Czy bitcoin istnieje?

Wyborcza zaserwowała mi dziś o 9 rano taką oto wiadomość na Messengerze:

Damian handlował bitcoinami na Bitmarkecie – jednej z najstarszych polskich giełd kryptowalutowych. Jest weteranem, korzystał z niej od pięciu lat. Szacuje, że na handlu kryptowalutami spędził 3 tys. godzin. Mówi, że doszedł do 1,7 mln zł z początkowych 15 tys. zł. Nieraz ryzykował. Na początku lipca przeczytał komunikat, że giełda nie działa. A wraz z nią 100 mln zł jej klientów rozpłynęło się w powietrzu.

http://wyborcza.pl/7,156282,25015434,sprzedam-dziurawa-gielde-kryptowalut-o-upadku-bitmarketu.html#S.DT-K.C-B.1-L.1.duzy

Moja pierwsza myśl: co za sztuka samooszukiwania. Te pieniądze przecież rozpłynęły się w powietrzu już w chwili kupienia kryptowalut. Kryptowaluty to najbardziej wirtualne i wymyślone lokaty kapitału, jakie znam (nie jestem ekonomistą, jakby co).

Blockchain, jako technologia, to takie zawody w marnowaniu prądu na czas. Dosłownie — ideą leżącą u podstaw są wyścigi w brute force, czyli w dobieraniu kolejnych (lub przypadkowych) kombinacji bajtów, aż się uda, czyli aż hash całego bloku danych będzie zgodny z oczekiwanym. Można powiedzieć, że kto pierwszy, ten wygrywa, w pewnym uproszczeniu. De facto jako „nagrodę” (też w kryptowalucie) za uczestnictwo w tym przepalaniu prądu na ciepło otrzymujemy to, o czym mówimy, że „wykopaliśmy”. Kiedy dostatecznie dużo komputerów zgodzi się co do tego, jaka przypadkowa wartość uzupełnia blok do zadanego skrótu (o co chodzi z algorytmami hashującymi pozostawię jako ćwiczenie dla czytelnika), to blok jest zatwierdzany i dopisywany do łańcucha. Stąd i łańcuch bloków, blockchain.

No i tyle właśnie, mówimy, że to ma jakąś wartość, te podpisy pod transakcjami (blokami danych) leżącymi u kogoś na dysku. Że zaszyfrowane dane w „cyfrowych portfelach” wczoraj były warte 100zł, dzisiaj są warte 250. Kupujemy wyobrażenie o wartości czegoś, co żadnej siły sprawczej nie ma, czego na wykonaną pracę czy surowiec w żaden sposób nie da się już przetworzyć (wyjąwszy handel). Dlatego bawi mnie wiara, że ktoś ma milion, kiedy tak naprawdę po prostu wydał 15 tys. zł., a nie ma nic, ma obietnicę, że zaszyfrowane czy podpisane cyfrowo dane na czyichś serwerach mogą być coś warte. Czy są?

Kiedy zaś zniknie serwer, albo ktoś zgubi klucz (tu przypadek człowieka, który zmarł i waluta przepadła, bo portfela nie da się odszyfrować), okazuje się, że pieniędzy nie ma i tak naprawdę nigdy nie było. Ktoś ma na dysku zera i jedynki, nie są już nic warte.

Więc kto tu tak naprawdę kogo oszukuje?

I suck at blogging

Żadnego postu w 2019, żadnego postu w 2018, dobry borze tucholski (RIP). Mam tu szkice z hasłami, o czym chcę napisać z 2013r. Co tu się porobiło.

Trzeci albo więcej rok „przenoszę się na nowy serwer”. Trzeci rok rozdzielam bloga na „osobisty” i „pro”, jeden z pierdołami, drugi techniczny. Tak naprawdę w żadnym nie mam nic do przekazania, co przetrwałoby moje wewnętrzne pytanie „czy to jest warte czyjegoś czasu?”. Całą tę stronę stworzyłem ja szesnastoletni, więc odpowiedź nasuwa się sama. Może na okrągły 2020 postanowię się w ramach samodoskonalenia wreszcie zmusić do poświęcania twardych godzin takim prywatnym zabawom, jak blog.

Ludzie jakoś bardziej produkują się na Facebooku, jedna firma posiadła nasze życia i przywłaściła sobie (z naszym błogosławieństwem) kontakty międzyludzkie, treści oraz prawo do decydowania kto kogo teraz przeczyta. Tam zdecydowanie nie chcę pisać, nie tylko z tych powodów. Pytanie na dziś: gdzie milczę z większą klasą?

Lata lecą, niewypowiedziane i niezapisane myśli się kumulują niczym niepowodzenia, które przypomnisz sobie w autobusie lub tuż przed zaśnięciem. Co się zmienia? W środku tak naprawdę niewiele. Okazuje się, że tak naprawdę całe życie jesteś tym 15-latkiem, który nie ma pojęcia co robi i co dalej, tylko coraz rzadziej masz moment by się nad tym zastanowić, bo jest coraz więcej zaległych spraw, których nikt za Ciebie nie załatwi. Od trywialnych, typu pozmywanie, po ostateczne.

Poczucie obowiązku siłą sprawczą w życiu. Niestety właśnie tak to widzę.

Terminus font

Udawany (wektorowy) pixelfont, który po prostu wygląda dobrze:
C++ history

i ma pliterki:
bla bla blaTerminus TTF.

Final Fantasy 7 po raz czwarty.

Aeris

Final Fantasy VII. Gra wydana w 1997 (PS), 1998 (PC), 2012 (PC, Square Enix store) i teraz, 4 lipca 2013, w Steam. Może pora bym i za to się w końcu porządnie wziął? Gry nikomu przedstawiać nie trzeba, wieki temu czytało się o niej wielostronicowe artykuły i analizy (pamiętacie Secret Service?), podzielę się jednak małą skandaliczną ciekawostką:

W 2012 Square Enix wydało reedycję tejże (gra różni się tym, że działa na współczesnych Windowsach (7, 8, etc), ma synchronizację save’ów online (potwornie wolną), achievementy (o rany boskie…!) i jakiś cheater, tzn. trainer online, który wrzuca HP, MP i pieniążki na maksa, albo coś w tym stylu), dostępną wyłącznie w ich sklepie online. Podkreślam, jako dostępną wyłącznie w ich sklepie online.

Dwa tygodnie temu zarejestrowałem się w ich sklepie specjalnie po to, by ją kupić, pogodzony z koniecznością trzymania jednej gry osobno (wszystkie pozostałe mam w Steamie), rejestracją, instalacją kolejnego bliżej mi nie znanego launchera (który odpala tylko tę jedną grę) i rozczarowany, że nawet pobranie jej ponownie wymaga grzebania w poszukiwaniu linka do instalatora. 10 euro.

W 2013, 2 tygodnie po moim zakupie, gra wychodzi w Steam. Mimo, że miała nie być w nim dostępna. Square Enix nie udostępnia kluczy aktywujących grę w Steam tym, którzy im zapłacili i kupili ją wcześniej w ich własnym sklepie. W zamian zapewnia, że jeśli zapłacę jeszcze raz, moje save’y będą się synchronizować między obiema wersjami.

Wielkie dzięki.

Odkryj w sobie gracza

Thomas was alone

Steam for Linux to cudowne zjawisko. W połączeniu z Humble Bundle — idealne. Tak oto odkryłem, że zakupiłem w maju m.in. grę Thomas Was Alone.

Mam słabość do gier, które są bardzo proste, a jednak bardzo grywalne. Tak proste, że można by je równie dobrze wydać 20 lat temu bez dużego uszczerbku na ogólnej jakości produktu i tak grywalne, jak niegdyś było Super Mario Brothers, w które, nota bene, nie umie grać 90% dzisiejszych graczy ­— by nie sposób było się od nich oderwać.  Mam także słabość do gier z narracją. Thomas Was Alone spełnia oba te warunki.

Główna idea samej gry jest bardzo prosta — jej bohaterami (każdy ma swoje imię) są po prostu prostokąty pragnące początkowo jedynie dostać się po prostu do kolejnego portalu (co kończy level). Z czasem odkrywamy, że mają indywidualne cechy — każdy z nich jest inny, ma szczególne umiejętności, własne uczucia i marzenia… Autor gry, Mike Bithell, napisał scenariusz nadający każdemu prostokątowi unikalną osobowość, przeplatając to narracją inspirowaną humorem znanym z książek Douglasa Adamsa i dzieł brytyjskiego humorysty i aktora, Dannego Wallace`a; ten drugi użyczył zresztą głosu narratorowi.

Całą historię opowiada nam podczas gry narrator, treść opowieści wyświetla się także na ekranie i tutaj muszę przyznać, że jest to zrobione pięknie, z „dizajnerskiego” punktu widzenia. Gra składa się z bardzo prostych kształtów, tekst jest wypisany prostym krojem, numery kolejnych poziomów i treść opowieści (wraz z pionową kreską wyznaczającą ich margines) zaspokoją najbardziej wymagających fetyszystów typografii. Gdy tekst się przesuwa śledząc aktywnego bohatera, zawija się nawet dynamicznie przy krawędziach ekranu! :)

Świetna rozrywka, którą gorąco polecam. Niestety, Steam pokazuje mi, że ukończenie gry zajęło mi w sumie 3 godziny czasu spędzonego z grą, co może być nieco zbyt krótkie jak na 8 euro, za które można zakupić tę grę w serwisie Steam. Przyznam się, że dałem nieco mniej lub tyle samo za cały pakiet gier w Humble Bundle (pięć­­~siedem gier), gdy ją kupowałem.

Zaletą jest także dostępność gry na wielu platformach: Windows, Mac, Linux, PlayStation 3 i PlayStation Vita.

 

Inne gry, w których urzeka narracja? Bastion! Ale tej jeszcze nie ukończyłem… jak wiele rzeczy, odłożyłem na zasadzie „za chwilę dokończę” i mam problem z powrotem. Ale i tak uważam, że warto. Też kupione w Humble Bundle :)