójwymiarowej przestrzeni wszystkie punkty są przecież nieruchome, czas zawsze trzeba było (choćby dla zachowania informacji o zmianach) dołożyć jako wymiar dodatkowy. Więc nasz świat jest 4-wymiarowy, tak? Mamy przestrzeń, mamy czas (co z tego wynika, powiem później ;P). Ale po raz kolejny – nie dajmy się ograniczać. Dołóżmy jeszcze jeden (pocieszę, że już ostatni) wymiar. Zyskujemy wobec tego nieskończenie wiele… czasoprzestrzeni? Wobec tego mamy nieskończenie wiele możliwości przebiegu czasu, CAŁEGO czasu, wersji historii. Są to właśnie te równoległe wszechświaty, które różnią się od detali po kluczowe momenty historii i ich konsekwencje. Światy, do których być może odnosimy się, zastanawiając, „co by było gdyby”. Światy, które być może są w zasięgu percepcji istoty zwanej bogiem lub „duchów zmarłych”, ostrzegających nas przed tym, co nadchodzi, ZNAJĄCYCH konsekwencje różnych możliwych naszych decyzji.

(Siostra mi strasznie przeszkadzała, więc mam wrażenie że wyszedł bełkot i zbyt łopatologicznie do tego podchodzę, choć mogę też napisać skróconą wersję :P Zobaczę, jak długo się to czyta ;P)

Dlaczego z faktu, że mamy cztery wymiary (szerokość, długość, wysokość, czas) miałoby cokolwiek wynikać? Otóż… [nie no, siostra nie daje mi na chwile spokojnie usiąść, chyba sobie odpuszczę ==”]

To może tak dla chwili oderwania ;P

jw_amigowiec: (13:07)
Idzie Jezus, patrzy, a tu mr_jedi robi z amigowcem i ikarim sobie zdjecie XDD

Oryginalne, prawda? ;P

Ciekawe, że w poprzedniej notce spośród wszystkich poruszonych tematów w zasadzie tylko jeden wywołał burzę i wzorową długokomentową dyskusję, jakich mało. Właśnie ten o relacjach międzyludzkich, miłości i przyjaźni. Nasuwa się stwierdzenie, że „wszystkie piosenki są o miłości” (wspaniały przykład generalizacji, której nienawidzę ;P) – niby tak cholernie nieprawdziwe, ale jakoś nie da się zaprzeczyć, że odkąd świat pamięta to jest to temat-rzeka, pojawiający się wszędzie, gdzie tylko uda mu się wcisnąć. Fajnie by było, jakby zastąpiły go np. wizje apokaliptyczne, zagłady i końca świata ;P (Połowa książek opisywałaby koniec świata, mrrr, miodzio ;P).
Dziękuję, Meg, że zauważyłaś, że pisałem także na co najmniej 3 inne tematy :* :)

Mój opis, od 11 listopada do dziś brzmi „Święto Niepodległej Myśli”. Śliczne, wzniosłe hasło, prawda? Po części wynikł ze Święta Niepodległości, po części z ‚wolnych’ poglądów w blogowej notce i komentarzach. Bo myśl powinna być wolna, nieskrępowana, niezależna i niepodległa. Polak ma konstytucyjne prawo do wolności poglądów (co niedługo może się zmienić, prawda, panie Kaczyński?). Nikt nie może Ci zabronić mieć własnego zdania, zgodnego z Twoimi poglądami, uczuciami, systemem wartości i doświadczeniem tego, co masz za sobą. Nikt nie ma prawa narzucić Ci myśli, opinii czy punktu widzenia. Tym opisem chcę zamanifestować to pragnienie wolności, którą – wbrew pozorom – często ktoś próbuje nam ograniczać. A także dam do zrozumienia, że sobą jestem i pozostanę, nikt nie będzie mówić mi co mam robić, jak mówić, czego słuchać i co czytać. To, jak się zmieniam ja i moje poglądy to moja decyzja, [dobro]wolna i niezależna ;).
Przypomina mi się kolejna niezłomna prawda życiowa – ludzie zawsze próbują się wzajemnie zmieniać (najlepiej upodobnić do siebie i narzucić swój światopogląd, bo przecież „ja zawsze mam rację”, nie? :P), lecz ludzi nie da się tak po prostu zmienić. People don’t change.
The most basic fact of all Human conditions is that PEOPLE DON’T CHANGE (1)
People dont change. I tried to change for him and where did it get me? Nowhere. We are who we are… (2)
(więcej poza cytatami nie czytałem, linki są tylko jako podanie źródła :P)

Btw. W dniu wczorajszym osiągnąłem apogeum ludzkiego zmęczenia ;P i nie mam pojęcia czemu. Budząc się o jakiejś ósmej, o 12 byłem już półprzytomny, potem padnięty i czujący zmęczenie całym ciałem, położyłem się spać o 22, wymiękając i nie pisząc TEJ notki, aby wstać dziś po godzinie… 10. ;P To chyba mój rekord.

Do zobaczenia w następnym odcinku. ;)

Do you read me?

Notka w systemie ratalnym, part one.

Czemu ratalnym? Bo jeśli będę wiecznie odkładał wszystko to, co mam do napisania (tak, jak zawsze :P) to wszystko zapomnę (jak zazwyczaj).

Teraz, 10 listopada 2005, 23:08. Patrzę za okno. Pierwsza myśl – „wymarłe miasto”. Mgła i mrok spowiły całą okolicę. Ulice są ciche i puste. Sklepy zamknięte, światła pogaszone, mgłę przebijają tylko pomarańczowe latarnie uliczne… Ani jednej żywej duszy… Drzewa jesienne, gołe, umierające… Tylko pojedyńcze wyschłe liście delikatnie się jeszcze trzymają… Lecz gałęzie są idealnie nieruchome, nie wieje żaden wiatr – chwila ta zdaje się być jak z fotografii (którą na pewno bym zrobił, jakbym miał czym)… Wymarłe, puste miasto. W przeddzień święta niepodległości.

Kilka dni temu. Ciepłe, słoneczne popołudnie. Idąc [do Tesco] przez skwer(?) spoglądam na skąpany w pomarańczowym słońcu plac zabaw. Dzieci kręcące się na karuzeli i huśtające na huśtawce, a roześmiane głosy pobrzmiewające z echem gdzieś niesamowicie daleko są być może jeszcze realny, być może już tworem mojej wyobraźni… Taki typowo idylliczny obrazek, niemal jak malowany, a złociste słońce zdaje się przesłaniać go mgłą potęgującą nierealną sielankową atmosferę. Skojarzenie? Wierzcie lub nie, ale oczyma wyobraźni już widziałem jak to osiedle, ten plac, te dzieci pochłania wybuch atomowy. Scena jak w „Terminatorze 2″… roześmiane dzieci czeka tylko jedna pewna przyszłość – śmierć… zagłada.

Do zrobienia: sprzątnąć pulpit, zostało tylko 10 miejsc na ikonki nowe ;P (czyt. wrzucić wszystko do folderu „PULPIT”), sprzątnąć download i znaleźć miejsce na dysku (awykonalne).

Trafiłem ostatnio na pewnego ciekawego bloga, który – muszę przyznać – niesamowicie mi się spodobał ;) Szczególne polecam działy „Fale na morzu Diraca” (a ja wiem, skąd ten tytuł! :)) i „Wyrocznia i Kot Schroedigera” :). Przyznaję się bez bicia, że zdecydowanej większości nie czytałem, jednak wiele notek zasługuje tam na nobla, rozbawia do łez lub inspi, intry, ignoruje ;). Kot autorki jest cudownym i przezabawnym stworzeniem :) Już go po prostu kocham ;) Notka z kawiarką też wymiata ;). Natomiast notki takie jak ta o ciągłym powstawaniu równoległych wszechświatów z innymi wersjami wydarzeń jak najbardziej zgadzają się z moimi przekonaniami co do natury rzeczy. Nie wiem, czy już kiedyś nie pisałem, a jeśli nie – to czy chcielibyście czytać :P (jeśli nie napisałbym tego nawiasu – to nikt by mi na to nie odpowiedział, dobrze o tym wiem. A nawias miał brzmieć „i tak mało kto odpowie w komentarzu na to pytanie”). Bo pogląd mam, stateczny i ukształtowany. I podoba mi się, kiedy trafiam na kogoś, kto się z nim zgadza. Nawet jeśli minąłęm się z nim (tym kimś) w czasie, bo i tak bywało. Anyway bloga polecam, a autorkę chciałbym kiedyś poznać ;)

Miałem napisać jeszcze 2 rzeczy, póki pamiętam ;P
1. Co Wy niby o mnie wiecie… ;P Cycując M.Wiśniewskiego w odp. na pytanie zawierające „jakiego Cię znają” – „A jakiego mnie ci ludzie znają? WCALE mnie nie znają”. I taka jest prawda. Jedną osobą, która powinna mnie NAPRAWDĘ znać powinienem być ja sam, ale i tego nie jestem pewien. A ci, którzy naprawdę dobrze mnie znają i dużo o mnie wiedzą – to, padadoksalnie, wiedzą też, że tak naprawdę nie chcę by ktokolwiek o mnie cokolwiek/dużo wiedział.
<zastanawia się, co napisał w powyższym akapicie i czy trzeba to sprostowywać, bo czuje wewnętrznie, że wywoła falę nieporozumień i nadinterpretacji> (i chyba wyjaśniać nie trzeba ;P)
Tak, to prawda, mam swoje przekonania, uczucia i problemy. O przekonaniach mogę mówić otwarcie zapytany lub nie (zazwyczaj jednak zapytany :P), lecz problemy to już moja sprawa, a uczuciami to już w szczególności nie powinni się inni interesować :P relacja między każdym dwojgiem ludzi powinna być relacją między tym dwojgiem ludzi a nie całym światem. Jeżeli uważam, że ktoś powinien coś wiedzieć, to sam mu to powiem, a nie będzie o tym cały świat gadać :P Bo i tak, każdy doda coś od siebie. Dokona nadinterpretacji lub przekaże interpretację jako cytat. I tak dalej i dalej. I fajnie jest. Nie żeby mnie to szczególnie obchodziło, ale nie lubię ludzi, jak myślą, że ja coś myślę, bo chociaż to wierutna bzdura to ktoś im tak powiedział ;P Nikt nie wie, co ja myślę ;) przykro mi ;)

2. Wniosek na dziś jest taki, że przyjaźń to uczucie wyższe od miłości [i jakże miło było zobaczyć takie samo zdanie w pracy z religii u Mona]. Taka prawdziwa, szczera, głęboka przyjaźń. Nie taka od „psiapsiółek do poplotkowania” tylko od przyjaciół na dobre i złe. Wiecznych punktów oparcia dla człowieka, niezależnie od wszystkiego. Jak to nie wyższe? A czym jest przyjaźń? Jest bezgranicznym zaufaniem, oparciem, zrozumieniem, bliskością, może być ciepłem i czułością, ktoś [po prostu] JEST tam gdzieś dla Ciebie, gdy go potrzebujesz. A czym jest pospolita ‚miłość’? Tym samym + zazdrość, zawiść, zawłaszczenie sobie kogoś. Przyjaźnią z negatywną chęcią posiadania kogoś tylko dla siebie. „Nie być dla nikogo kimś szczególnym i kochać wszystkich – oto prawdziwa miłość” głosi hasło na jednej ze szkolnych bufetowych ścian (zach.). Ja bym to trochę zmodyfikował – właśnie być dla wielu osób kimś szczególnym, dla każdego, kto będzie potrzebował. I być dla wszystkich.
Co z tego, że pojawi się Anioł. Że przyjdzie do Ciebie i podaruje Ci miłość. Da ciepło, zaufanie, oparcie, wysłucha, pocieszy pomoże. On jest Aniołem, będzie taki dla wszystkich dookoła, dla Ciebie, Twych przyjaciół i wrogów. A Ty chcesz go mieć tylko dla siebie. Nie zdziwiłbym się, gdyby dowiedzono, że anioły wyginęły jako wymordowane przez ludzi. Zazdrosnych i nienawistnych.

A co do religii – dzisiejsza jej lekcja była IMHO lekcją nietolerancji. Nietolerancji wobec homoseksualistów, wobec chorych i wobec INNYCH. Każą nam zawierać małżeństwa, dobierać się w pary, sakralizować i legalizować te związkii rodzić dzieci. Ale nie wolno Ci zawrzeć małżeństwa z kimś niezdolnym do czynności seksualnych. Kimś, kogo pokochasz, jako głęboko wierzący katolik chcesz koniecznie poślubić, wspierać i okazywać mu uczucie. Nie – nie wolno Ci. Nie możesz także zawrzeć szczęśliwego katolickiego związku z kimś chorym psychicznie. Z kimś godnym miłości, zasługującym na nią tak samo, jak każdy inny, potrzebującym wsparcia i zrozumienia jeszcze barziej, niż niejeden inny – ale nie wolno Ci. Prawo katolickie tego zabrania. Chore.
Lekcje te jeszcze bardziej odsuwają mnie od katolickiego kościoła. Nie mówię, że nie wierzę w Boga – nigdy nie mówiłem, że wierzę lub nie. Ja wierzę na swój sposób, nie kłócący się z wieloma postulatami wiary chrześcijańskiej ani z nauką, ale na swój prywatny sposób. Nie można mi narzucić innego poglądu jako „jedynie słusznego”, a to właśnie próbują chyba uskuteczniać ci księża. Nie podoba mi się w tej całej ‚religii’ wiele elementów, ale nie walczę z nimi – po prostu mi ich nie narzucajcie. Pan Bóg dał człowiekowi wolną wolę, czyż nie? Czyż na mocy tego Bożego prawa nie mogę ODRZUCIĆ katolickiej religii pojmowanej w TEN WŁAŚNIE sposób? Bo nie zgadza się ona całkowicie z moimi przekonaniami? Nikt nie może mi zarzucić, że odrzucam Boga, nie może zabronić wierzyć w niego i modlić się wedle swojego uznania. Po prostu nie muszę widzieć tego wszystkiego tak, jak oni mi każą. Optymistycznie zakończę cytując ojca Arka, wspaniałego człowieka: „Młodzież dziś odwraca się od Kościoła… I wiecie co? Ja się z tego cieszę! Tak, cieszę! Bo to wszystko jest źle pojmowane i wypaczone! I bardzo dobrze, że od tego wykrzywionego obrazu się odwracają, że jeśli jest on wypaczony to go odrzucają!„. Bądź w zgodzie ze sobą. Życzę Ci tylko bycia pewnym swojego systemu wartości.