Po formacie Windows

Checklista na przyszłość:

  • WinCompose. Pozwala wpisywać z klawiatury w zasadzie wszystko, np. obcojęzyczne znaki narodowe takie ja ä, ë, å lub ẞ, a także rzeczy zupełnie ⓈⓏⒶⓁⓄⓃⒺ™, jak ☭. Przy okazji pozbywasz się na zawsze problemu przypadkowego wciśnięcia caps lock. Darmowe.
  • LightShot. Od teraz wciśnięcie print screen pozwoli Ci zaznaczyć fragment ekranu do screena, zedytować go na szybko, a przede wszytkim pojedynczym kliknięciem wysłać w internety, czyli tam, gdzie zapewne chciałeś, by się znalazł. Darmowe.
  • AltWindowDrag. Musisz to mieć, jeśli przychodzisz z krainy Linuksa.
  • Cygwin + oh-my-zsh. Linuksowa konsola i narzędzia. Bdb.
  • Chocolatey do robienia „chocolatey install program” pod windowsem.
  • Chrome, Steam, Spotify etc. :)

Państwo prawa: reaktywacja

Ciąg dalszy smutnej historii biurokratycznej dezinformacji.

Już dzwoniłem po taksówkę, by szybko dostać się do Urzędu Miasta Krakowa, już witałem się z gąską, gdy tknęło mnie, by najpierw zadzwonić do rzeczonego UMK i spytać, czy mój numer Profilu Kandydata na Kierowcę aby na pewno po 20 dniach jest gotowy do odbioru („tydzień-półtora”, prawda?).

Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie (dla tych, którzy znają moją fobięTelefoniczną), dzwonię.

Mija 5, 10, kilkadziesiąt sekund sygnału, nie poddaję się. Urząd, wiadomo, dodzwonią się tylko najtwardsi.

„Nie, nie mam decyzji na takie nazwisko”, odpowiedział Pan, „proszę przedzwonić do urzędu w Łodzi i spytać, dlaczego”.

Szukam w Google numeru, dzwonię.

„Dzie…” ­— urwałem, rozumiejąc, że wszedł mi w słowo automat. Odsłuchałem, że się dodzwoniłem się do urzędu, że jak chcę porozmawiać z człowiekiem to proszę poczekac i posłuchałem bardzo urywanej najwyraźniej wątpliwym zasięgiem GSM melodyjki. Po bliżej nieokreślonym czasie (dużo krótszym niż przy pierwszym telefonie), odezwała się pani. Opisałem problem. Pani powiedziała, że jest Panią Informacją z gatunku Ogólnych i mnie przełączy. Melodyjka, poczekałem (już naprawdę chwilkę), opisałem problem jeszcze raz.

„Tak, mamy tu pana wniosek, ale orzeczenie lekarskie było na druku ze starszego wzoru. Wysłaliśmy” — pocztą polską, a jakże, że narrator pozwoli sobie się wtrącić — „do lekarza, który robił panu badania informację i jak tylko odeśle prawidłowy druk, rozpatrzymy wniosek”. Polska biurokracja, prawda, informacje niby wszystkie te same, ale wersja druku nie ta.  Ja się o tym nie dowiedziałem, bo wysłano do mnie wprawdzie kopię DW, ale przecież na adres w Łodzi, bo taki kazali mi wpisać w krakowskim urzędzie. Upewniłem się, że pani, z którą rozmawiam przekaże pani, która prowadzi moją sprawę, żeby informowano mnie telefonicznie/smsowo/mailowo o postępie, żebym nie musiał dzwonić.

Spróbowałem zadzwonić jeszcze do samego w/w lekarza, by dowiedzieć się, czy pismo zarejestrował i czy zareagował. Googluję numer, dzwonię, „numer nie istnieje”. Oż. Dzwonię na drugi, nie odbiera. Napisałem jak jest ośrodkowi zaprzyjaźnionemu z panem lekarzem (bynajmniej nie doktorem) z pytaniem, czy mogliby go nieco pospieszyć, gdy go w czwartek zobaczą (u nich robiłem badania, było mi bardzo po drodze). Pewnie nie odpiszą.

Ręce mi opadły.

„Sprawa załatwiana od ręki”, dzień dwudziesty.

Death

Death everywhere

Państwo prawa.

Rzecz dzieje się w Polsce.

Po latach stawiania oporu lub przynajmniej braku wystarczająco potężnej motywacji by zapisywać się na kurs prawa jazdy, chęć i decyzja się pojawiły.

Pochodzę z Łodzi, jednak od dwóch lat mieszkam w Krakowie, od niemal dwóch lat w Krakowie pracuję.  Zameldowany jestem w Łodzi, w Krakowie jakoś nieswojo czułbym się meldując się w cudzym mieszkaniu.
Ciekawostka: Urząd Skarbowy nie widział najmniejszego problemu bym rozliczał się — zgodnie z przepisani — według adresu zamieszkania, nie zameldowania.

I teraz tak:

Dzięki PKK dotychczasowy, papierowy obieg dokumentów, został zastąpiony obiegiem elektronicznym.

Urząd miejski informuje:

Sprawę załatwia
Wydział Ewidencji Pojazdów i Kierowców, Referat Praw Jazdy:1) Al. Powstania Warszawskiego 10, Centrum Administracyjne, stanowiska 32-34, tel. 12 616 9106, 12 616 9107.
2) ul. Wielicka 28a, II p., stanowisko informacyjne, tel. 12 616 5756.
3) Os. Zgody 2, I p., stanowisko informacyjne, tel. 12 616 8745.

Urząd przy ul. Wielickiej (najbliżej mojego miejsca zamieszkania, a także po drodze) — a konkretne jego stanowisko informacyjne — poinformował (zgodnie z tym, co czytałem), że ponieważ jestem zameldowany w Łodzi, powinienem udokumentować to, że mieszkm w Krakowie, aby wyrobić profil tutaj. Powinienem w tym celu przedstawić np. umowę najmu lokalu oraz zaświadczenie o zatrudnieniu w Krakowie. Pan powiedział także, że gdy zgłoszę się z tymi dokumentami do urzędu na Al. Powstania Warszawskiego, gdzie decyzja faktycznie zapada, to od ręki dostanę numer PKK.

Mając oba dokumenty (na zaświadczenie o pracy musiałem właściwie tydzień poczekać, aż zajmująca się tym osoba w firmie wróci ze szpitala, ale to przecież nie problem) zgłosiłem się do wskazanego Centrum Administracyjnego.

Tam pan powiedział, że — cytuję — „urząd na Wielickiej nie jest od udzielania informacji, tylko od przyjmowania dokumentów”. Ach, więc stanowisko informacyjne nie jest od udzielania informacji! Racja. Powiedział także, że nie ma takiej możliwości, bym uzyskał profil w Krakowie, oni mogą jedynie te dokumenty wysłać listem poleconym do Łodzi, a stamtąd odeślą decyzję do urzędu w Krakowie. Elektroniczny obieg dokumentów, jasne, listami poleconymi. Numeru, który „dostanę od ręki”, potrzebuję do piątku, dostanę go „za tydzień­-półtora”, jak listy polecone pójdą i wrócą. Dokumentów, które musiałem załatwić dla potwierdzenia mieszkania w Krakowie, nie chciał nawet oglądać. Do tego kazał mi wpisać adres zameldowania jako adres zamieszkania, co jest już nakłanianiem do poświadczenia nieprawdy — w wykonaniu urzednika państwowego.

Poczułem się bezsilny wobec machiny urzędniczej i tego, że każdy urzędnik interpretuje te same przepisy po swojemu. Jeden potrzebował dwóch przesłanek o miejscu zamieszkania, drugi nie zna pojęcia „zamieszkanie” i uznaje tylko adres zameldowania (typowy problem).

Najbardziej ironiczne jest to, że gdyby w każdym urzedzie nie mówili czego innego (zwłaszcza w stanowiskach informacyjnych, „które nie są od udzielania informacji”), mógłbym złożyć dokumenty tydzień wcześniej i może otrzymałbym numer na czas. Dodatkowo bezsilny czuję się wobec faktu, że młody i życzliwy urzednik to ten, który miał jedynie przekazać te dokumenty do innego oddziału, a tam decyzję podejmuje urzędnik niemłody i z podejściem do petenta powszechnie znanym. Ach, no i obieg elektroniczny listami poleconymi.

Jestem zły. Jestem naprawdę zły. Mimo tego, że liczyłem się z takim obrotem sprawy w jakimś stopniu, że to w najgorszym wypadku miesięczne opóźnienie wszystkich planów, że w takim wypadku mogę sobie iść na kolidujące mi dotą z planowanym kursem darmowe konferencje programistyczne. Jestem zły, bo urzędnicy udzielają sprzecznych informacji, bo część z nich wcale nie chce pomagać obywatelom, bo przez odmienne interpretacje tych samych przepisów straciłem tydzień, miesiąc, musze zmieniać plany. Gdyby to była wyłącznie moja wina, gdybym czegoś nie załatwił, zapomniał, zaniedbał — nie bolałoby mnie to tak, jak w sytuacji, gdzie zrobiłem wszystko zgodnie z udzieloną mi w urzędzie informacją tylko po to, by zderzyć się z murem, bo inny urzędnik uważa inaczej, a „tamci nie są od udzielania informacji,” tylko od dokumentów.

Wpis powstał celem dania upustu frustracji.