I smell blood…

Zdecydowanie na blogu brakuje możliwości pogrupowania notek w kategorie, bo wiem, że nikomu nie chce się wszystkiego tu czytać, a w szczególności moich przemyśleń informatycznych, których być może byłoby stosunkowo najwięcej. No ale cóż, szczerze mówiąc, wybitnie nie chce mi się teraz się za to zabierać. No i przede wszystkim chciałbym w tym miejscu głośno ponarzekać: ferie mi się skończyły ;_;

Temat pierwszy niech więc będzie wielce natchniony i jakże prawdopodobnie dla niektórych szokujący. Ja, ikari, dla niektórych nawet satanista ;P, jako jedna z trzech osób przeszedłem szkolny etap (pierwszy z trzech)… Ogólnopolskiej Olimpiady Teologii Katolickiej. Satan himself masquerades as the angel of light - jak twierdzi cytat z listu do Koryntian, którego ilustracją jest mój awatar, także ten z nieoficjalnej wersji identyfikatora szkolnego. Prawdę mówiąc na wynikach tej olimpiady zaczęło mi zależeć dopiero podczas jej pisania – zobaczyłem, że pytania faktycznie nie są nie do napisania i gdybym uważnie przeczytał te sto dwadzieścia dwie strony kompilacji materiałów źródłowych (i zapamiętał je) to znałbym odpowiedź na wszystkie, lub zdecydowaną większość. A w pozostałych improwizujesz, tradycyjnie. Z takich teologicznych ciekawostek:
Zwieńczeniem stwórczego dzieła Boga jest:
a) człowiek, b) niebo i ziemia, c) odpoczynek, d) słońce
.
Znający sprawdzoną odpowiedź proszeni są o nie spolerowanie. Ojciec Rafał powiedział, że był zaskoczony tak wysokim poziomem naszej wiedzy ;) A po samym konkursie mówił nam, że nie znałby odpowiedzi na wszystkie pytania.

Moje miasto – temat nr 2. Jest to najodpowiedniejsze miejsce na podzielenie się z Wami utworem Marii Peszek o tym tytule. Kliknij tutaj, by pobrać wersję .asf (przystosowaną do odtwarzania strumieniowego, tj. bez ściągania od razu całego utworu i całkiem nieźle skompresowaną (bo waży tylko 2.19 MB)).
Jakie jest moje miasto? Niech powie samo za siebie, oto porcja prasowych nagłówków:

W sobotę wieczorem 14-letni chłopak odkrył w łazience ciało swojej matki i dwuletniego brata
Tragedia wydarzyła się w sobotę wieczorem. 35-letnia kobieta kąpała synka. W tym czasie w domu był jej mąż i starszy syn. To on, zaniepokojony przedłużającą się kąpielą matki, wszedł do łazienki. – Kobieta i dziecko leżeli na podłodze. Na ratunek ruszył mąż. Natychmiast przyjechało pogotowie ratunkowe – mówi Dariusz Gałka z retkińskiego komisariatu. – Kobieta już nie żyła. Lekarze niemal godzinę reanimowali dwuletniego chłopca. Niestety i jego nie udało się uratować.
Wszystko wskazuje na to, że kobieta i jej synek zatruli się tlenkiem węgla, który ulatniał się z nieszczelnego piecyka ogrzewającego wodę.

W poniedziałek wieczorem tuż przed godz. 21 strażacy podjęli decyzję o ewakuacji klientów z hipermarketu Tesco przy ul. Pojezierskiej. Dach pod wpływem śniegu groził zawaleniem i kolejną katastrofą
(…)
W poniedziałek późnym popołudniem jeden z najemców sklepów w pasażu handlowym zauważył, że nad pralnią dach zaczyna się niebezpiecznie wyginać. Natychmiast powiadomił o tym nadzór budowlany. Jego szefowa, Urszula Krzysztoforska przyjechała do Tesco. Gdy zobaczyła wygięte podpory, wezwała straż. rozpoczęła się ewakuacja.
(źródło).
Najwyraźniej ani tragedia w Niemczech i zawalenie się lodowiska, ani zawalenie się sali gimnastycznej w podłódzkiej szkole, ani nawet tragedia na Śląsku niczego ludzi nie nauczą. Jakby to powiedział Kochanowski, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Radni nie zgodzą się na jutrzejszej sesji, by fragment ulicy Stalowej prowadzący do pomnika Stacja Radegast nosił nazwę – Aleja Pamięci Ofiar Litzmannstadt Getto. Powód? O pięć liter za dużo. (Ulica na 30 liter).
Pozostawię to już bez komentarza. No, prawie – IMHO proponowana nazwa niezależnie od swojej długości, jest jak najbardziej słuszna i powinna znaleźć się na mapie miasta. Chociaż kto wie, czy to spowoduje spadek, czy może wzrost liczby użyć sformułowań „polskie obozy koncentracyjne” w zagranicznych publikacjach…

*tu następuje tradycyjne przerwanie mi pisania na n sposobów*
A nie mam zbyt wiele czasu dziś, jutro sprawdzian z niemieckiego, a ja naprawdę totalnie nic jeszcze nie umiem. Nie tylko niewiele umiałem przed feriami, ale cofam się ostatnio w swoim germanistycznym rozwoju, mniej się uczę niż zapominam, a przez ferie język ten stał mi się szczególnie obcy.

Hm… Wśród rzeczy, które były w pamiętnym MMSie i zostały bezpowrotnie utracone pisałem między innmi o tym, że ten blog generalnie nie relacjonuje za bardzo mojego życia. Z całą pewnością nie jest to blog opowiadający, co dzisiaj zjadłem, gdzie i z kim byłem, ani inne tego typu pierdółki składające się na treść bloga dżezi nastolatki. Ten blog jest tu po to, by oddawać raczej moje podejście do życia, stosunek(XD) do świata i spraw wszelakich. Właśnie po to, by różne przemyślenia nie zostały bezpowrotnie stracone. Być może by później można było do nich wrócić. No i po to, by wszyscy, którzy chcą coś o moim sposobie myślenia czy czymś tam wiedzieć (sam nie wiem, co mogą z tego mieć), mogli zawsze tu zajrzeć i poczytać.

Underworld: Evolution – najtrafniejsza ‘recenzja’, jaką słyszałem padła z ust MKLa: Gdyby nie to trochę lateksu, może nie byłoby na co iść ;P
Ogólnie wyprawa do kina była bardzo charakterystyczna i zapadająca w pamięć. Dzień był śliczny, niebo pochmurne, słońce dawno schowało się było za horyzontem. Powietrze rześkie, tego dnia wręcz siarczyste, minus 27 (tak, Celsjusza) mianowicie. Nie ukrywam, że spowodowało to pewne utrudnienia komunikacyjne i nie chodzi mi tu wcale o konieczność zakrycia ust celem zachowania ich jako w pełni sprawnej części ciała (zakrycie nosa również było wskazane, jeśli ktoś nie lubi jak mu jego wnętrze zamarza), lecz o komunikację miejską. Oryginalny plan A zakładał, że wsiądę sobie pod blokiem w tramwaj linii 3, przejadę pół godziny po mieście i wysiądę przy odpowiednim skrzyżowaniu, z którego w największej zamieci śnieżnej do kina powinienem iść góra 10 minut. Aczkolwiek plan ten zaczynał mieć słabe punkty. To jest brak tramwaju. Przez pierwsze 5 minut wierzyłem, że brak ten jest chwilowy i normalny. Przez kolejne 5 minut myślałem, że mój tramwaj nie przyjechał, ale pojadę następnym i wprawdzie stracę moje zapasowe 10 minut, ale dojadę na czas. Po kolejnych pięciu minutach zwątpienie odbiło się echem tak głośnym, że inni ludzie też powoli zaczęli opuszczać przystanek. Udałem się na przystanek autobusowy – plan B. Wprawdzie nie dojadę tak blisko kina, ale będę miał przesiadki czy coś. Jak się okazało plan B także spóźniał się 10 minut. Gdy zobaczyłem tramwaj jadący w przeciwną stronę, czyli na krańcówkę, postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę – i to była słuszna decyzja. Przy krańcówce z 3 przesiadłem się w 9 i szczęśliwie (radośnie) dojechałem prawie pod kino z zaledwie 10‑minutowym spóźnieniem (9. jedzie krócej). Była godzina 17:45, MKL czekał na mnie pod kinem dzierżąc ukryte w kieszeni zakupione bilety. Tak, bilety kupował 20 minut przed filmem… Co w przypadku sequeli takich hitów jak „Underworld” może być szaleństwem. Dlatego też podchodząc do kasy tylko nieśmiało spytał „Czy są jeszcze jakieś miejsca na U:E?”. W odpowiedzi zobaczył mapę sali kinowej – wszystkie miejsca oznaczone kolorem zielonym, wolne.
Ale to nie koniec. Usadowiliśmy się pod salą kinową, cierpliwie oczekując nadejścia odźwiernego, który wpuści nas i resztę publiczności na film. Minęło 5-10 minut, a my wciąż siedzieliśmy na kanapie rozglądając się zarówno za odźwiernym, jak i jakąkolwiek publicznością. Chwilę po tym jak padło pytanie mona „Myślisz, że tam jeszcze poprzedni film leci?” od strony sali naszych uszu dobiegł dźwięk. Dziwne – jeśli faktycznie leciałby film, to słyszelibyśmy już wcześniej, prawda? Spojrzeliśmy na zegarki. 18:00, godzina seansu. Hmm… kolejne niedyskretne rozejrzenie się i stwierdzenie, że nikogo z obsługi jak nie było tak nie ma. A skoro to nasze reklamy, to film zaraz zacznie lecieć… Podeszliśmy do drzwi i po raz kolejny rozejrzeliśmy się za kimś, kto je otworzy. Ale skoro nikogo nie było… postanowiliśmy zajrzeć do środka. My postanowiliśmy, jego do tego celu wypchnąłem XD. Uchylił drzwi, zajrzał do środka. „I co, i co?” – nie potrafiłem powstrzymać niecierpliwej ciekawości. „I kurtynka” – odpowiedź mnie znokautowała XD. Po raz kolejny z antycypacją (lubie to słowo XD) rozejrzeliśmy się po kinie. Nadal nikogo zmierzającego w naszą stronę. Ok., zobaczmy więc, co jest za kurtynką – tym razem to ja pchałem się do środka. Otworzyłem drzwi, wsunąłem się lekko (nadal rozglądając się, czy nikt nas na tym nie przyłapie XD) i minimalnie rozchyliłem kotarkę by moim oczom ukazała się… pusta sala kinowa. Puściuteńka, bez żywej duszy, za to z reklamami w połowie emisji. Ostatni rozgląd i szybka decyzja – „wchodzimy!” ;). Wpakowaliśmy się na miejsca na środku sali, nie widząc nikogo nawet za szybką pomieszczenia z projektorem. „Ty, a może tu jest tak cały czas? Filmy sobie lecą, obsługi ni chu chu…” XD. Po jakimś czasie, gdy reklamy się kończyły, słyszeliśmy otwierające się drzwi. Ogarnęło nas ewentualne przerażenie (XD) na myśl, że za zasłonką pojawiła się obsługa by wreszcie otworzyć nam drzwi. Jednak te po chwili zamknęły się z powrotem. Po kolejnych kilku minutach, już podczas trwania filmu, drzwi otworzyły się po raz kolejny i…? To drugie pół widowni (2 osoby) wchodziło na salę, jak my XD. Najbliższy przedstawiciel personelu kina (poza głową która w końcu pojawiła się w projektorni i uspokoiłem się, że nie wyłączą filmu „bo nikt nie ogląda” XD) pojawił się owszem, by otworzyć drzwi – ale PO filmie :). Niech żyje kino Polonia (centrum filmowe Helios).

Rzecz kolejna to moje chore sny (choć mam spore wątpliwości, czy i ile o tym pisać ;P), może odrobinę Underworldowe, ale o dziwo zaczęły się przed obejrzeniem tego filmu ;). I miały więcej fabuły i motywacji działań bohaterów niż druga część filmu, ale tych właśnie elementów za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. W snach tych pojawiają się właśnie różne dziwne motywy wampiryczne, a w szczególności nowa rasa tychże. Generalnie wampiry mają za sobą setki czy tysiące lat ewolucji i niektóre pozbyły się niektórych swoich słabości – niektóre, ponieważ pojawiły się różne ich odmiany. Są wciąż takie, które są śmiertelnie wrażliwe na światło słoneczne i dwuminutowe wystawienie na słońce powoduje nieuleczalne oparzenia szybko prowadzące do śmierci (swoją drogą potrafią one wpaść w niejaki trans, gdzie stają się niepoczytalne i potrafią atakować ludzi kierowane głodem krwi). Jednak zdecydowana większość wampirów nie cierpi już z powodu światła słonecznego. Po prostu nie lubią go, zdaje się lekko drażniące i powstrzymuje ciało przed regeneracją (która w przypadku wampirów następuje niemalże natychmiastowo).

*kolejna przerwa techniczna ==”*

W tym świecie wampiry żyją wśród ludzi, a ludzie nic o tym nie wiedza. Nie są też przez nie atakowani, nie istnieje psychoza jak w średniowieczu. Ba, nikt w wampiry nie wierzy. Nie mam pojęcia, jak nasi krwiopijcy radzą sobie z odwiecznymi nawykami żywieniowymi, ale generalnie żyją z ludźmi w zgodzie. Są bystrzy i inteligentni. Przypadki opanowania przez instynkt (jak u tych mniej przystosowanych do dziennego trybu życia) odnotowywane były sporadycznie. Potrafią też poruszać się w przestrzeni we wszystkich kierunkach bez użycia skrzydeł. Prawdopodobnie jest to rozwijająca się, lecz jeszcze ograniczona, telekineza. No i wreszcie, last but not least, powstała jeszcze jedna rasa. Szczególnie rozwinięta, lecz ma wybitnie mało przedstawicieli. Są dziwni, ale zarazem przerażający. Różnią się także wyglądem (choć chyba mogą się „transformować”, jak podobno potrafi każdy wampir i likantrop) – dziwna, mocniejsza, ciemnoniebieska skóra (w dotyku przypomina trochę bardziej sztywną gumę, a trochę mniej delikatną ludzką skórę) i charakterystyczne przedłużenia kości w łokciach i kolanach na kształt szponów czy kolców, prawdopodobnie wystarczająco ostre by zadać człowiekowi śmiertelną ranę. W dodatku przedstawiciele tej rasy mają także dziwne dodatkowe zdolności – jakby było mało tego, że potrafią latać, to potrafią także poruszać się po każdej powierzchni, jakby grawitacja działała na nich zupełnie inaczej. Mogą przeczołgać się po ścianie czy suficie, a w skrajnych przypadkach chodzić po takiej powierzchni dwunożnie (jak Dracula w Van Helsingu). Obecność innych żywych stworzeń, a także ich rasę po prostu wyczuwają. Mimo, iż są śmiertelnie niebezpieczne dla ludzi, likantropów, a nawet wampirów – są na tyle inteligentne, by nie wykorzystywać tego w zły sposób, lecz także zachować neutralność. Nie mam tylko pewności co do tego „skąd się biorą”, bo wszelkie ich potomstwo to te „zwykłe” wampiry, pozornie niczym nie różniące się od ludzi. Prawdopodobnie jest to kwestia predyspozycji genetycznych u wampira, a cechy tej rasy ujawniają się dopiero po… ujmując to możliwie delikatnie, wymianie kodu genetycznego z kilkoma innymi przedstawicielami (tej samej rasy? A może właśnie różnych?), czyli muszą się parę razy z kimś/czymś pogryźć ;P Badania trwają :P.

I w tym wszystkim moja chora osoba. Z tej ‘wyższej’ rasy znalazła się jednak także czarna owca. Nie wiem, nie pamiętam niestety, jakie konkretnie plany miał wobec świata (XD) on i wampiry z nim trzymające, ale na pewno stali po innej drugiej barykady. Byłem niestety z tych „po paru walkach z różnymi stworzeniami”, ale raczej nie dlatego, żebym był agresywny, a raczej walczę o to, w co wierzę ;).
O dziwo sny „z tej serii” miałem tylko dwa. Jednak długie i treściwe… ;P
Szczerze mówiąc nie chciałbym nigdy w życiu zetknąć się z tym, czym w tych snach się stałem :P Nie wiem nawet, czy i jakie to ma słabości. Poza tym, że jak się w ostatnim śnie okazało, gryząc wampira i nie zabijając go nigdy nie masz pewności, czy to go zabije, czy też ujawni predyspozycje do dołączenia do przedstawicieli tej ‘ZŁEJ’ (przerażającej :P) rasy. W tym drugim śnie tak miałem… zaatakowany przed dwoje wampirów z tej ‘najniższej klasy’ – pierwszego udało mi się wyciągnąć na silne światło słoneczne i miałem go z głowy (raczej nie przeżył, choć nikt nie widział, żeby umierał – mógł zbiec ;P), druga zaś (tja, wampirzyca) skutecznie pogryziona nie traciła zapału do walki więc też trafiła na sporą otwartą silnie oświetloną letnim słońcem przestrzeń. Widać jednak było na jej twarzy jednakowe zaskoczenie (po chwili miotania się), jak i na mojej – czyżbym przekazał jej w jakiś sposób odporność na słońce? I tu nastąpił drugi charakterystyczny moment [Ostrzeżenie: Zawiera krwawe sceny ;P] – ugryzienie w ten jakże ślicznie odsłonięty i pozbawiony nadmiaru kości fragment ciała, jakim jest szyja. Uczucie, że wyszarpujesz komuś kawałek skóry/mięsa z ciała. I to, co i wtedy uderzyło mnie nowością. Tętnica, trafiłem kłami na tętnicę. Smak krwi, i to nie taki metaliczny gardłowy posmak, jak kiedy krew z nosa zacznie spływać po przełyku, ale pełny, prawdziwy (niesamowicie realistyczny) smak krwi, taki, jak kiedy przyłożysz silniej krwawiącą ranę do ust… Jak na wampira przystało, kuszący i być może uzależniający.
Przerażać może mnie tylko to, że pamięć tego smaku pozostała mi po przebudzeniu i wcale nie wywoływała mniej entuzjastycznych skojarzeń. Sssiiiick <głosem Ojca Dextera z boskiego (dosł.) odcinka z kawą (to wiele wyjaśnia), „Topped off”>

Po kolejne – Gadu-Gadu™. Niesamowite jak tak mała rzecz (wobec wieczności) może wyprowadzić człowieka z równowagi. I to nie swoją awaryjnością, nie kolejnym padem, czy niemożnością zaimportowania kontaktów. Nie. Tym razem genialnym pomysłem właścicieli tego komunikatora. Ich najnowszy pomysł wprowadzenia limitu na 100 wiadomości w ciągu minuty, ściśle pozostającego w związku z rozmiarem przesyłanych obrazków stał się przyczyną niesłusznego banowania wielu użytkowników tej sieci. Generalnie polecam link: http://maciekw.jogger.pl/comment.php?eid=182903&startid=0
Moją reakcją na te cudowne wiadomości było napisanie krótkiego maila na adres tech@gadu-gadu.pl o następującej treści:

Chciałem napisać tu grzecznego i kulturalnego maila z opisem problemu
(Mianowicie od paru dni mam spore problemy z rozmową z kimkolwiek na gadu-gadu, ponieważ pół dnia nie mogę się do nikogo odezwać, mimo iż sam odbieram normalnie wiadomości. Łączyłem na nowo, restartowałem klienta i system – nic nie pomagało, zaczynałem podejrzewać operatorów mojej sieci (z którą nigdy nie miałem problemów), deinstalowałem też Norton Personal Firewalla winiąc go za taki stan rzeczy…
Rozważałem przejście na inne sieci komunikatorów, gdyż tam nie mam takich problemów).
Cóż się jednak okazało – w Sieci znalazłem informację, że to jest nowa FUNKCJA serwera gadu-gadu i że on blokuje mnie celowo (za korzystanie z jednej z najlepszych opcji komunikatora – możliwości przesłania rozmówcy obrazka, bo chociaż piszę na klawiaturze bardzo szybko w porównaniu z przeciętnymi ludźmi to wątpię bym przekraczał 100 wypowiedzi na minutę (chociaż przy tych krótkich… cholera wie)). Wierzcie mi Państwo, fakt, że nie użyłem jeszcze żadnego słowa uważanego powszechnie za wulgarne lub obraźliwe można spokojnie zaliczyć do cudów, albowiem moja ..frustracja.. w ciągu kilku ostatnich minut osiągnęła dawno nie spotykany poziom.
Jak do tej pory mimo pewnych atrakcyjnych walorów innych sieci (np. brak limitu rozmiaru wiadomości, co ułatwiało wymianę troszkę dłuższych niż 1kB kodów źródłowych z zaprzyjaźnionymi amatorami sztuki programowania, czy też ich niewątpliwa bezawaryjność (na tle tzw. „padu-padu”)) nie były wystarczającym argumentem bym porzucił kilkaset kontaktów z mniej-lub-bardziej znajomymi ludźmi używającymi na co dzień sieci Gadu-Gadu. Jednakże teraz dostarczyliście mi Państwo ostatecznego argumentu ku zmianie. Na nic zdadzą mi się kontakty i znajomi na liście i poza nią, z którymi nie mogę się porozumieć.
Najserdeczniejsze życzenia częstych stosunków analnych oraz ekshumacji,
były – kwiat na tafli jeziora – user.

Gdyby ktoś nie rozumiał symboliki kwiatu na tafli jeziora:
JESTEM OAZĄ SPOKOJU, pierdolonym, kurwa, jebanym kwiatem na tafli jeziora!

A teraz pora kończyć i iść zakuć kochany język niemiecki.

Namiastka tego, co mogło tu być

Witaj:

  • Po dłuższej przerwie
    Wiem, że trochę czasu nie pisałem. Prawdę mówiąc tym razem nie do końca było to tak, że nie miałem, co pisać. Bywało, że owszem miałem, co pisać – przemyśleń było dużo i na różne tematy. Ale z pewnych powodów przez jakiś czas naprawdę nie miałem zamiaru publikować nic na blogu >_>. Druga sprawa to przerwa techniczna – z powodu zmiany serwera.
  • Na nowym serwerze
    iBlog działa teraz na nowym, lepszym (profesjonalnym, a nie komputerze domowym) serwerze. Mam nadzieję, że chociaż część z Was odczuła w tym roku zauważalne przyspieszenie ładowania się bloga. Wynikło z tego oczywiście kilka problemów, tj. konkretnie wszystko przestało działać i musiałem zmieniać trochę skryptów ;), ale już wróciło do normy i można cieszyć się nie tylko treścią bloga, ale i panelem dodawania notek, co może mi się jednak przydać ;P
  • Stały bywalcu
    Cieszę się, że tak wiele osób z godnym podziwu samozaparciem (teach me master!) odwiedza tego bloga regularnie w poszukiwaniu nowych notek (a może by powrócić do tych archiwalnych?). Dziękuję za odwiedziny :)
  • Nowy gościu :)
    Miło też widzieć tyle NOWYCH odwiedzających, trafiających tu z różnych źródeł i powodów. Szkoda, że nie zostawiają po sobie wpisu, śladu, ani opinii czy znaleźli tu to, czego szukali ;)

Swoją drogą w czasie, gdy nie działało dodawanie notek próbowałem wymyślić rewolucyjny sposób i rozwiązanie problemu pod tytułem „Zawsze najwięcej do napisania mam wtedy, gdy jestem daleko od komputera i Internetu. Na przykład w długiej pieszej drodze lub jadąc przez całe miasto autobusem/tramwajem”. Otóż stwierdziłem, że mogę zapisywać fragmenty notek jako… szkice niewysłanych SMSów i MMSów! ;D. Pomysł udało się zrealizować połowicznie – jedna krótka notka, zajmująca w niewielkiej pamięci telefonu aż 6 SMSów wprawdzie została napisana, ale długa notka o wszystkim, co ważne, zajmująca pełnego MMSa gdzieś przepadła (powodując odpowiednią frustrację użytkownika ^^) – nie wiem, czy to telefon nie zapisuje szkiców MMSów, czy wina tego, że na koniec edycji odebrałem rozmowę przychodzącą ;P. Oto ten zachowany SMS, z nieznaną datą utworzenia:

Z serii „czy walczyć o więcej niż się ma”: zastanawiasz sie czasem, czy gdybyś zawsze dawał do zrozumienia, czego chcesz – czy miałbyś więcej niż masz? Czy kiedy wiesz, czego chcesz, mówisz to, mimo iż znasz przeszkody stojące na drodze by to osiągnąć? Czy warto?

Bo czy warto na ogromnej polanie z jedna jabłonią skakać do owocu wiszącego 3 m nad ziemia? Chyba nie. Możesz oczywiście włazić na drzewo, ale to się może źle skończyć… A Ty masz lęk wysokości.

Tak mi się na myślenie zebrało i przy okazji wymyśliłem ten sposób na pisanie notek językiem ezopowym na… komórce (bynajmniej nie mózgowej) – jako niewysłany SMS. Potem tylko CTRL+C, CTRL+V… I ulotną myśl sklerotyka można czasem powoli mozolnie ocalić…

Rejs był wspaniały, niech żyje metoda T9 :P

Ta myśl jest jak zwykle wieloznaczna i uniwersalna, choć wiem, że jest ktoś, kto czytając ją był przekonany, że dotyczy tylko jednego zagadnienia ;). Ale dotyczy co najmniej dwóch :)

Drugi MMS… Cholera, teraz już nawet nie pamiętam, co dokładnie w nim było. Pamiętam tylko, że byłem wściekły, że go straciłem. Nie lubię tracić informacji – informacja jest czymś, co być może jest we wszechświecie najcenniejsze. Wszelka informacja powinna być przechowywana i magazynowana, nawet jeśli nie jest przez nas uznawana. Nigdy nie wiadomo kto, kiedy i po co będzie chciał lub potrzebował sięgnąć po nią z powrotem. Niezależnie jak „nawiedzenie” by to brzmiało, to zauważam w sobie jakiś taki właśnie obsesyjny kult wiadomości ;). Jego przejawami jest np. to, że NIGDY nie kasowałem archiwum rozmów lub e-maili. Choćby zajmowało setki megabajtów, zostanie co najwyżej skopiowane gdzie indziej, ale broń Boże usunięte. Bo nigdy nie wiadomo ;). Dlatego też marzę o dniu, kiedy opracujemy technologię umożliwiającą zapis wszystkiego tego, co widzimy, słyszymy, myślimy, czujemy i śnimy w swoim życiu. Zwłaszcza możliwość nagrywania i odtwarzania snów szczególnie by mnie interesowała… Nie mówiąc już o tym, że zamiast sen komuś opowiadać, puściłbyś mu go jak na video ;)

*tu masa różnych osób i okoliczności skutecznie przerywa mi pisanie notki…*
*a tu odwiedza mnie kuzynka, która na parę dni przyjechała z Londynu ;P*

Heh, nie znoszę przerywać pisania czegokolwiek, bo później ciężko do tego wrócić ;). Dlatego też tę notkę chyba przedwcześnie zakończę ;). Trzymajcie się!