Koniec.

♪ I tried so hard, and gone so far, ♪
♪ but in the end, it doesn’t even matter ♪

Od dawna słyszymy, że koniec świata nadchodzi. W zasadzie to ludzkość słyszy to od początku, prawdopodobnie dlatego, że lubi sobie takie końce wyobrażać, albo dlatego, że zazdroszczą światu, że trwa trochę dłużej od pojedynczego ludzkiego życia.

Powody rzekomego końca możnaby mnożyć: reakcja łańcuchowa zapoczątkowana zabiciem pszczół przez telefony komórkowe, globalne ocieplenie klimatu mające spowodować zlodowacenie (ten pdf to wszystko co zostało ze strony DayAfterTomorrowFacts… swoją drogą, szukając jej nie chciałem zobaczyć właśnie tego okazjonalnego logo Google), zachwieje się nam pole magnetyczne planety, czy też starożytna cywilizacja nie widziała sensu prowadzić swojego kalendarza dalej niż sięgną losy obecnej rasy ludzkiej, by życie mogło rozpocząć piąty i ostatni cykl, a bogowie — stworzyć jeszcze doskonalsze istoty. A może po prostu pozabijamy się nawzajem?
Ale wcale nie o przyczynę chodzi. I nie o to, by mieć pewność. Chodzi o to, „co jeśli”.

Zatem załóżmy, że zostało nam wszystkim 5 lat życia.

Po skończeniu studiów będę miał około półtora roku życia przed sobą. Jakie będzie znaczenie informatyki na rok przed Końcem? Może lepiej było iść na archeologię i wiedzieć, jak zakopywać cenną wiedzę ;) Chociaż nie, to też nie wyjdzie — Egipcjanie podobno w piramidach zawarli wiele wskazówek ostrzegających nas przed prawie tą samą datą – rokiem 2016. Ale nawet ci, którzy to (drugie i trzecie dno :P) wyciągnęli, nie wiedzą, co by w tym 2016 miało się wydarzyć.
W zasadzie nie ma sensu próba ostrzeżenia inaczej myślących przyszłych cywilizacji. Mógłbym im raczej zostawić wiadomość: „róbcie co chcecie, byle byście byli szczęśliwi, przecież to o to chodzi, nie zapomnijcie”. Ale jak to wyrazić nie używając języków ani umownych symboli..? Bo przecież naszych nie zrozumieją. Ponadczasowe przekazy to też mit — wszystko co uważamy za ponadczasowe to tylko dorobek kultury. Naszej kultury, kultury naszej cywilizacji.

Jeszcze raz, półtora roku po studiach. To znaczy, że zakładając optymistyczną kolej rzeczy przez półtora roku byłbym wreszcie nieprzykuty do żadnego konkretnego miejsca, czysto formalnie. Czy mógłbym być tam gdzie chcę i z kim chcę? By wykorzystać ten czas jak najlepiej. A jeśli tego nie zrobię? Jeśli nie zrobię tego, a ze światem stanie się jednak coś niedobrego i już nigdy więcej nie będę miał szansy znaleźć i złapać swoje szczęście? To podchodzi już pod zakład Pascala – lepiej wybrać tę opcję, w której możemy coś zyskać, a nie możemy stracić niż odwrotnie. W ogóle to zakładając odpowiednią zdawalność ;)

Zasadniczo, czy gdyby ktoś wiedział na pewno, czy wiedzielibyśmy o tym my wszyscy? Zapewne rząd USA, które coraz częściej czuje się panami świata, a w razie braku motywacji jest gotowe pozabijać własnych obywateli, wszystkich zaangażowanych w dane odkrycie ludzi już by zatrudnił lub zabił. Lub oba, w odpowiedniej kolejności. Żeby nie siali paniki wśród głupiego tłumu. Być może gdzieś tam już budują schrony/stacje kosmiczne/cokolwiek pomogłoby uniknąć skutków Końca i tworzą listy naukowców i (mam nadzieję) sportowców, którzy by tam trafili. Czemu sportowców? Temat rzeka. Wiedza to nie wszystko, w terminach ostatecznych wypadałoby zrobić mały ukłon w stronę ewolucji i zatroszczyć się także o to, by z zachowanych genów wyhodować coś więcej niż bandę ludzi, którzy – jak ja – spędzą większość życia w pozycji siedzącej, nieruchomej, pochyleni nad swoją dziedziną nauki. W ogóle wypadałoby zebrać tak szeroką gamę ludzi wszechstronnie uzdolnionych (chociażby jako tłum), wyjątkowych i różnorodnych, że nie wiem, gdzie by ich pomieścili i jak długo zdołali karmić ;)

Scenariusz nr 2: wiadomość jest podawana publicznie. Prezydent Stanów Zjednoczonych mówi na żywo w TV: „Na Ziemię leci wielka kometa. Próbowaliśmy ją oczywiście zestrzelić lub przesunąć, ale ogromna aktywność słońca, którą niedawno zaobserwowano, zakłóciła wszystkie systemy kontroli i łączności z wszystkim, co wysłaliśmy w przestrzeń. Pozostaje więc chyba cieszyć się wywołanymi przez nią zorzami polarnymi na wszystkich 8 biegunach magnetycznych Ziemi. Ach tak, zapomnieliśmy wspomnieć, pole magnetyczne planety jest bardzo niestabilne, to dlatego część Waszych urządzeń elektronicznych wariuje. Zorze obserwujcie jednak z domów, noce na naszej półkuli ostatnio bardzo mroźne, a niewielu jest przygotowanych na temperatury rzędu -50 stopni Celsjusza. Ponieważ zawsze jest nadzieja, że przeżyjemy, proponuję nie rozdawać całego swojego majątku. Jednak w zaistniałych okolicznościach wszystkie opłaty cykliczne zostają zawieszone, a dobra niezbędne do życia, takie, jak jedzenie będą wytwarzane i wydawane nieodpłatnie. Bóg z Wami.” Radźcie sobie sami.

Półtora roku to kupa czasu, ale czyż nie wyglądałaby zupełnie inaczej, gdybyśmy wiedzieli, że to ta ostatnia? Wtedy dopiero odkrywamy prawdziwą hierarchię wartości w swoim życiu, pragniemy się nią kierować, cieszyć wszystkimi drobnymi sprawami, które namiętnie olewamy w biegu życia codziennego. Ech, ja tam zawsze byłem za uświadamianiem nieuleczalnie chorych o chorobie i o tym, ile czasu im zostało. Swoją drogą, mój sąsiad nigdy się nie dowiedział (guz mózgu).

Niestety będę już kończyć – pisanie wielokrotnie mi przerywano i początkowa wena gdzieś już dawno uleciała… Ale cieszę się, że wpis w ogóle powstał, dział „przemyślenia”, mój ulubiony w zasadzie, był już mocno zaniedbany…

Podobne wpisy:

13 komentarzy póki co

  1. mkl 27 kwietnia 2007 10:20

    Ziom, po pierwsze – duzy minus za cytat z poczatku artykulu. Tak jakos, czysto subiektywnie.
    Po drugie – masz za duzo wolnego czasu? Oo
    Dobra, a teraz konkrety:

    Ech, ja tam zawsze byłem za uświadamianiem nieuleczalnie chorych o chorobie i o tym, ile czasu im zostało.

    Podzielam, zdecydowanie lepszym wyjsciem jest powiedziec samemu „zainteresowanemu”, ile mu zostalo i on bedzie wiedzial najlepiej, co zrobic i jak (a moze „czy”) o tym powiedziec najblizszym. Chociaz podejrzewam, ze w przypadku guza mozgu akurat to nie robilo zadnej roznicy…

    Co do wszelakich „scenariuszy” – nie sadzisz, ze dales sie poniesc propagandzie hollywoodzkich filmow katastroficznych i glupot tloczonych przez maniakow z wszelkiego rodzaju sekt i stowarzyszen New Age? Nasuwa mi sie jedna refleksja w tym temacie – cos takiego, jak przepowiednia samospelnialna. Pamietasz dwa lata temu „boom” dookola przepowiedni Malachiasza przy okazji wyboru nowego Papieza? Dla przypomnienia – B16 wedlug niej ma byc przedostatnim Papiezem w historii (Kosciola? Swiata?), ma sprawowac swa funkcje stosunkowo krotko i po drodze walczyc ze zwolennikami New Age. (Dopiero po nim ma przyjsc prorok zza Himalajow i rozpieprzyc w czy-pi-zdy cywilizacje zachodnia). I teraz popatrz na to z tej strony – im wiecej ludzi zaczyna mowic o tego typu przepowiedniach, tym wieksze pole do popisu maja njuejdżowcy. Im wieksze zainteresowanie takimi przepowiedniami, tym wieksza szansa, ze jakis niezrownowazony psychicznie czlowiek wpadnie na „pomysl” opisany w nich, bo przeciez „tak zostalo zapisane”. Doszlo nawet do tego, ze antywatykanskie poglady wsrod nie do konca wyksztalconych osob doprowadzily Papieza do planowania wydania ksiazki, w ktorej bedzie polemizowal z „Kodem Leonarda da Vinci”. Nie zalatuje Malachiaszem?

    A Nostradamus? U niego bylo kilka dat „konca” – wsyzstkie oscylujace miedzy 1999 a 2005. I wszystkie mamy za soba – czujesz sie martwy czesciej niz co srode podczas cwiczen z fizyki?

    Owszem, z jednym sie zgodze. Twierdze i zawsze twierdzilem, ze Swiat schodzi na psy i jak tak dalej pojdzie, to zachodnia cywilizacja dlugo nie przetrwa. Ale wydaje mi sie o wiele bardziej prawdopodobne, to, o czym wspomniales raptem jednym zdaniem swojego tekstu – ze „moze po prostu sami siebie wybijemy”. Dywagacje na temat komet lecacych na Ziemie(?!), globalnego ocieplenia czy naglego BOOM! wedlug mnie maja rownie duze szanse na spelnienie, jak historia opowiedziana w „Year Zero”. Sorry, ale dla mnie to sa po prostu bajki.

    Wspominasz o rzadzie USA – uwazam, ze to jest jedno z wiekszych zagrozen dla wspolczesnego Swiata. Potega, mogaca podejmowac praktycznie samodzielne decyzje, bez zwazania na zdanie wspolnty miedzynarodowej. A z drugiej strony – mimo, ze wiekszosc ludnosci Swiata zachodniego nie podziela pogladow tych kilkudziesieciu oszolomow z gabinetow w Waszyngtonie, to ich opinie sa tak naglasniane (w koncu nie dziwota…), ze po „drugiej” stronie konfliktu sa utozsamiane ze zdaniem wszystkich ludzi Zachodu. Zreszta – w Polsce jest inaczej? Ilu sposrod tych 30-paru procent wyborcow, ktorzy zgotowali nam taka Polske, jaka mamy, w pelni podpisuje sie pod kazda decyzja milosciwie rzadzacych? Ale chyba nie czas na dysputy polityczne. Chcialem jedynie zauwazyc, ze nie trzeba jakichs mistycznych sil, zeby wysadzic Swiat w powietrze – wystarczy, ze GWB zadrze z jednym krajem za duzo i oni juz znajda te owiane slawa Weapons of Mass Destruction, oj, znajda.

    Domyslam sie, ze rowniez nie do konca to mialo byc tematem tej notki, a raczej to, co mozna zrobic z czasem, „ktory pozostal”. Przynajmniej problem braku perspektyw na przyszlosc wydawalby sie rozwiazany. Ale co z tego? Obawiam sie, ze gdyby faktycznie podac do publicznej wiadomosci stwierdzenie „pozostalo nam poltora roku”, to de facto oznaczaloby to „pozostalo nam okolo tygodnia”. Jedno – momentalne zalamanie gospodarki swiatowej. Zadnych dlugoterminowych inwestycji, zadnego planowania, liczyloby sie tu i teraz. Kto by sie na dany moment najwiecej nakradl, mialby najlepiej. Drugie – kompletny upadek ludzkiej obyczajowosci. Mysle, ze jednak na swiecie znajdzie sie zdecydowanie wiecej osob o hedonistycznym zapatrywaniu na zycie, niz takich, ktorzy stwierdza „modlmy sie, bo zostalo nam tylko 1.5 roku”. A nawet jesli, to na pewno tych hedonistow bedzie wiecej na ulicach i beda bardziej widoczni. Podsumowujac – anarchia, destrukcja, ruchawka i pozoga, w ktorej szczerze mowiac nie byloby czasu na rozmyslanie, co mogles zrobic z zyciem i co chcesz zrobic z pozostalym czasem. Bo nie byloby JAK tych planow zrealizowac.

    To tyle z mojej strony.

  2. mkl 27 kwietnia 2007 10:37

    Jeszcze jedno :P

    Czy mógłbym być tam gdzie chcę i z kim chcę? By wykorzystać ten czas jak najlepiej. A jeśli tego nie zrobię? Jeśli nie zrobię tego, a ze światem stanie się jednak coś niedobrego i już nigdy więcej nie będę miał szansy znaleźć i złapać swoje szczęście?

    Pomijajac ostatni akapit poprzedniego komentarza, sprawa czysto techniczna. Zauwaz, ze nie bedziesz jedyna osoba, ktora nagle zacznie poscig za szczesciem. I pod tym wzgledem niewiele sie zmieni – najczesciej bedzie tak, ze wizja szczescia jednej osoby nie bedzie pokrywac sie z wizjami szczescia innych osob. A im bardziej zdeterminowany beda wszystkie „strony”, tym bardziej bedzie to uwidocznione. A niepowodzenia wyolbrzymione przez specyficzna sytuacje beda bolec jeszcze bardziej. I nie wiem, czy poltora roku, to bedize wystarczajacy okres czasu, zeby ustabilizowac sprawy tak, by stanely w najkorzystniejszym dla WSZYSTKICH razem punkcie. Jak w „Pieknym Umysle” z blondynka.
    I wlasciwie – jesli nagle zaczniesz mowic ludziom wszystko to, co o nich myslisz i do nich czujesz – czy to cos zmieni? Poza tym, ze uspokoi Twoje sumienie na te krotka „chwile” (tak, uwazam, ze poltora roku to chwila…) przed czyms, co do czego nie ma absolutnie zadnej pewnosci w zadnym aspekcie?

  3. ikari 27 kwietnia 2007 11:05

    - nie sadzisz, ze dales sie poniesc propagandzie hollywoodzkich filmow katastroficznych i glupot tloczonych przez maniakow z wszelkiego rodzaju sekt i stowarzyszen New Age?

    A nie napisałem „Ale wcale nie o przyczynę chodzi. I nie o to, by mieć pewność. Chodzi o to, „co jeśli”.”? ;P

    Jak zauważyłeś, nie chodziło mi o to, co by się miało dziać i czy są jakieś przepowiednie, czy nie (chłyt matetindowy to był ;P), więc do większości komentarza niewiele mogę się tu odnieść. Swoją drogą to, jak silnie rząd Stanów trzyma w rękach losy świata to osobny temat, dość przerażający zresztą. Oni nie potrzebują takiej propagandy, jak związek radziecki, oni zaszyli ją już w światowej kulturze.
    W zmiany klimatu to akurat wierzę, ale uważam, ze pieprzenie w kółko, że trzeba je powstrzymać (a może cofnąć?!) to strata czasu, powinni raczej dojść do ładu, ustalić co się dzieje i czy i jak mamy szansę ratować swoje tyłki, bo przyroda i tak ma nas głęboko gdzieś i niewiele zdziałamy. A dwutlenek węgla emitowany przez człowieka to 3% całej emisji.

    Sąsiad z guzem mózgu żył całkiem normalnie do samego końca. Kiedy próbowali go operować, wcisnęli mu kit, że usuwają jakieś niewielkie uszkodzone naczynka krwionośne.

  4. mkl 27 kwietnia 2007 11:51

    W zmiany klimatu to akurat wierzę, ale uważam, ze pieprzenie w kółko, że trzeba je powstrzymać (a może cofnąć?!) to strata czasu, powinni raczej dojść do ładu, ustalić co się dzieje i czy i jak mamy szansę ratować swoje tyłki, bo przyroda i tak ma nas głęboko gdzieś i niewiele zdziałamy.

    Niestety, nie zdolasz mnie przekonac do tego, ze pogoda jest najwiekszym zagrozeniem dla losow Swiata. Owszem, sami sobie „dopomagamy” poprzez kompletny brak szacunku dla sil przyrody, ale zycie na Ziemi istnieje dobrych pare miliardow lat, gatunek ludzki istnieje dobre pare milionow lat i wedlug mnie Ziemia i jej ekosystem jest na tyle wyksztalconym, skomplikowanym i w pewnym stopniu „samodzielnym” tworem, ze 150 lat rewolucji przemyslowej zrobi jej tyle, co ukaszenie komara w cieply, letni wieczor (bynajmniej nie w puszczy afrykanskiej, obok wioski zarazonej malaria…). Uwazam, ze zaden „twor” przyrodniczy nie jest w stanie zadzialac w taki sposob, zeby w sposob nieswiadomy (o sposobach swiadomych – juz sie wypowiadalem) zniszczyc samego siebie – bo 6 miliardow bialkowych kulek to troche za malo, zeby wywolac kataklizm na skale kosmiczna wrecz – zniszczenie duzej czesci zycia na jednej z planet.

    A dwutlenek węgla emitowany przez człowieka to 3% całej emisji.

    Nie wiem, czemu ma sluzyc to zdanie, ale boje sie, ze schodzisz niebezpiecznie w strone nieco bardziej populistycznych chwytow argumentacji – podawania danych statystycznych jako dowodow „teorii”, uzywania stwierdzen podobych w wymowie do „powszechnie przeciez wiadomo”. Zreszta – w samej notce tez zauwazylem miejsca, w ktorych odrobine zabraklo logicznosci wywodu i odnosilem wrazenie, ze niektore z opinii podajesz na zasadzie „bo tak”, ale byc moze po prostu zle je odczytalem.

    I nie zmienia to faktu, ze mimo wszystko spora czesc mojego poprzedniego komentarza jednak byla na temat (zaznaczalem rowniez, na koncu ostatniego akapitu, ze wiem, ze pierwsza czesc komentarza nie do konca wiazala sie z tematem).

    Sąsiad z guzem mózgu żył całkiem normalnie do samego końca. Kiedy próbowali go operować, wcisnęli mu kit, że usuwają jakieś niewielkie uszkodzone naczynka krwionośne.

    Lepsze to niz przy operacji guza mozgu uszkodzic „jakies niewielkie naczynka krwionosne” i zostawic czlowieka w formie roslinki. Chyba.

  5. ikari 27 kwietnia 2007 14:05

    Nie wiem, czemu ma sluzyc to zdanie, ale boje sie, ze schodzisz niebezpiecznie w strone nieco bardziej populistycznych chwytow argumentacji

    Czemu miało służyć? Odpowiem cytatem:

    Ziemia i jej ekosystem jest na tyle wyksztalconym, skomplikowanym i w pewnym stopniu „samodzielnym” tworem, ze 150 lat rewolucji przemyslowej zrobi jej tyle, co ukaszenie komara w cieply, letni wieczor

    Zlodowacenia, wyginięcia gatunków, etc, etc — nic nowego, absolutnie bez różnicy, czy my tam jesteśmy, czy nie. Życiu na Ziemi nie będzie gorzej bez człowieka, więc po prostu jedno gromkie whatever.

    I zdaję sobie sprawę, że byłaby panika i tydzień życia i w ogóle ;P To też takie… typowe (dla końców świata xD). A i tak się wybijemy.
    Gdyby został mi rok życia, światowa gospodarka też niewiele by mnie obchodziła. W zasadzie to, czy to będzie rok, czy tydzień – może też. Dla mnie koniec świata mógłby wypaść jutro. Chociaż trochę na to za gorąco ostatnio, więc proponowałbym porę wieczorową.

    Gdzie oczekujesz logicznego wywodu w notce? :P Jej treść to tylko „a gdyby tak świat miał się skończyć” — nie potrzebuję do tego powodów, zastanawiam się tylko, co bym ze sobą zrobił ;P Na to zresztą też nie znam odpowiedzi, bo obawiam się, że byłoby mi trochę wszystko jedno. Tak czy owak nie miałoby to żadnego skutku.

  6. mkl 27 kwietnia 2007 14:24

    Wydawalo mi sie, ze kategoria „przemyslenia” wlasnie dlatego byla Twoja ulubiona – chyba nie chcesz mi powiedziec, ze wysmarowalismy pare dobrych kilo tekstu tylko po to, zeby stwierdzic, ze pisales „po nic” i ze „jej tresc to tylko…”. Szkoda tez, ze nie podejmujesz tych fragmentow komentarzy, ktore jednak sie z tematem wiaza.

  7. ikari 27 kwietnia 2007 18:39

    Już nie miewam weny jak kiedyś :P
    Tzn które konkretnie miałbym podjąć? Z niektórymi się zgadzam, z innymi i tak nie ma sensu się sprzeczać, bo wyjdę na fanatyka czegoś, w co niekoniecznie wierzę ;P

  8. mkl 27 kwietnia 2007 20:21

    Po pierwsze chodzilo mi o to, ze zachowanie ludzi w „ostatnich dniach” jest scisle uwarunkowane przyczyna, mimo ze starasz sie zanegowac znaczenie tego, w jakiej sytuacji postawic ludzi. Bo przyznaj – zupelnie inaczej zachowalbys sie, gdyby dookola szalala wojna, Twoich bliskich po kolei by zabijano albo powolywano na front, a zupelnie inaczej, gdyby „gwiazdy, jakby nigdy nic, po prostu gasly…”, a Ty mialbys zarowno czas, jak i okoliczosc do tego, zeby wszystkim wszystko powyjasniac, bo wszyscy nagle byliby zjednoczeni razem w bezradnosci i oczekiwaniu nieuchronnego konca.
    Po drugie – czy naprawde do tego wszystkiego potrzeba konca swiata? Czy to czasem nie jest tak, ze jesli cos by mialo odniesc skutek, to i tak by odnioslo, a to, ze z ewentualnego sukcesu w osiaganiu szczescia nie zdazylbys sie nacieszyc, bolaloby jeszcze bardziej?

  9. Lanooz.net » To koniec. 29 kwietnia 2007 23:19

    […] :> ~ikari‚ego, który może napisać pożegnalny wpis z blogosferą zamiast ze światem, ~Hazan‚a, który może podsumuje wielki rozdział Internetu – blogosferę, ~ Dziudka… […]

  10. mald 30 kwietnia 2007 09:01

    najsmutniejsze w tym wszystkim jest to, ze nawet gdybysmy wiedzieli na bank ze koniec swiata nastapi za 5 lat to… wiekszosc z was (a moze ‚nas’? sama nie wiem co bym zrobiła.)i tak spedziłaby je przed komputerem. :P

  11. mkl 30 kwietnia 2007 09:33

    Chyba masz o nas ciut za niskie mniemanie mimo wszystko.

  12. ikari 30 kwietnia 2007 17:24

    A mi się wydaje, że ma rację… xD

  13. mkl 5 maja 2007 12:22

    Good for you.

Zostaw komentarz

Proszę być grzecznym i mówić na temat :). Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

XHTML: Możesz używać następujących tagów XHTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>