Robert J. Szmidt – Ostatni zjazd przed Litwą

zjazd.jpg

Co to za wpis? Reklamowy?

I tak, i nie ;) Pomyślałem sobie, że od czasu do czasu wypadałoby pochwalić się umiejętnością czytania słowa pisanego — ba, pisanego na papierze. Książka jaka jest, każdy widzi, jednak kiedy widzę na charakterystycznie zaprojektowanej okładce logo „Fabryka Słów” wiem już, że co najmniej się nie zawiodę. Tak przynajmniej było dotąd, jako że mają tendencję do wydawania znakomitych pozycji z gatunku szeroko pojętej fantastyki (science-fiction (o którym przecież mówiłem na maturze), wspaniałego pogranicza sci-fi i fantasy, a także typowego fantasy), które to sam bardzo lubię.

No dobra, co to za książka?

Jak kilka jej podobnych dobrych książek (;-)) jest zbiorem opowiadań. Zawiera:

  • Cicha góra
  • Ciemna strona księżyca
  • Mrok nad Tokyoramą
  • Ostatni zjazd przed Litwą
  • Polowanie na jednorożca

To nie przypadek, że pierwsze opowiadanie ma tytuł będący polskim odpowiednikiem „Silent Hill” – jest ono jawnie dedykowane „szalonemu umysłowi, który zaprosił mnie do tego świata”. Muszę się przyznać, że sam w grę pod tym tytułem nie grałem, ale widziałem film – i zdecydowanie jest utrzymane w jego niesamowitym klimacie, chociaż opowiada zgoła odmienną historię (owszem, jest inspirowane Silent Hillem, lecz nie dzieje się w jego świecie; ba, tytułowa Cicha Góra znalazła się w naszych kochanych Bieszczadach…). To prawie jedyne (prawie, bo z wyjątkiem ostatniego) opowiadanie z tomu, którego akcja nie rozgrywa się (lub nie jest to konieczne :)) w przyszłości. Coś dla miłośników „2586 kroków” Pilipiuka.

Trzecie przerzuca nas niemalże na drugi koniec świata – do futurystycznej Japonii, w świat, w którym klasyczne gry szachów (czy dla Japonii nie powinno to być go, panie Schmidt Szmidt?) i sztuki walki połączyły się i uformowały niebezpieczne, często krwawe i niesamowicie popularne widowisko. Wyobraź sobie, że jesteś tylko pionkiem w grze arcymistrza. Dosłownie. Twoje życie zależy od tego, jak dobrze potrafisz walczyć – goniec bije piona, czy pion gońca? Zależy, który z was jest lepszym wojownikiem.

Drugie, które właśnie udało mi się niechcący pominąć znów rzuca nas w odległą przestrzeń – w dodatku raz do USA, raz na Księżyc, raz… Świat jest wyczerpany kolejnym wielkim, nuklearnym zresztą konfliktem. Część ludzi zaczęła rodzić się… inna. Wystarczająco inna, by „normalni” (czyt. statystyczna większość – uwielbiam pojęcie normalności w ujęciu dzisiejszego świata) postanowili ich wszystkich wybić. Nawet jeśli to wymaga pogromu na skalę globalną…

Opowiadanie tytułowe większość czasu zdaje się być rodzajem thrillera sensacyjnego – umiejscowienie akcji w przyszłości jest w zasadzie zabiegiem ułatwiającym życie bohaterom. Jednak ta przyszłość znów różni się od tego, co znamy dziś… Gdzieś po drodze zanikły granice między państwami, zupełnie przestały istnieć narody, a na mapie znajduje się tylko kilka wielkich mocarstw… Czemu się tak stało? I czemu główny bohater nawet nie wie, co się z nim właściwie dzieje? ;) Bo to dopiero Ty możesz to w końcu odkryć.
Ta historia, choć wydawała się przeciętna, ostatecznie niesamowicie mi się spodobała. Trzeba doczytać do końca, bez spoilerów :)

Tak samo i w ostatnim – nie potrafię nie powiedzieć, że są w nim ciekawe zwroty akcji (ups, wydało się… To już jest spoiler w moim odczuciu, bo za dużo można się potem domyślić czytając i nasz zwrot akcji się znacznie prostuje ;)). Zamiast pisać coś więcej, podrzucę wam fragment (początek) tego opowiadania, ze strony wydawnictwa. (Ten fragment tam jest, przewińcie w dóóóóóół ;))

Gorąco polecam :)
Wiecie, czego w takich książkach jednak nie lubię? Tego, że ich cena jest niewspółmiernie wysoka do czasu, jaki „cieszą” – wciągająca lektura kończy się błyskawicznie :) Niech no te książki potanieją… Miło jest je mieć na własność.

Podobne wpisy:

10 komentarzy póki co

  1. mald 26 lipca 2007 09:37

    Zgadzam się w dwóch punktach: Uwielbiam Fabrykę Słów! Już pomijając jakość wydania (inne wydawnictwa fantasy/s-f przy niej po prostu leza i kwicza), zawsze mnie zainteresuje. No i tez odkryłam boskie uczucie towarzyszące posiadaniu własnych książek ;) (Ah, panie Gaiman! ♥ )

  2. Robert J. Szmidt 1 sierpnia 2007 15:11

    ikari – co do Mroku nad Tokyoramą i szachów. Go nie byłoby lepszym rozwiązaniem. Z dwóch powodów. Po pierwsze znajomość zasad tej gry w Polsce – musiałem wziąc pod uwagę fakt, że przeciętny czytelnik niewiele by rozumiał z rozgrywki, a i ona sama byłaby raczej nie do zastosowania w takiej wersji. Po drugie Japończycy posiadają niesamowita umiejętność asymilowania nowych rzeczy. Ograniczmy się tylko do sportu. Mają sumo, ale ich liga wrestlingowa jest chyba najpopularniejsza, prócz meksykańskiej, a gwiazdorzy tego widowiska posiadają w Japonii status niemal kultowy, co mogłem obserwować podczas kilku wizyt w Tokio. Baseball – sport na wskroś amerykański, a gdzie jest druga pod względem popularności liga? :-) Bingo, Japonia.
    Już tylko te przykłady pokazują, że odpowiednio podrasowane szachy (czytaj zmienione w krwawe widowisko) mogłyby podbić serca mieszkańców wysp.
    no i na koniec, to nie żart, nie podszywam się pod autora, czasem sprawdzam, co ludzie piszą na temat tego, co sam napisałem.
    BTW nie nazywam się Schmidt :-)

  3. ikari 1 sierpnia 2007 17:07

    No TEGO to się nie spodziewałem :’-)
    Oczywiście najmocniej przepraszam za przekręcenie nazwiska, jego – jak podejrzewam – niemieckie korzenie tak bardzo mi dźwięczały, że zapomniałem się w którymś momencie (przy tytule posta jeszcze uważnie przepisywałem z okładki :)). Zapewne nie jestem w tym jedyny…?
    W sumie trochę szkoda, że nie napisałem trochę więcej własnych opinii, ale gdybym dał się porwać szałowi komentowania, zdradzałbym coraz więcej z treści, a bardzo tego robić nie lubię, kiedy polecam książkę innym i chcę, by sami po nią sięgnęli :)
    Skoro o Tokyoramie już mowa, skrycie przyznam, że powątpiewałem w zdolności Arcymistrzów w zakresie błyskawicznego reagowania – przeciętny mistrz szachowy (o rozgrywkach o taką stawkę jak tu nie wspominając) czasem potrzebuje godzin namysłu zanim zdecyduje się na kolejny ruch. W tym wypadku trochę obniżałoby to oglądalność, nudząc publiczność – nawet, jeśli mistrzowie mają swoich doradców. Nie skalaliby się przecież pozwalaniem myśleć za nich maszynom, prawda…? ;-)
    Gorące dzięki za tak [szokująco :)] miłe zaskoczenie i zapraszam ponownie :)

  4. Robert J. Szmidt 1 sierpnia 2007 19:46

    Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji :-)
    Co do nazwiska, nie ma sprawy, nie jesteś jedyny, to fakt, a korzenie mam austriackie, jeśli to jakakolwiek róznica.
    Zauważ, że tak naprawdę literatura rozrywkowa, podobnie jak film, musi przedstawiac wersje uproszczone zdarzeń, wręcz wyidealizowane. Tylko tak utrzymasz tempo, które nie znudzi nikogo. Dlatego korzystamy z takich uproszczeń, pisząc o rzeczach nie istniejących. Natomiast w jednym nie masz racji, na turniejach obowiązuje dyscyplina czasowa – stąd te zegarki, na pewno je widziałeś. Limit na partię to np. godzina, czas biegnie od momentu kiedy przeciwnik naciśnie klawisz. mozna przegrać na dwa sposoby, dostając mata, albo przekraczając limit czasu. Im ważniejszy turniej, tym mniejszy limit czasowy. Dlatego myslę, że to by się dało zrobić w sposób nie nudzący widza, zwłaszcza, że mistrz może przemyśleć strategię na dwie strony, podczas pojedynku, który nie trwa kilka sekund. Ale to szczegóły techniczne.
    Dzięki za zaproszenie, ale nie moge za często bywac, siedzę właśnie nad rozwinięciem Polowania na jednorożca w powieść.

  5. ikari 1 sierpnia 2007 21:48

    To korzystając z okazji spytam: Wspomniany w dedykacji świat „Silent Hilla” to świat filmowy, czy też ukończona gra komputerowa/konsolowa? :)

    Z tymi uproszczeniami sprawa nie wydaje mi się taka… prosta :) Niejednokrotnie w fantastyce naukowej (częściej autor może sobie na to pozwolić w powieściach) najbardziej pociągało mnie to, jak bardzo dopracowane są wszelkie detale, kwestie techniczne i tym podobne — silnie splatając świat utworu z naszą rzeczywistością. Przykładowo (choć może nie jest to najlepszy przykład, ale zapadł mi w pamięć), w „Linii Czasu” Michaela Crichtona mamy do czynienia z opisem pierwszych eksperymentów z teleportacją. Bohaterowie opisują faktycznie istniejące teorie, opowiadają przebieg procesów – jak testowo zbudowano dwie maszyny, nazwano je Alice i Bob (zresztą nazywanie ich kolejnymi literami alfabetu to chyba odwieczna naukowa tradycja :)) i próbowano przenieść szmacianą lalkę z Alice do Boba. Otóż okazuje się, że w rzeczywistości eksperymenty miały bardzo podobny przebieg, nawet maszyny nazywały się tak samo! Z tym, że oczywiście nasi „prawdziwi” naukowcy teleportowali tylko fotony, a nie całe materialne obiekty.
    Chociaż takie techniczne fragmenty mogą nudzić niektórych czytelników, dla mnie zawsze stanowiły swojego rodzaju <i>smaczek</i> samego gatunku :) Czasem kiedy w głowie rodzi mi się jakaś koncepcja na tekst literacki (dumne słowo; swoją drogą z żalem stwierdzam, że żadnej dotąd nie zrealizowałem), potrafię miesiącami (latami?) wymyślać jakieś detale, budować teorię, cały świat zarówno myśląc o nich na jawie, jak i czasem śniąc, a później czerpać ze snu pomysły garściami tak, że po jakimś czasie kawałeczki składają się w całość, której i sen, i pomysł na jawie się ładnie podporządkowują i odnajdują w niej swoje miejsce :) (a potem okazuje się, że brakuje weny by wpleść w to odpowiednio ciekawe historie ;))

    I jeszcze słówko o Japonii jako takiej — trochę szkoda, że kraj, który wydaje nam się atrakcyjny właśnie dzięki swojej silnej odmienności (kulturowej, historycznej, językowej…) tak chętnie czerpie ze „zunifikowanej” kultury zachodniej, czy raczej już „kultury globalnej”, zatracając swoją pociągającą indywidualność. Globalna komunikacja zarówno w znaczeniu wymiany informacji, jak i możliwości łatwiej i bardzo szybkiej (porównując z tym, co było kilkaset lat temu) podróży niby są fajne, ale powoli sprawiają, że wszyscy ubieramy się tak samo, mówimy tak samo, oglądamy te same reklamy, jemy te same płatki na śniadanie, a w ciągu jednakowo zaplanowanego dnia kierujemy się tymi samymi zasadami i zachowujemy jednakowo. W przyszłości dzięki podróżom po całym świecie prawdopodobnie będzie już tylko jedna rasa ludzi – totalna mieszanka ras istniejących obecnie (przynajmniej gdyby zignorować miażdżącą przewagę liczebną rasy żółtej) — i co wtedy będzie dla nas egzotyczne i atrakcyjne? (poza klimatem i konkretnymi miejscami, chociaż… kto wie?)

    A zaglądać to CZĘSTO akurat nie trzeba – niejednokrotnie są tu wielkie odstępy między kolejnymi postami. Do śledzenia zmian najlepiej zaprzyjaźnić się z czytnikiem RSS, ja używam Google Reader :) (kiedy go otwieram, nowe artykuły już na mnie czekają)

  6. Robert J. Szmidt 3 sierpnia 2007 00:29

    No to po kolei…
    Silent Hill to gra (tekst był napisany ze 4 lata przed filmem). Może się pochwalę, ale lata temu należałem do grupy ludzi robiących opisy do gier, takie, w których podawało sie slabszym graczom wszystkie sekrety i rzeczy poukrywane. Moją specjalnością były Tomb Raidery i survival horrory. A Silent na owe czasy był rewolucyjny. film nie oddaje do końca tego klimatu, który był w oryginalnej grze, choc jest w nim sporo scen żywcem przeniesionych (aczkolwiek czasami niezupełnie w tym samym momencie umiejscowionych).
    Uproszczenia, uwierz mi, one zawsze muszą być, zwłaszcza, kiedy wymyslasz świat. Nawet we Władcy Pierścieni są dziury głębokie, jak Rów Mariański. Jesteśmy tylko ludźmi, a to oznacza, ze opisujemy pewne rzeczy w sposób dla nas, jako jednostek, najbardziej naturalny. A przecież każdy ma inną psychikę. Jeden skoczy w ogien, żeby ratowac drugiego, inny po prostu ucieknie. A trzeci siądzie i bedzie patrzył. i z punktu widzenia każdego, opisanie innej reakcji emocjonalnej wyda się sztuczne, albo nieprawdziwe. W opowiadaniach świat musi być zarysowywany w stopniu pozwalającym na spójne zachowania bohaterów. w powieściach można sobie pozwolić na szerszy obraz, ale im więcej szczegółów, tym wieksze prawdopodobienstwo, że ktoś do czegos się przyczepi, co nie wynika z błedu autora, ale innego postrzegania danego elementu przez odbiorcę.
    Świat się globalizuje, ale w tym jest metoda. Z jednej strony po części traci się indywidualność kulturową, ale z drugiej zyskuje pewność bytu. Nie podejmuję się rozstrzygać, co jest ważniejsze. W wielu dyskusjach zauważałem, że nikt nikogo nie jest w stanie przekonać do swoich racji. A kolejne kultury upadają, na ich miejscu tworzą się nowe, może to po prostu nieuniknione.
    Ograniczam dostęp do sieci, za wiele tu okazji to spędzenia czasu, którego nie mam :-)

  7. ikari 5 sierpnia 2007 15:01

    Ograniczam dostęp do sieci, za wiele tu okazji to spędzenia czasu, którego nie mam :-)

    Podstawa to nad tym panować :)

    (Dlatego też polecam narzędzia dające wg mnie, przynajmniej w pewnym stopniu, lepszą kontrolę nad tym, co i kiedy czytamy :))

  8. ikari 14 sierpnia 2007 19:38

    Tak mi się nasunęło a propos: Mrok nad Moskworamą

  9. Pożeraczxonzek 23 sierpnia 2007 14:27

    z tak pozytywną jako powyższa opinią na temat tych opowiadań nie mam. z tą recenzjązgadzam się w w 100% http://ksiazki.wp.pl/katalog/recenzje/recenzja.html?rid=38044

  10. ikari 23 sierpnia 2007 17:11

    Pokazana umiejętność operowania językiem polskim lekko podważa wiarygodność Twoich opinii ;) Co do „schematyczności” to osobiście nigdy się czegoś takiego nie doszukuję/nie czepiam, bo napisano już setki dobrych opowiadań z większością możliwych motywów, a te same motywy SF powtarzają się od lat u różnych autorów (zresztą na maturze o tym właśnie mówiłem) – ale cóż złego jest w pokazaniu swojej własnej ich wizji?
    Komentarz zalatuje trochę spamem – mało od siebie, a tylko link… Ale postanowiłem nie usuwać, bo w gruncie rzeczy lubię, kiedy pojawiają się nowe komentarze do wpisów innych niż najnowsze. Tylko niech będą bogatsze w treść ;)

Zostaw komentarz

Proszę być grzecznym i mówić na temat :). Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

XHTML: Możesz używać następujących tagów XHTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>