To nie jest post kontrowersyjny

[disclaimer – post porusza temat-rzekę, nie wyczerpuje przekonań autora, dziwnie zbiega się z przekonaniami szczególnie ostatnio popularnego pana Dawkinsa, chociaż pozostaje poza ich wpływem, a już w szczególności nie zamierzam, jak w/w pan, oczekiwać, że po jego przeczytaniu wszyscy staną się ateistami (tak, stwierdził to wprost we wstępie swojej książki, „Bóg urojony”, mimo wszystko polecam) ]

Niedawno (jak dla mnie ;P) mieliśmy wolne z okazji świąt Wielkanocy. Plusem jest to, że… było wolne. Kilka dni wolnych od pracy, od nauki – czyli specjalność Polaków zwana „długim weekendem”. I chociaż nie widzę powodu, by zamykać sklepy i instytucje z tego powodu, że są ludzie, którzy wierzą, że dwa tysiące lat temu zabili Go a On wstał i uciekł (jak w czeskim filmie…) i należy tę niekonsekwencję uczcić, to jest to oczywiście bardzo wygodne, bo każdy dzień wolny jest na wagę złota. Dlatego obowiązku (!) świętowania świąt jednej wybranej religii, dla własnej wygody, kwestionować nie będę. Proponuję jednak równouprawnienie i ogłoszenie świąt narodowych w dniach, w których przypadają wszystkie możliwe święta wszystkich pozostałych religii. Faworyzowanie jednych wierzeń jest niezgodne z konstytucją.

Niemniej jednak obserwacja ludzi dookoła („dookoła” – pojęcie niejednoznaczne w erze Internetu) nie pozwalała opędzić się od małej refleksji i zadawania sobie różnych pytań… Wszyscy biegali ze święconkami do kościołów i z powrotem, po czym odbywało się tradycyjne wielkanocne Śniadanie Rodzinne. Bo raz do roku należy spotkać się ze swoją rodziną nad porannym posiłkiem i być dla siebie przy tym życzliwym (raz do roku siadamy też do takiej rodzinnej i miłej kolacji), pozostałe mogą być już „jak zawsze”.

Niech Was nie zwiedzie sarkastyczny ton ostatnich zdań – tradycja śniadania wielkanocnego mi się podoba. To miłe, że przynajmniej czasem staramy się zjeść wspólny posiłek w atmosferze wzajemnej życzliwości, bo na co dzień chyba o tym zapominamy. Z tego, co kojarzę, to ważne by chociaż posiłki spędzać ze swoją rodziną, w przeciwnym bowiem razie stajemy się dla siebie obcymi ludźmi zmuszonymi do mieszkania pod jednym dachem.

Ale te święconki nie dawały mi spokoju… Ile z tych ludzi niesie je dlatego, że chce uzyskać błogosławieństwo dla swojego posiłku, by świętować zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu, a ile tylko dlatego, że to jest taka tradycja, że „wszyscy tak robią” i „bo tak trzeba„, „się chodzi ze święconką” (to najbardziej irytujące „uzasadnienie”, jakie zdarzało mi się słyszeć – gorsze niż pisk kredy na tablicy). Czy idziesz do kościoła, bo naprawdę wierzysz i jesteś w głębi serca mocno, szczerze i prawdziwie przekonany, że syn dziewicy i Boga, człowiek o cudownych mocach, skatowany, ukrzyżowany i przebity włócznią, w trzy dni po pochówku, ożył i ozdrowiał…? Czy naprawdę idziesz świętować te wydarzenia, bo wiesz, że tak właśnie było?

I pytam poważnie: czy Ty w to wierzysz? Słowo „wiara” ogromnie się spłyciło. Kiedy słyszymy „wiara”, myślimy mniej-więcej „zespół jakichś prawd, dogmatów i rozkazów, według których trzeba żyć i o nic nie pytać„. Tak oto mamy wiarę katolicką, wiarę zwaną islamem i tak dalej, a sformułowanie „wierzę w Boga” = „chodzę do kościoła”. Coraz bardziej takie pojmowanie wiary zakorzenia się w kulturze.
A przecież to całkowite wypaczenie znaczenia tego słowa! Wierzyć nie musi oznaczać wierzyć w jedynego Boga (…), ale żywić jakieś przekonanie! Na pytanie „czy jesteś wierzący?” odpowiadajmy pytaniem”wierzący, że…? Nie rozumiem, o co pytasz„! To nie jest kwestia wykucia na pamięć formułek, sakramentów i masy innych rzeczy, tylko pytanie/stwierdzenie naszych przekonań! Zatem jeszcze raz zapytam, czy biorąc udział w obrzędach religijnych naprawdę wierzysz w to, czego dotyczą, czy po prostu rodzice narzucili Ci wiarę (zwróćcie uwagę na kolejne użycie błędnego rozumienia tego słowa, jak lekko przechodzimy zazwyczaj nad nim do porządku dziennego i jak paradoksalnie i niedorzecznie brzmi ono, kiedy zastanowimy się, co powinno oznaczać słowo wiara) poprzez chrzest, wpisanie w papierach w parafii i wychowywanie w duchu „musisz chodzić do kościoła, bo tak, przecież wszyscy chodzą”.

Skoro już o chrzcie mowa. Od stuleci rodzice prowadzą – a raczej niosą, bo o prowadzeniu nie ma jeszcze mowy – swoje małe dzieci do chrztu. Najczęściej niemowlęta, dzieci kilkumiesięczne lub kilkuletnie. Dzieci absolutnie pozbawione jakichkolwiek własnych głębszych przekonań i systemów wartości – dzieci bezgranicznie ufające swoim rodzicą i przyjmujące za pewnik wszystko, co rodzice [po]wiedzą i w co wierzą. Dzieci instynktownie ufnie polegające na doświadczeniu tych, którzy są na tym świecie od nich znacznie dłużej – teoretycznie słusznie. Jednak tu padają ofiarą przekazywanego z pokolenia na pokolenie przymusu, swojego rodzaju patologii, polegającej na tym, że niemal wszyscy, którzy dane przekonania wyznają, robią to tylko dlatego, że sami przyjęli je będąc dziećmi, jako aksjomaty przekazywane przez rodziców, którzy Zawsze Mają Rację.  Takie, których nikt nigdy nie zweryfikował. Bo się – w tym wypadku – nie da (Dawkins przytaczał jakieś dowody na nieistnienie Boga, żadnego z nich nie pamiętam, ale wydaje mi się, że myli się twierdząc, że można to udowodnić. Z drugiej jednak strony bardzo celnie wytyka błędy argumentacji „przeciwnika”).
To dzięki temu przetrwała religia. Dzięki temu, że zachowuje się jak wirus, atakujący umysły nie mające jeszcze swojego systemu immunologicznego, nie potrafiące się jeszcze samodzielnie bronić, zarażane przez inne umysły, które uległy mu będąc w tym samym stadium, „weryfikowany” później według niesłusznej zasady „tyle osób też tak myśli, więc to jest prawda” („jedzmy gówno, miliony much nie mogą się mylić”). Tak przekazywane przekonania mogłyby dotyczyć wszystkiego.

Biernie myślę o apostazji. Homikusowi się udało.

Na zakończenie – dla tych, którzy nie planują przebrnąć przez „Boga Urojonego” Dawkinsa (a szkoda, czajniczek! :)), „krótkie” „streszczenie” wideo – jego program „The Root of All Evil”, (który w ładnej wersji udostępnił mi Mr Jedi, za co pięknie dziękuję :)), z polskimi napisami, z Google Video:

The Root of All Evil? Pt1: The God Delusion (Polskie Napisy)
The Root of All Evil? Pt2: The Virus of Faith (Polskie Napisy)

Podobne wpisy:

10 komentarzy póki co

  1. nor 13 kwietnia 2008 15:33

    a ja nie poszłam ze święconką, nie pooooszłaaam! (tzn wyszłam, ale nie dotarłam) ;P

  2. mkl 13 kwietnia 2008 20:13

    Dawkins Dawkinsem, ciesz sie, ze nagle Ci nic do glowy nie strzelilo i nie podzielasz pogladow na religie Philipa K. Dicka…

  3. ikari 13 kwietnia 2008 21:11

    Ja po prostu nie wiem, czy je podzielam ;-)

    Zresztą z poglądami Dawkinsa to też różnie. On często przytacza bardzo przejaskrawione przykłady – może w stanach więcej osób wierzących to osoby wierzące bardzo dosłownie/fanatycznie. W świetle takich przykładów religijnych bojowników z całego serca nienawidzących ateistów za to, że są ateistami – faktycznie, religia może być tytułowym „źródłem zła wszelkiego”. Ale wydaje mi się, że w naszych rejonach ludzie podchodzą do tego i tak z trochę większym dystansem, jakąś otwartością umysłu… I tu ja bym chyba religii źródłem całego zła nie nazwał, a raczej stwierdził, że niech każdy sobie czerpie swój system wartości skąd mu się podoba.

  4. cihy 15 kwietnia 2008 10:24

    Uwielbiam takie tematy, można tak długo się na nie wywodzić. Przechodzić od jednego wątku do następnego i tak w kółko. Temat rzeka. Sam jestem aktualnie – jak to nazywam, w „fazie zastanawiania się”. Niby nic nie przekonuje mnie do tego, że Bóg istnieje i nie widze powodu, dla którego miałbym wierzyć. Z drugiej jednak strony wychodzę z założenia, że to wszystko musiała stworzyć istota nadludzka, która może być określana mianem Boga.

    „Pocieszam” się faktem, że każdy z nas któregoś dnia dowie się, jak to naprawdę jest ;).

  5. cimlik 22 kwietnia 2008 16:49

    ”jedzmy gówno, miliony much nie mogą się mylić”
    Co dla much w pewien sposób korzystne, niekoniecznie będzie takie dla człowieka. Podobnie jest z wiarą – dla niektórych będzie złem, innym pomoże w życiu i czynieniu dobra.

  6. ikari 24 kwietnia 2008 09:10

    Oj, powiedzenie akurat było tylko ilustracją takiej ludzkiej cechy, gdzie im więcej osób coś robi/w coś wierzy, tym mniej argumentów potrzebujemy, by do nich dołączyć.

    Swoją drogą to jedno, że to temat rzeka, ale druga kwestia jest taka, że mam czasem wrażenie, że nie da się silić jednocześnie na chłodny obiektywizm i niesprawianie wrażenia, że się religię ostro atakuje. No, może nie tyle nie da, co dla mnie okazuje się trudne ;-) Im obiektywniej i logiczniej staram się do tematu podejść, tym więcej dziwactw i absurdów zauważę…
    Btw. Brytyjczycy ponoć właśnie uznali religię za jedną z najgorszych plag XXI wieku ;)

  7. cimlik 24 kwietnia 2008 16:18

    „Oj, powiedzenie akurat było tylko ilustracją takiej ludzkiej cechy, gdzie im więcej osób coś robi/w coś wierzy, tym mniej argumentów potrzebujemy, by do nich dołączyć.”
    Można to i tak interpretować, ale to naturalne zjawisko, nie dotyczy tylko religii ;). Oglądam właśnie „The Root of All Evil?”, dzięki za linki. Zauważyłem jednak, że przedstawia tylko skrajne przypadki, rzekłbym fanatyków.

  8. ikari 25 kwietnia 2008 16:34

    Tak, właśnie o to mi chodziło – to wcale nie dotyczy tylko religii i nie o nią mi chodziło, a o samą cechę :)

    Co do fanatyków – kilka komentarzy wyżej napisałem:

    On często przytacza bardzo przejaskrawione przykłady – może w stanach więcej osób wierzących to osoby wierzące bardzo dosłownie/fanatycznie

    Tak jest w całej jego książce. Wygląda na to, że w Stanach, jeśli ktoś wierzy, to wierzy bardzo gorliwie i dosłownie.
    Z drugiej strony to może i o to chodzi, by wierzyć do końca, a nie wybiórczo i sobie interpretować po swojemu? W Polsce określenie „osoby wierzącej” znaczy chyba zupełnie co innego. Abstrahując już od „na 34 miliony obywateli mamy 30 milionów katolików”, które uważam za kłamstwo statystyczne (nie wierzę, że wszyscy to osoby faktycznie wierzące i praktykujące, a nie po prostu siłą wpisane w rejestr poprzez chrzest (jak ja :P)), to po prostu wiele osób przyjmuje istnienie Boga, Jezusa (najlepiej jako wzoru do naśladowania – kiedyś nawet o tym w wypr. na religię pisałem) etc., modli się czasem, ale nie stawia słów religii na pierwszym miejscu w swoim życiu. Natomiast postaci przedstawiane przez Dawkinsa zdają się brać nakazy religii bardzo serio (nawet, jeśli te ze Starego i Nowego Testamentu są ze sobą… sprzeczne) i w tych fanatycznych wypadkach faktycznie łatwo dostrzec nam to, co jest nie tak.
    Gdybym miał okazję zadać Dawkinsowi pytanie, spytałbym właśnie, czy na ogół spotyka się z takimi religijnymi fanatykami, czy raczej stosuje ich wyłącznie jak przykłady dla poparcia swoich tez (co też będzie naginaniem faktów :P). I gdyby pożył trochę w Polsce, czy faktycznie wierzyłby, że mamy tu 30 mln takich katolików, o jakich pisze.

  9. lavinka 30 kwietnia 2008 21:14

    Technicznie rzecz biorąc święcenie jajek to zwyczaj pogański, słowiański z Chrystusem nie ma nic wspólnego, prędzej ze świętem życia i płodności. Nie mogąc zwyczaju wykrzewić, podobnie jak topienia Marzanny i Śmigusa-Dyngusa Chrześcijaństwo przejęło obyczaj. Marzannę zamieniło na topienie Judosza,ale to akurat się nie przyjęło i teraz księża Judosza traktują tak samo jak Marzannę choć sami go wymyślili onegdaj. Pisałam o tym na warszavce we wpisie wielkanocnym.
    lav
    p.s.Myśl głęboka jak rzeka szeroka :)

  10. Asu 4 maja 2008 18:45

    aaa, 100 lat tu nie byłam!
    zmarszczek mi przybyło.

Zostaw komentarz

Proszę być grzecznym i mówić na temat :). Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

XHTML: Możesz używać następujących tagów XHTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>