Wehikuł czasu

Magia cofania się w przeszłość

Nigdy nie lubiłem historii. Zwłaszcza nienawidziłem jej jako przedmiotu szkolnego, na którym próbowano nam wbijać zupełnie do życia niepotrzebne (wiem, wiem, można się kłócić… chociaż ja tam żadnych specjalnych kontrargumentów nie widzę), pozbawione jakiegokolwiek sensu, logiki i związku przyczynowo-skutkowego – słowem, za dużo do zakucia na pamięć.

Ale jednak historiaprzeszłość to dla mnie zupełnie odrębne, a może wręcz odległe pojęcia. Historia to podręczniki i mapy. Przeszłość zaś to ta wydeptana ścieżka, która ciągnie się za nami. Trawa nosząca ślady pojedynczych stóp lub ubity piach mówiący, ile ludzi tędy przeszło (niekoniecznie, jak kto z nich później skręcił…). Przeszłość to te cegły i ten cement, z których budujemy swój mur oddzielający ‚mnie’ od ‚świata’ – swoją osobowość, prywatność, ale i wizerunek z zewnątrz.

Przede wszystkim czas z naszego punktu widzenia biegnie liniowo – i tak oto każdy z nas każdego dnia czyta kolejną stronę w księdze swojego życia. Przeszłość to ten śmieszny stosik po lewej, to, co zostało już przeczytane, co już przeżyliśmy, pamiętamy i czekając na dalszy rozwój wydarzeń, zostawiamy coraz dalej w tyle, czytając do końca. Czy jednak nie kusi czasem, by znów otworzyć wcześniejszą stronę? By przeżyć wybrany fragment raz jeszcze i… dać się zaskoczyć? Czytając te same strony po raz drugi i trzeci odkrywasz za każdym razem coś nowego, gotów przysiąc, że wcześniej tego nie było. Zabawne, ale znając to, co było później, lepiej rozumiesz słowa swojej książki, które pojawiły się wiele stron wcześniej…

Wracanie do tych dawnych słów, najlepiej własnych, zawsze było dla mnie źródłem nowych doświadczeń. Zaskoczenie, refleksja, pochylenie się nad mądrością bijącą tekstu („a dziś taki głupi jestem…”), przytakiwanie… jednak zawsze są to odmiany jakiegoś szoku i jakiejś fascynacji. Bywało, że znajdowałem trafne przewidywania nieprzewidywalnego. Wiecznie aktualne i ciekawe przemyślenia. Żal chwytający za serce, kiedy myślę „dziś już nie umiem tak pisać„, albo „dziś nie mam ani proporcjonalnie większych, ani nawet takich osiągnięć, jak wtedy” (jestem z siebie wiecznie niezadowolony, to chyba o tyle dobrze, że w końcu chcę być lepszy ;)). To zaskoczenie, kiedy widzisz, że minęło kilka lat, stwierdzasz, że w gruncie rzeczy niewiele się pod niektórymi względami zmieniło… Zawsze takie powracanie do tego co było czymś bardzo ciekawym.

Otwórz starą szufladę

Ten blog istnieje od kwietnia 2004r. Jednak czy musi to oznaczać, że nigdy wcześniej nie próbowałem spisywać swoich myśli? Właśnie nie! Zdarzało się pisanie mniej lub bardziej „do szuflady” (choć jednak częściej tej wirtualnej – także dlatego, że tak jest po prostu kilkukrotnie szybciej i łatwiej uchwycić nietrwałą myśl, zanim ta wzbije się do lotu i poszybuje w siną dal… przez okno… nie patrz przez okno, kiedy się obudzisz – powiadają że wtedy właśnie zapomina się sen ;)).


Ostatnio natknąłem się na archiwum z kilkoma takimi plikami (z wielu – w sumie ten blog powstał między innymi po to, by było łatwiej dzielić te myśli, jednak kosztem podziału na te dla siebie, dla najbardziej zaufanych i dla wszystkich; boli mnie to, że Secret.doc jest tak secret, że aż nie mogę ustalić hasła…). Co tam znalazłem…? Przede wszystkim las „mangowych” emotek :) Dziś używam ich jakby mniej, a jeśli już, to częściej w „skróconej wersji”. Jest tam oczywiście mnóstwo zapisków „co tam dziś porabiałem” i „jak tam w szkole” (te pierwsze sprowadzają się do tych drugich), ale nie tylko…

25.02.2003
Moja osobowość
Muszę pamiętać, co chciałem o tym napisać… albo zrobić to teraz?

Idę ulicą (eee, przez osiedle, bo nie bardzo to była ulica), jest ciemno. Patrzę na otaczający „świat”. Na osiedle, bloki, wieżowce, księżyc, gwiazdy, wysokie kominy elektrociepłowni (dobre jako punkt nawigacyjny, gdy zapuszczasz się w nowe tereny). Myślę sobie: „Moja osobowość”. Brzmi… dumnie. Jestem z niej zadowolony. Czuję siłę w duchu. Ta jedna dziedzina, gdzie się sobie podobam. Czuję, że moja osobowość jest czymś większym, niż tylko moje ciało. Dzięki niej nie jestem tylko człowiekiem, małą, statystyczną jednostką. Już w myślach nie potrafiłem określać tych uczuć słowami, więc teraz jest to jeszcze trudniejsze. Ale czuję, że moja osobowość to coś po prostu znacznie większego niż tylko to małe ciałko (stojąc na skraju osiedla rzeczywiście człowiek czuje się malutki). I silniejszego. W zasadzie mam w sobie niektóre cechy, które bardzo cenię. Udało mi się coś takiego osiągnąć, więc mam prawo do dumy. Powoli bo powoli ale człowiek nad sobą pracuję. Dobrze jest dążyć do swojego ideału. Więc chcę dążyć. Wiem, czego w sobie nie lubię i co pozostało do zmiany. Wiem, z czym walczyć. Więc dam sobie radę. Może już za kilka lat będę jeszcze lepszy. Ale to takie miłe, kiedy poczuje się siłę swojej duszy (brzmi też fajnie _^_).

Brzmi naprawdę fajnie. Chociaż nie wiem już dziś, z jakich cech mogłem być dumny, bo chyba trudniej mi takie w sobie dostrzec – a to może świadczyć nienajlepiej, chyba, że założymy, że nabrałem przed samym sobą dużo większej wewnętrznej skromności ;) Trochę dalej, tego samego dnia:

Dzisiaj chyba doszedłem do odpowiedzi na pytanie „czym jest życie” albo „jaki jest sens życia” – nie pamiętam dokładnie, ale ktoś oczywiście musiał mi przerwać, bo zaprawdę powiadam wam, nie mogę niczego dokończyć, nic zrobić w spokoju. Nic nie jest spokojne… Spokoju nie ma. Heh…

O, za to odpowiedź na pytanie czym (jakie) jest moje życie jest banalna: wejść do mojego pokoju i się rozejrzeć. Chaos. Za nic nie umiem się zabrać i niczego nie mogę skończyć, bo ktoś mi przerywa – więc po co w ogóle zaczynać ==”. Lubię spokój, ale spokojne dni to już historia. Na każdej płaskiej powierzchni piętrzą się jakieś stosy. Płyty, papierki, gazety, podręczniki, (a w północnej części pokoju nawet ubrania, pudełka, torby…) – wszystko na raz. Koszmar. Ale oczywiście nie umiem i nie mam kiedy się za to na spokojnie wziąć.

Łóżko ścielę od święta. Chyba sam sobie udowadniam bezpodstawność powiedzenia „jak sobie pościelisz tak się wyśpisz”. Wkurza mnie tylko prześcieradło stale zsuwające się na podłogę, no ale przecież jest ze 3 razy szersze od tego mini-łóżka, więc nie ma co się dziwić.

Nie spadam z niego (łóżka). Aż dziwne, że nigdy z niego nie zleciałem, nawet za 1 razem. Takie wąziutkie, a jednak zero problemów. Śpię zawsze tak samo – na boku, pozycja pół-embrionalna (czasem embrionalna, ale wtedy zazwyczaj przy okazji chowam się cały pod kołdrą i po jakimś czasie brakuje mi powietrza). Zawsze mi się wydawało, że to normalne, że nikt nie śpi inaczej.

:) Niektóre rzeczy nigdy się nie zmienią… ;)
Swoją drogą, w domowym Przeszkadzacze S.A. większość udziałów przejęła siostra i wydaje mi się, że jest to spora różnica w stosunku do tego, co miałem na mysli w tym fragmencie sprzed 4 lat.

Hm… No to czym jest to życie? Czy celem jest doskonalenie duszy, czy zachowywanie wspomnień? A może celem życia jednostki jest udział w życiu ogółu? (przynajmniej pierwotnie tak być może miało być). Celem życia może być wpływanie na życie innych. Eee, pisałem na pewno, ale wygląda na to, że nie tutaj.
(…)
Eee, dziwne… nie mam tego zupełnie nigdzie na dysku… szkoda… nie chce mi się teraz pisać po raz drugi :P. Poza tym jestem uparty i pewnie będę jeszcze szukać.
(…)
Już wiem, gdzie tamto pisałem. Tzn. tak mi się wydaje. O ile się nie mylę, był to list. Taki papierowy – dlatego poszukiwania w komputerze były skazane na niepowodzenie. Temat był: wpływanie na życia innych celem własnego życia :).
Po prostu doszedłem do wniosku, że to jest właśnie to, dzięki czemu mogę czuć się w życiu „spełniony” – nie zależy mi na szalonych przygodach, jak skoki na bungee, czy czymś takim. Będę zadowolony ze swojego życia, jeżeli wniosę jakąś pozytywną zmianę w życiu innych. Jeżeli dzięki mnie coś zmieni się w ich postrzeganiu świata lub ogólnie życiu – moje życie nie poszło na marne. Miało sens, znaczenie…
Dlatego to tak miłe, kiedy ktoś mówi Ci, że „gdyby nie ty”, „dzięki tobie” czy cokolwiek w tym stylu.
Czy teoretycznie więc moje życie już jest spełnione? Mogę dać z siebie więcej.

Pierwszy nawias prosi o kilka słów wyjaśnienia. Otóż już wtedy najwyraźniej rozwijałem sobie taką własną historyczno-teologiczną teorię, według której jakaś Istota Wyższa, zwana dalej Bogiem lub bogami (zależy przez kogo) jednak istnieje i obserwuje jak rozwija się życie rasy ludzkiej, które zasiała/wspomogła na naszej planecie. Wszystkie upadki cywilizacji zaś zostały przez tę istotę „wsparte” w chwili, kiedy ludzie bardziej dbali o swoje własne interesy niż o rozwój ogółu i pchanie ludzkości do przodu.

Relacje międzyludzkie niejednokrotnie były tematem mojego pitolenia. Tak było i w 2003 roku:

Podsumowując – to jest tak: zawsze możesz mi się zwierzyć, powierzyć sekret, szukać rady albo pocieszenia (albo po prostu szczerze spytać o zdanie). Ale prawdę mówiąc nie licz, że łatwo zdobędziesz moje zaufanie. Zwłaszcza, że niedawno postanowiłem nikomu więcej nie zaufać. Ufam nielicznym osobom, poza tym wyznaję zasadę, że lepiej jest mieć mało, ale bardzo bliskich przyjaciół, niż większe grono, gdzie zaufanie jest mniejsze, a każda osoba zna mnie gorzej. Jestem pełen sprzeczności. Chciałbym jednocześnie by inni nie ufali byle komu, ale by mi ufali od ręki, nawet mnie nie znając. Paradoks…

O tak, zdecydowanie jestem pełen sprzeczności. Tym bardziej, że inna zasada brzmiała „lepiej żałować, że się zaufało, niż nie zaufać i wiele stracić”. Tak naprawdę problem „komu ufać” jest poważny i dotyczy całego naszego życia. Od przedszkola, przez interesy, aż po śmierć (nie daj Boże związaną z tym w jakiś sposób)… Zdaję sobie sprawę, że to, co teraz piszę wydaje się oczywiste. Ale zaskoczyło mnie raczej to, że na co dzień się o tej „oczywistości” wcale nie myśli…

Statystycznie te słowa czyta jedna osoba dziennie. I wiem nawet która.
Fizycy kwantowi wierzą, że kiedy nie czytacie tych słów, mogą ona nie istnieć lub pozostawać w stanie kwantowej nieokreśloności =)…

W świetle bycia członkiem (chyba nadal ;P) Sekty Informatyki Kwantowej Politechniki Łódzkiej te słowa nabierają zupełnie innego zabarwienia… ;)

04.03.2003
Zły humor trwa -_-‘. Siora od samego rana odwala jakieś awantury ze wszystkimi i o wszystko – jak ona się tak nie przestanie zachowywać to w końcu wpadnę w furię i ją będą zdrapywać ze ścian ==”.

25.02.2007 – Nie przestała.

19.03.2003
(…)
Iki będzie miał netka =). To kwestia 2-3 tygodni.
(…)
26.03.2003
Jutro „łącze ze światem” zostanie uruchomione (założone to ono w zasadzie już jest, brakuje tylko tego, co powinno być na samym końcu kabla – modemu ^^”). Byle do jutra.

Panie i panowie! To dokumentacja historycznej chwili! :))

Wiem, że treść stała się już śmiertelnie nudnym tasiemcem, chciałem jednak wyciągnąć te fragmenty i przedłużyć ich żywot, chroniąc je jeszcze troszkę przed kolejnym zapomnieniem. Jeśli czytasz te słowa, znaczy to, że zapomniałem wrócić później w to miejsce i zaprowadzić w notce jako taki porząadek, jak sobie obiecywałem ;P

Przepowiednie

Później sięgnąłem jeszcze dalej w przeszłość i trafiłem w samo sedno. Moj słowa z roku 2002:

20.12.2002
To, co jeszcze pół godziny temu chciałem tu napisać nagle odsunęło się na dalszy plan. Jestem wręcz w szoku. Co mnie tak zszokowało? Moje własne słowa… A może lepiej napiszę to, co miałem wcześniej napisać…
(…)
[W zasadzie obszerny kawał tekstu – którego postanowiłem nie cytować – to depresyjne żale (to jeden z tych tekstów skrywanych przed światem), obserwacja jak nieszczęścia lubią atakować w najmniej odpowiedniej chwili i jaką mam zdolność do wywoływania, przepowiadania lub przeczytania złych wydarzeń – w tym czyjejś śmierci Po nim jest fragment, który pamiętałem, że tam był. Zaczyna się od… jeszcze starszego cytatu. Wytłuszczenia oryginalne]

„Kiedyś – do tej pory nie wiem czemu – bałem się też (a raczej niewiadomo skąd przyszło mi do głowy) że zginę bardzo młodo w jakimś wypadku… No, mam nadzieję, że w tej jednej sprawie się pomylę.”

ROZUMIESZ?! To zdanie właśnie zaszokowało mnie najbardziej (dalej jeszcze nie czytałem). Jezu Chryste, przecież ja przeżyłem niedawno (em, 29. sierpnia) potrącenie przez samochód! Nie potrzebowałem teraz czasu, żeby skojarzyć ten fakt z tym, co tam napisałem… Boże… Po prostu mnie teraz zamurowało… Wierzysz w przeznaczenie? Ja wierzę. Możesz się śmiać, ale właśnie po tym wypadku uwierzyłem, a dzisiaj jeszcze bardziej. On był mi przeznaczony. Wiem, że to brzmi idiotycznie, ale do cholery (nie licząc tego zdania z tamtego maila, które już w ogóle jest niewytłumaczalne) jakie jest prawdopodobieństwo, że przez cały tydzień przed tym wypadkiem całkowicie przypadkowo omal mnie nie potrącały samochody? Naprawdę, nie wyolbrzymiam. Dwa razy zdarzyło się tak, że jechałem chodnikiem, a jakiś samochód nagle ruszał (raz konkretnie na wstecznym, drugiego tak dokładnie nie pamiętam) na pełnym gazie w takiej chwili, że prawie nie mogłem zareagować i uniknąłem uderzenia o jakieś 10cm? Albo że w tym samym tygodniu zatrzymałem się na przejściu, były po 2 pasy w każdą stronę, na wewnętrznym zatrzymał się autobus, żeby nas przepuścić, więc ruszyłem i w tym momencie (jak się wychyliłem za autobus) zza niego wyjechało rozpędzone czarne autko (jakiś fiat) i zahamowało z piskiem opon. W zasadzie nie mogę powiedzieć, ile centymetrów brakowało, bo nie brakowało NIC. Po prostu zatrzymał się w takim miejscu, że jego ciepła maska dotykała mojej nogi, czułem tę rozgrzaną blachę przyciśniętą do mojej skóry… Wydawało mi się, że bliżej już być nie mogło, ale jak ja się pomyliłem! Kilka dni nie minęło jak również na przejściu wjechał we mnie rozpędzony czerwony ford fiesta. W ogóle nie widziała świateł. Zaszyli mnie, mam okropne blizny, rana się paprała, opatrunki przyklejały, no ale na szczęście ten miesiąc (i tydzień w szpitalu) mam już za sobą. Zwolnienie z WFu miałem do grudnia. Ale żyję. Cały czas słyszałem (od wszystkich lekarzy po kolei) ile to ja miałem szczęścia. Czy ja naprawdę miałem tego nie przeżyć?
„Czasami jedyna droga, jaka nam zostaje to ścieżka przeznaczenia” (Jay, pisane z pamięci). Wiesz, kto to napisał?! Ja, w moim własnym fanfiku evangelionowym, na początku tego roku! Ja już nie wiem, na ile wszystko to, co pisze jest moimi własnymi słowami, zaraz przestanę wierzyć we własne istnienie… w istnienie własnej osobowości…
(…)
Ale… to, co skojarzyłem… to kolejny cytat… z mojego własnego fika… „stracić kogoś bliskiego, to wielki ból. Ale stracić go po raz kolejny… znacznie większy”… W tym fanfiku zawarłem kilka nawiązań do wielkiej przyjaźni i elementów z przeszłości. Ale czy to możliwe, bym nawiązał także do przyjaźni z ludźmi, których jeszcze w ogóle nie znałem i zdarzeń, które miały się zdarzyć znacznie później? Nie wierzę… powoli przestaję już w cokolwiek wierzyć… Wszystko to jest nierealne…
[Nawiązuję tu do drugiej z kolei plotki o tym, że Tiana z czata (Kawaii Czasopismo, na innych nie  bywałem) nie żyje, w którą nie miałem już zamiaru uwierzyć – i słusznie.]

Kiedy czytam takie rzeczy to i dziś przechodzą mi ciarki po plecach.

(– tu post urwał się kilka tygodni/miesięcy temu –)

Podobne wpisy:

9 komentarzy póki co

  1. […] miejsce na blogu. Później zresztą nawet miałem wyciągnąć je z „szuflady”, tamten post jednak też jakoś do szuflady sam […]

  2. mkl 18 maja 2007 21:08

    Nie mam pojecia, na ile w tym momencie rozmawiam z duchem przeszlosci, a ile tej inteligentnie piszacej osoby pozostalo w Tobie obecnie, ale kilka watkow jest tak silnych, ze nie sposob przejsc kolo nich obojetnie.

    Myślę sobie: „Moja osobowość”. Brzmi… dumnie. Jestem z niej zadowolony. Czuję siłę w duchu. Ta jedna dziedzina, gdzie się sobie podobam. Czuję, że moja osobowość jest czymś większym, niż tylko moje ciało. Dzięki niej nie jestem tylko człowiekiem, małą, statystyczną jednostką.

    I dlaczego odbieram Swiat dokladnie tak, jak w tym momencie i w taki sposob, w jaki nikt inny nigdy nie bedzie go mogl odbierac, prawda? Zadne slowa nie sa w stanie opisac tego uczucia.

    Przeszkadzacze

    Sprobuj ten wyraz wypowiedziec 15 razy szybko pod rzad. Zdepriorytetyzowac.

    Kiedy czytam takie rzeczy to i dziś przechodzą mi ciarki po plecach.

    Nie tylko Tobie przechodza ciarki i nie tylko Tobie zdarzaja sie takie rzeczy. I nie tylko dawno temu.

  3. ikari 18 maja 2007 22:17

    Nie mam pojecia, na ile w tym momencie rozmawiam z duchem przeszlosci, a ile tej inteligentnie piszacej osoby pozostalo w Tobie obecnie,

    Wszelka inteligencja we mnie z roku na rok zanika. Być może na zasadzie nieużywanego, zbędnego organu. Elokwencja, o ile kojarzę dobre słowo, bo mam zbyt ubogie słownictwo, by pamiętać określenie bogatej leksyki (;P), chyba też ;P
    Właściwie to ludzie mogliby mówić do siebie w C# albo Delphi (C++ brzmi zbyt niezrozumiale :P Wyobrażasz sobie okrzyk „asterisk samolot!” zamiast „<pokazuje palcem> patrz, samolot!„? :D)

  4. mkl 19 maja 2007 10:15
  5. mald 19 maja 2007 22:22

    uhm, to był STARY Ikari. Zupełnie inny. I chyba nawet tamtego wolałam, ale cóz poradzić. Najbardziej podobają mi się te zdania „Wiem, czego w sobie nie lubię i co pozostało do zmiany. Wiem, z czym walczyć. Więc dam sobie radę.” Tak jakby ta determinacja i pewność siebie gdzieś zniknęły. Kurde, podglad komentarza zajebiscie zwalnia mi jego pisanie :/

  6. ikari 20 maja 2007 21:44

    Ten post też nie był opublikowany w momencie jego napisania bo stwierdziłem, że zrobił się zbyt „blogaskowy” i „ekshibicjonistyczny” … W sumie plik, z którego pochodziły fragmenty nigdy nie był tak publicznie dostępny, więc do siebie to mogłem sobie pisać…
    I kiedyś jakoś łatwiej było mi dużo mówić… Bo w sumie nigdy z tego nic złego nie wynikało. Człowiek nie bał się jeszcze przepaści niezrozumienia, bo… nie zauważał go. Nie rozumiał problemu.
    (ech, nawet takiego kawałka komenta nie mogę napisać, żeby siostra trzy razy nie przerwała. zgubiłem wątek)
    Pewność siebie może i znikła… Idee też czasem legną w gruzach, rozbijając się o mur rzeczywistości z uporem udowadniającej, że nie warto, że nie ma po co, że wierzysz w rzeczy, które sam(a) sobie wmawiasz, a nikogo nie obchodzą, albo i tak wyjdzie zupełnie na odwrót.
    A chęci, cele, dążenia często rozmijają się z tym, co się faktycznie dzieje. Ot, bo reszta świata wymyśliła to sobie inaczej. Gdybym to nie było takie potrzebne, nie chciałbym studiować, chciałbym zająć się tym, co lubię i chcę w życiu robić — a nie czekać na papierek, który mi na to pozwoli (no, resztki czasu staram się jeszcze poświęcać, ale w gimnazjum to było taaakie łatwe). W ogóle ostatnio z takim entuzjazmem patrzę na wszystko, co ma cztery ściany, dach i kanalizację, że chyba sam nie jestem świadom tego jak bardzo chciałbym się stąd wyrwać. Ale matce nawet wspomnieć o czymś takim nie można, bo się obrażą i odgraża.
    Jezu Chryste, świat stanął na głowie. Nic nie jest takie proste, jak sobie to kilka lat temu wyobrażałem. I nic nie chce być proste. Z każdym dniem człowiek coraz lepiej rozumie, dlaczego dorośli zawsze powtarzali, że chcieliby znów być dziećmi i o nic się nie martwić, niczego nie rozumieć, nie przejmować i wierzyć, że wszystko jest takie banalne.
    No i z dnia na dzień coraz bardziej nic mi się nie chce. Sam sobie jestem winien, bo gdzieś po drodze spojrzałem na swoją głupotę, błędy i przestałem być pewien, w co mam wierzyć i czego chcieć.
    Niemniej jednak: *głosem Chii* ikari, fajtoo! (ikari, fight!) Póki jest się czego trzymać, to trzeba się trzymać! I dziękuję za trzymanie mnie, kiedy przy jeździe bez trzymanki leciałem na pysk i pewny koniec. Nawet jeśli później twierdzi się, że tego nigdy nie było…

  7. mkl 20 maja 2007 23:18

    A chęci, cele, dążenia często rozmijają się z tym, co się faktycznie dzieje. Ot, bo reszta świata wymyśliła to sobie inaczej.

    Checi, cele i dazenia najczesciej rozmijaja sie jedynie ze soba nawzajem, tudziez z checiami, celami i dazeniami innych ludzi. To, ze rozbijaja sie o rzeczywistosc, udowadniajac jej bezwgzlednosc, jest tylko wynikiem, smutnym efektem ubocznym.

    Jezu Chryste, świat stanął na głowie.

    Oby to byly ostatnie podrygi staruszka Swiata, coraz czesciej nie ma dokad uciekac przed samym soba.

    Póki jest się czego trzymać, to trzeba się trzymać!

    Poki jest.

  8. alex 21 maja 2007 23:39

    Zacząć powinnam od tego, że nie rozumiem, czemu schowałeś tak ważny..tak poruszający tekst gdzieś z boku…może to dalszy ciąg starachu przed totalnym ekshibicjonizmem?
    Ale do rzeczy…kiedy czytam to co napisalam dawno temu(jak wiesz niestety nie pisze bloga, pamietnika rowniez[mam jeden! zahaslowany i od dluzszego czasu staram sie cos z tym zrobic], wiec jedyne swoje teksty, ktore przypominaja mi o tym jaka bylam kiedys to archiwum gg-tak jak Ty nie znosze utraty żadnych informacji..nawet tych najbardziej banalnych…)tak wiec, kiedy czytam dawne rozmowy zawsze stwierdzam, ze wtedy bylam taka blyskotliwa, taka zabawna, taka pewna siebie i w koncu w pelni szczesliwa i swiadoma tego co robie i czego chce….czasem nawet trudno mi uwierzyc, ze to ja to napisalam. Zmieniamy sie i nic nie mozna na to poradzic…czasem ciesze sie, ze dorastam, ze zaczynam rozumiec rzeczy, ktore kiedys byly dla mnie problemem…ale z drugiej strony..nie chce sie dorastac..i czasem wolalabym wcale nie rozumiec..

    Z każdym dniem człowiek coraz lepiej rozumie, dlaczego dorośli zawsze powtarzali, że chcieliby znów być dziećmi i o nic się nie martwić, niczego nie rozumieć, nie przejmować i wierzyć, że wszystko jest takie banalne.

    Pare dni temu, dokladnie po poludniu przed pierwsza zupelnie nieprzespana noca na studiach, wracalam do domu z takim ogromnym ciezarem mysli-ile rzeczy jeszcze dzis musze zrobic..ile zajmie mi to czasu…jak bardzo juz jestem tym zmeczona… i zobaczylam trojke dzieci w wieku przedszkolnym beztrosko bawiacych sie w usypanej kupce piasku, ich mamy siedzialy na balkonach i obserwowaly pociechy „przy pracy”. I mimo, ze teraz jednak mysle inaczej…to w tamtej chwili oddalabym wszystko, zeby byc ta dziewczynka stawiajaca babki z piasku…wtedy wlasnie pomyslalam jak bardzo zazdroszcze im, ze nie musza sie o nic martwic, ze tak naprawde to oni moga robic co im sie zywnie podoba-nie ja..to oni sa naprawde wolni… czemu kiedy jestesmy dziecmi, tak szybko chcemy dorastac? i czemu tak pozno zaczynamy rozumiec, ze to nie na tym polega szczescie?

    Co do watpliwosci zwiazanych ze studiami to nie wiem, czy to wiosna i cieple powietrze za oknem, zblizajaca sie sesja czy jakas fruwajaca bakteria(moze pneumokok!;)) powoduje takie mysli, ale ja tez tak mam… zastanawiam sie czy to jest wlasnie to czego teraz chce, czego teraz potrzebuje…przeciez moglabym sobie odpuscic i codziennie lezec na trawie i patrzec na przeplywajace obloki…potem przychodzi coś co stawia z powrotem nogami na ziemi „musisz sie uczyc!musisz zdobyc wyksztalcenie!prace!pieniadze!spiesz sie!no juz!”i znow czuje sie uwieziona…w wielkiej nieskonczonej klatce…

    Piszesz o przeznaczeniu. Wlasciwie pisales… ja w nie wierze..no przynajmniej w jakims stopniu…moja mama duzo w zyciu przeszla i wiele osob nie wierzy..to nie szkodzi..ale kiedy byla na skraju zalamania nerwowego, wiele razy przewidywala rozne rzeczy…pare wypadkow, sporo sytuacji, wiele telefonow, mnostwo wizyt…podobno w jakims stopniu gdzies to moglam odziedziczyc…ale mi zdarzaja sie tylko takie malutkie przewidywania..moze kiedys…a moze zupelnie”normalny” czlowiek nie jest w stanie odbierac tych sygnalow…Tobie w kazdym razie sie udalo… mnie tez ciarki przeszly przy czytaniu… gdybys nie przezyl tego wypadku, pomysl jak wiele by to zmienilo..w zyciu innych ludzi..chocby w moim…Ty musiales przezyc…w innym razie moje zycie mogloby wygladac zupelnie inaczej…i nie tylko moje..mysle, ze wile osob tak wiele Ci zawdziecza…zaprzeczasz teraz..nie zaprzeczaj…byles obecny w wielu wrecz przelomowych czasami momentach mojego zycia..gdyby nie Ty moglyby wygladac zupelnie inaczej..bez Ciebie ja bylabym inna…
    Innym dowodem na istnienie „przeznaczenia” wydaje mi sie, jest to, ze przytaczasz ten tekst..moze juz nie w ekstremum, ale kiedy sytuacja mocno kojarzaca sie z Twoja nadal tli sie w kims dla kogo jestes wazny i pewnie znow sklania do myslenia i powracania do tego…niektore zdania wrecz sie pokrywaja…powinniscie o tym pogadac..ale to nie moja sprawa, wiec koncze temat..wybaczcie….

    Konczac moj juz troche przydlugi wywod, pragne przyznac, ze mimo wszystko, mimo ze sie nam nie chce, ze chcielibysmy znow beztrosko bawic sie w piaskowanicy to nic z tego..trzeba isc dalej…zyc, dorastac i tylko czasem pokryjomu, po zmroku sturlac sie z gorki w pobliskim parku…

  9. ikari 24 maja 2007 21:02

    Zacząć powinnam od tego, że nie rozumiem, czemu schowałeś tak ważny..tak poruszający tekst gdzieś z boku…może to dalszy ciąg starachu przed totalnym ekshibicjonizmem?

    Oczywiście, przejrzałaś mnie ;) Mogę od-zbocznić… Nic się nie ukryje.
    Dzieci chcą być dorośli, dorośli chcą być dziećmi… Cóż, wiadomo — zawsze po drugiej stronie trawa jest bardziej zielona ;) Najpiękniejsze jest to, że dobre wspomnienia, dobre chwile – pozostają z nami, podczas gdy szarość dnia codziennego lekką ręką wymazuje się z pamięci… Dobrze jest mieć wspomnienia, móc się nimi cieszyć.
    Też czasem zastanawiam się, co, gdyby. I które z wydarzeń, jakie nastąpiły „po” … które jest tym, co miałoby nadawać sens, jeśli zakładamy istnienie sensu.

Zostaw komentarz

Proszę być grzecznym i mówić na temat :). Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

XHTML: Możesz używać następujących tagów XHTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>