Lód – cytat

Chcę się z Wami podzielić tym wspaniałym fragmentem…

Jacek Dukaj, "Lód": okładka

Jacek Dukaj, "Lód": okładka

Moim życiem rządzi zasada wstydu.

Poznaje się świat, poznaje język opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większość ludzi – prawie wszyscy, jak sądzę – do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.

Kiedy mówię o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważam, iż zachowuje się tchórzliwie – nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzę mu w głąb duszy i nie dowiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie mojego doświadczenia pozostaję jedyną osobą, dla której słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co kryje się pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadczam bezpośrednio, podczas gdy części mych zachowań nie jestem w ogóle świadom, a wszystkie odbieram w sposób niepełny, skrzywiony. Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idjotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie. Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny.  Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być – nie wiemy, kim jesteśmy.

Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąś ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Język do opisu mnie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza mną.

Byłby to język do jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi go sam stworzyć. Większość ludzi – prawie wszyscy, jestem przekonany – do śmierci się na to nie zdobywa. Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym – w języku drugiego rodzaju – albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na siebie z zewnątrz.

Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.

Moim życiem rządzi zasada wstydu. Nie mam lepszych słów, by opowiedzieć tę prawdę.

[…]

Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery! Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery! Krzykacz jarmarczny zdziera gardło, ogłaszając zwycięskie numery. Wszyscy kupiliśmy losy . wchodząc na jarmark. Roześmiani, czerwoni od mrozu i śliwowicy, szukamy teraz kartoników po kieszeniach. Znajduję, wyjmuję. Osiemnaście i siedemdziesiąt cztery. Odgrywając wielki zawód i wściekłość, ciskają losy w błoto, przeklinają pecha i nabijają się z głupca, który nie przychodzi po wygraną. Drę zwycięski los i robię to samo, co oni.

[…]

Uśmiecham się – uśmiecham się – uśmiecham się.

Wspominam zachowania, posługuję się drugim językiem…

Muszę sam dla siebie stać się obcym.

Benedykt Gierosławski był dobrem dzieckiem. Kto nie chciałby mieć takiego dziecka? Był grzeczny – zawsze słuchał się rodziców, słuchał się starszych, nie odzywał się niepytany, nie broił, nie bił się z innemi dziećmi, mówił przed snem pacierz, w szkole miał najlepsze stopnie. Inni chłopcy włóczyli się po mieście, spędzali czas na ulicach – on czytał książki. Inni chłopcy podglądali dziewczęta i droczyli się z siostrami – on uczył siostrzyczkę liter. Mył uszy. Kłaniał się sąsiadom i znajomym. Nie dłubał w nosie, nie pokazywał palcem. Nie sprawiał rodzicom kłopotów. Któż nie chciałby mieć takiego dziecka?

Kiedy skończył siedemnaście lat i wstąpił na Uniwersytet Cesarski, spotkał innych, którzy byli dobremi dziećmi.

Rozpoznali się po uśmiechach.

Czy było już za późno? Czy mogłem się cofnąć – cofnąć do czego, do kogo, do jakiego mnie? Nie ma żadnego momentu w przeszłości, który, cudownie zmieniony, odwróciłby bieg mego życia, żadnej katastrofy, która mi się przydarzyła, wskutek czego jestem inny, niż być powinienem; niczego takiego nie potrafię wskazać.

Jest wręcz dokładnie na odwrót: dokiedykolwiek sięgnąłbym wspomnieniem, zawsze odnajdę pod cienkim naskórkiem mych słów i czynów tę samą zasadę, muskuł niepokoju, nadzieji i wstrętu napięty w tym samym kierunku, gdy miałem lat trzy, trzynaście i dwadzieścia trzy. Nie uczucie, coś innego, nie myśl – ucieka, wymyka się, wyślizguje, niematerjalne, nieopisywalne – stój! spójrz mi w oczy! – ty, ty – nazwę cię Wstydem, choć nim nie jesteś, nazwę cię Wstydem, bo nie ma lepszych słów w języku międzyludzkim.

Myślę, że fragment ten, zwłaszcza jego pierwsza część (drugą, nie w pełni zresztą, zacytowałem dla wyjaśnienia jak bohater widzi, czuje i rozumie nazwaną przez siebie zasadę kierującą jego życiem… i dlatego, że także dostrzegałem tam pewne blade odbicie elementów własnego życia czy też mentalności…) jest naprawdę doskonale ujęty. Ponad trzy lata temu (jezusmaria, jak ten czas leci…) dzieliłem się z Wami refleksją (m.in., to jeden z długich i poplątanych postów) o tym, że każdy widzi nas inaczej i jest „mnie” tylu, ilu ludzi ma jakiś mój obraz w swojej świadomości – i każdy jest jednakowo prawdziwy.

Nie zastanawiałem się jednak wówczas nad tą różnicą „jaki jestem w mojej głowie” a „jaki jestem dla innych” w świetle tego – niby oczywistego, a jednak jakże trudnego do odkrycia – faktu: „Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny.  Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być – nie wiemy, kim jesteśmy.” Jest to prawda, cała prawda i tylko prawda. Jakże często zdarza się, że to, co powiedzieliśmy, jest intepretowane całkowicie inaczej niż chcieliśmy, by było. Bo przecież w naszych głowach przewijają się intencje stojące za tym zdaniem, a nie to, jak inni je zinterpretują… Jak niedoskonały jest język i nasz sposób władania tymże językiem, że tak wielka część pierwotnej informacji, emocjonalnego ładunku przyciągającego z wielkiej rozsypki słowa by zbić je w jedno zdanie, jest tracona w formie słów i w procesie odwrotnym, gdy ktoś z naszej wypowiedzi z powrotem wydobywa – jak mu się zdaje – te abstrakcyjne pojęcia, myśli i emocje, które tę wypowiedź uformowały. A jednak, jakże często się myli…

My sami zaś często nie dostrzegamy, jak bardzo nasze słowa i czyny rozmijają się z naszym wyobrażeniem o nich, naszymi celami i szczerymi intencjami. Jak dzięki temu najbliższa nam rzeczywistość – bezpośrednio dotycząca nas samych – staje się nam najdalszą i najmniej dostępną. I to stąd bierze się to, że w cudzym oku dostrzeżemy drzazgę, a we własnym belki byśmy nie zauważyli… Bo przecież w naszym swiatopoglądzie jej nie ma! Weźmy aparat fotograficzny, taki z prawdziwego zdarzenia, lustrzankę z dużym obiektywem. Jeżeli nawet tuż przed obiektywem przytrzymamy wykałaczkę – na zdjęciu nie będzie po niej ani śladu. A paproch na obiekcie fotografowanym dostrzeżemy bez trudu. Nieprawdaż? Tak i my widzimy świat. Nie potrafimy przyjrzeć się obiektom, które są najbliżej, bo są zbyt blisko… Nie potrafimy spojrzeć na siebie samych, albowiem stoimy zbyt blisko.

O książce zaś może kiedy indziej – dopiero napocząłem. Zapowiada się świetnie.

Podobne wpisy:

5 komentarzy póki co

  1. Ravicious 16 lutego 2009 12:17

    Kolejny świetny post z przemyśleniami, keep it classy ;)

  2. ikari 18 lutego 2009 10:45

    Ciekawe jest to, że odkąd narrator-bohater stwierdza

    Muszę sam dla siebie stać się obcym.

    narracja zmienia formę na bezosobową i tak pozostaje chyba nawet do końca książki. Nie zrobiłem, lecz zrobiło się. Powiedziało się, uśmiechnęło się… ciekawie to w efekcie brzmi i wygląda. I jest doskonałym zabiegiem literackim pokazującym, że traktowanie siebie samego jak obcego bohater wziął sobie bardzo do serca…

  3. mkl 18 lutego 2009 12:02

    Nic nowego – początek „Maski” Lema.

  4. ikari 18 lutego 2009 12:23

    Wybacz.

  5. anoriell 5 kwietnia 2009 11:12

    Tak. Lód to ta pozycja, którą przeczytam. Całkiem na spokojnie i od początku do końca.
    Patrząc jednak na objętość – potrzeba mi będzie sporo czasu ;)

Zostaw komentarz

Proszę być grzecznym i mówić na temat :). Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

XHTML: Możesz używać następujących tagów XHTML:
<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>