Update z życia

To może takie małe „co u mnie”. Dawno nie było.

W tym odcinku:

  • O nerwach ikariego po utracie (sprawnego) roweru
  • Narzekania ikariego pragnącego świętego spokoju w domu
  • SKOŃCZYŁA SIĘ KAWA!
  • Konwent Funekai w Łodzi :)
  • Lokalna tragedia :( edit: z happy endem :)

Semestr skończony dumnie. Są wakacje.

Rower.

Na początek wakacji szalałem rowerem. Szalałem tak szalenie, że połamałem to i owo. Szprychy się pourywały, to się koło pokrzywiło. Przy okazji okazało się, że zawieszenie się poluzowało, suport pogruchotał (gdzieś kiedyś) i oś latała luźno – dopiero po zdjęciu łańcucha słychać było, jak chrobocze. Tarcze na korbie od dawna były do wymiany, bo miały połamane ząbki. Łańcuch strasznie rozciągnięty i zasyfiony, sztywniejący. A trójkąt korba-łańcuch-kaseta i tak należy wymieniać gruntownie, by najbardziej zniszczony element nie niszczył pozostałych.

Więc cały napęd do wymiany. Nie będę z kolei wymieniał na same super porządne części, żeby nie zapłacić tyle, co za nowy rower… Ale do wymiany.

Właściwie to w pierwszej kolejności chciałem olać stan całej reszty i poprosić tylko w serwisie o wymianę koła (takiej obręczy nie opłaca się nawet centrować w sumie). Najbliższy to hurtownia rowerowa „Piasta”. Terminy? Ho, ho, koło miesiąca. Dzię-ku-ję. Gdzie indziej podobnie, a jeśli krótkie terminy, to próbują zdzierać i wymieniać wszystko, co zobaczą (ja wiem, ja wiem – na dobrą sprawę należałoby, ale kuźwa, chciałem tylko koło)

I pojawia się syndrom odstawienia.

Serio. Wtedy właśnie zrozumiałem, że od roweru się najzupełniej poważnie uzależniłem. I nie mogąc na nim jeździć czułem, ekhm, frustrację (eufemizm) 24/7, wszystko mnie irytowało i wszystkich najchętniej bym pogryzł. I nie chcę mi się z nikim gadać, o.
A wybrana droga i tak wymagała czasu – poczekać na pieniążki, zakupić części, zrobić to samemu. Przy okazji się czegoś nauczę, nawet jeśli coś rozpitolę. Po drodze wyczyści się trudno dostępne i nigdy nie czyszczone elementy z warstwy brudu (to fascynujące jaką masę potrafi utworzyć brud – miejscami nie do odróżnienia od metalu :P)

I grrrr, wrrrr.

Święty spokój.

Miałem też cień nadziei, że siostra wyjedzie na wakację, to i mama sobie gdzies pojedzie, a potem pojadą gdzies razem – sielanka, jak rok temu. Duuu-paaaa. Siostra to miała taki wyjazd, że aż na pierwszej stronie gazety o tym pisali, mama natomiast nie tylko została, ale i dostała jakiegoś podrzutka do opieki… Bo sąsiadka opiekuje się 2-letnim chłopczykiem, sama wyjechała se na p*lone wakacje, a pracę chciała „przetrzymać”, więc w efekcie jednego gówniarza w domu zamieniłem na innego.

Grrrr, wrrr, pchhhhh! I’ll kill ya.

kawa

Kawa *w*

Kawa

Się skończyła. Grrr, wrrr, pchhhh! *gryz*
Syndrom odstawienia, tu także.

Skończyła się waniliowa Sati, skończyła się Lavazza (mniam), skończyła się lura z Biedronki, skończyło się 3w1 z Biedronki i skończyło się cappuccino.

Funekai (ふねかい) – akcent pozytywny

W weekend 19-20 lipca odbył się w Łodzi „mangowy” konwent Funekai. Bardzo fajny trailer imprezy:

Zasadniczo zdecydowałem się na nią w ostatniej chwili (w zasadzie w dniu konwentu), pod naporem tłumu – bo okazało się, że dużo znajomych, w tym dawno i nigdy nie widzianych, się wybiera.  Przy okazji odebrałem Amigowca i Rei z dworca na Widzewie, to dojechaliśmy szybciej, niż ludzie z tego samego pociągu, którzy wysiedli na Kaliskiej. A jak wiadomo, gdy chcesz zająć sleeproom, liczy się każda sekunda (I tak o 9 rano wszystkie były już zajęte. Jak twierdzi wręczany przy wejściu poradnik konwentowy „nie ważne jak wczesnym pociągiem przyjedziesz, jak szybko podjedzie autobus i jak prędko biegasz, sleepy i tak są już zajęte. Nawet te wolne są już zajęte.„). Strategicznie (dyskusyjne) nie brałem ze sobą nic, by nie musieć szukać na to miejsca. W końcu jestem tutejszy, mogę sobie pozwolić. Nocować w domu też mogę, ha!

(Uwaga, kącik pozdrowień)

Jak dla mnie, konwent jako impreza sama w sobie stanowi góra 60% atrakcji, reszta to ci wszyscy ludzie, którzy tam są ;P Zarówno znajomi – ci, których widujesz regularnie (y… no albo rozmawiasz regularnie – hej Golczas, JW ;)), ci, którzy mieszkają tuż obok i mógłbyś ich widywać regularnie (hej Tamiś ^^), a widujesz tylko jak wybierzesz się na „mangowe” (mangowe spotkania to taka inicjatywa sprzed lat z czaopisma Kawaii) bo przyjechał ktoś spoza miasta (hej Kodama, Edek i reszta :P); idąc dalej – ci, którzy mieszkają w Łodzi Twoim mieście, a nigdy w życiu ich nie widziałeś (hej Setsuko, po 5 latach znajomości! :P hej Killashandra, też po kilku :)), jak i ludzie, których kompletnie nie znasz i nie wiesz kim są, ale radośnie machają Ci przez ulicę bo widzą swojego (hej, radośnie machająca *^^*).

A ludzi było dużo – wg informacji od orgów 1200-1300 osób. Co do samego konwentu… hm… main-room miał fatalną akustykę, ale co poradzić – sala gimnastyczna. Tylko, że echo gorsze niż w jaskini, jak w mało której szkole. Na konkursie karaoke dało się ocenić, kto ładnie śpiewa (Kairi *_*), a kto paskudnie fałszuje, ale… nie dało się tego słuchać ;)
Gdzieniegdzie bywały różne dziwne obsuwy… np. w Second Main Roomie o 10:00 powinno się zacząć „Tales of Phantasia OAV1″ (napocząłem grę to i obejrzałbym sobie), a gdy o tej godzinie przekroczyłem drzwi pomieszczenia, zobaczyłem tylko zamykany plik „Tales of Phantasia OAV2″ i wyłączany komputer. Okej. Na panelu „grafika komputerowa” prowadzący przez pierwszą połowę czasu szukał po konwencie kabla do projektora. Okej. (ocenę treści merytorycznej pominę)

Nowe identyfikatory do kolekcji :)

Nowe identyfikatory do kolekcji :)

No i w nocy były ploty niesamowite. Według jednej wersji policja wtargnęła na conplace i doczepiła się praw autorskich – dlatego nagle zgasły projekcje na Main Roomie i kilku innych. Według innych plotek, straż miejska dostała cynk od jakiegoś uczestnika i wparowała na teren konwentów i wyrzuciła nieletnich z Hentaii Night.
Po zasięgnięciu języka od Sephirotha po tym jak już ochłonął (większość organizatorów przez pierwszy dzień biegała półprzytomna, zalatana, nie wiedząc jak się nazywa i… wściekła ;P a Sephi o ile dzięki litrom napojów energetycznych zachowywał przytomność umysłu, to gdy „coś się działo” odbąkiwał tylko „szkoda gadać” i biegł dalej) udało mi się ustalić fakty ;)
Policja na prośbę ochroniarzy zabrała lekko wstawionego pana, który już po raz drugi (!) próbował włamać się do szkoły. Z hentai night nie wyrzucił, a wyprosił grzecznie (i sami wyszli) nieletnich nie funkcjonariusz straży miejskiej, a właśnie Sephiroth ;) Straż miejska natomiast, była, i owszem. W niedzielę o 16.

Strażnik: Czy tu odbywa się impreza masowa?
Org: Nie masowa, a kulturalna, i nie odbywa, a odbywała od wczoraj od 6 rano, do dziś do 14.

Podobno mało ich szlag nie trafił ;-)

Na Funekai osiągnąłem także coś określanego w dowcipnych „szczytach” mianem „szczytu głupoty”, czyli wydałem ostatnie pieniądze na portfel. Krzyczał do mnie.

Portfel z Final Fantasy VIII

Portfel z Final Fantasy VIII

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie…

Zaginął kot . Nic nie przybiega prosić o jedzonko, kiedy wchodzisz do domu, nie ma się do czego przytulić wieczorem, nic nie mruczy, nic nie miauczy co chwilę, żeby otworzyć mu drzwi…

Edit: Kot odnalazł się 26 lipca 2008r, o godzinie 2:30. Po otwarciu drzwi balkonowych i położeniu się z zamiarem zapadnięcia w sen usłyszałem jakiś pisk. No to ja „kici kici”. Drugi pisk, trochę jakby miauknięcie, ale niespecjalnie w odpowiedzi na wołanie. Wyszedłem na balkon i jeszcze raz „kici, kici”. I wtedy mnie usłyszał i zaczął wyć jak szalony. Trzeba było iść na dół pod blok i ściągnąć go z drzewa, bo – zupełnie jak na filmach – bardzo chciał zejść, ale nie umiał / się bał. Chodził nade mną (dosłownie) po gałęziach i błagał by go zdjąć, a ja niewiele mogłem zrobić – był na wysokości balustrady balkonów pierwszego piętra. Ale i za daleko, by z balkonu go ściągnąć.
Próbowalem namówić go, by zszedł gałązka po gałązce przy pniu. Nie zrozumiał/nie chciał. Więc trzeba było innej taktyki – namówić go żeby poszedł na sam koniec gałęzi (co nie było proste, bo chodził wszędzie tam, gdzie ja, albo gdzie mu pokazać), wtedy ona się ugina stopniowo pod jego ciężarem… Gdy doszedł dość daleko, bym miał za co złapać, ściągnąłem ją jeszcze niżej, a wtedy procedura była już standardowa. Ja wystawiam rękę po kota, on opiera się łapkami za nadgarstkiem i daje chwycić dłonią za brzuch. Tylko że tym razem było trochę za wysoko, za daleko i za stromo (biedak był w tej części manewru prawie pionowo) i trochę mi z rąk poleciał (i niechcący pięknie podrapał), ale koniec końców wyglądał na zadowolonego z kontaktu z ziemią. I uspokoił się, dał wziąść na ręce i zanieść do domu (po drodze jakoś chaotycznie, energicznie rozglądał się przy klatkach schodowych – liczył? oO). I jest. Zeżarł mnóstwo mięcha (co on jadł przez te dni?) i odsypia…

PS. Małe zmiany na blogu ;). Update tu, kosmetyczne tam, wizualne gdzie indziej. Oby na plus :P Tylko po co WordPress 2.6 pokazuje mi wszystkie 6 wersji postu *sprzed* publikacji?

Podobne wpisy:

8 komentarzy póki co

  1. mkl 25 lipca 2008 12:43

    Jakbyś przeredagował ogłoszenie na takie, które wskazuje miejsce niezależnie od osiedla, na którym się mieszka, porozwieszałbym u siebie.

  2. ikari 25 lipca 2008 14:29

    Optymistycznie wierzyłem, że aż tak daleko go nie wywieje.
    A wersja niezależna od osiedla, to będzie po prostu wersja z samym telefonem PDF file… (mamie coś i tak podanie adresu nie pasowało)

    Thx.

  3. mkl 25 lipca 2008 17:43

    Jesteś świadom wybitnie niefortunnych nazw, jakie nadajesz plikom?

  4. ikari 25 lipca 2008 18:37

    Teraz już tak. Znaczy wrzucając go gdzie indziej jeszcze mu potem zmieniłem nazwę, ale tutaj już mi się nie chciało ^^” i tak prawie jej nie widać.

    Za to rower ma już dwa koła. Pedały, łańcuch i kupa regulacji i znów będzie wierzchow[n?]y.

  5. mkl 25 lipca 2008 19:04

    Bez n, mimo że byłem przekonany, że z.
    A przyimków nie zostawia się na końcu linii, gdybym miał jak, dostawiłbym niełamliwe spacje, bo aż mną wzdrygnęło :P

  6. ikari 25 lipca 2008 19:22

    Podczas edycji zarówno gdzie indziej wypadają końce linii, jak i nie ma w układzie klawiatury wygodnie dostępnej twardej spacji, a wszystkiego w Wordzie pisać nie będę.. :P

  7. mkl 25 lipca 2008 20:28

    Nadal mówimy o ulotce?

    (Albo z operowym czytnikiem jest coś nie tak, albo RSS ma opóźnienia, od dawna mnie to intryguje)

  8. ikari 25 lipca 2008 21:21

    Ach, ulotce. Ups, sorry. Olać ;P

    (Chyba pora poszukać pluginu typu „threaded comments” i możliwości dla czytelników ładowania zwiniętej wersji, co by dialogi omijać)