Terminus font

Udawany (wektorowy) pixelfont, który po prostu wygląda dobrze:
C++ history

i ma pliterki:
bla bla blaTerminus TTF.

Final Fantasy 7 po raz czwarty.

Aeris

Final Fantasy VII. Gra wydana w 1997 (PS), 1998 (PC), 2012 (PC, Square Enix store) i teraz, 4 lipca 2013, w Steam. Może pora bym i za to się w końcu porządnie wziął? Gry nikomu przedstawiać nie trzeba, wieki temu czytało się o niej wielostronicowe artykuły i analizy (pamiętacie Secret Service?), podzielę się jednak małą skandaliczną ciekawostką:

W 2012 Square Enix wydało reedycję tejże (gra różni się tym, że działa na współczesnych Windowsach (7, 8, etc), ma synchronizację save’ów online (potwornie wolną), achievementy (o rany boskie…!) i jakiś cheater, tzn. trainer online, który wrzuca HP, MP i pieniążki na maksa, albo coś w tym stylu), dostępną wyłącznie w ich sklepie online. Podkreślam, jako dostępną wyłącznie w ich sklepie online.

Dwa tygodnie temu zarejestrowałem się w ich sklepie specjalnie po to, by ją kupić, pogodzony z koniecznością trzymania jednej gry osobno (wszystkie pozostałe mam w Steamie), rejestracją, instalacją kolejnego bliżej mi nie znanego launchera (który odpala tylko tę jedną grę) i rozczarowany, że nawet pobranie jej ponownie wymaga grzebania w poszukiwaniu linka do instalatora. 10 euro.

W 2013, 2 tygodnie po moim zakupie, gra wychodzi w Steam. Mimo, że miała nie być w nim dostępna. Square Enix nie udostępnia kluczy aktywujących grę w Steam tym, którzy im zapłacili i kupili ją wcześniej w ich własnym sklepie. W zamian zapewnia, że jeśli zapłacę jeszcze raz, moje save’y będą się synchronizować między obiema wersjami.

Wielkie dzięki.

Odkryj w sobie gracza

Thomas was alone

Steam for Linux to cudowne zjawisko. W połączeniu z Humble Bundle — idealne. Tak oto odkryłem, że zakupiłem w maju m.in. grę Thomas Was Alone.

Mam słabość do gier, które są bardzo proste, a jednak bardzo grywalne. Tak proste, że można by je równie dobrze wydać 20 lat temu bez dużego uszczerbku na ogólnej jakości produktu i tak grywalne, jak niegdyś było Super Mario Brothers, w które, nota bene, nie umie grać 90% dzisiejszych graczy ­— by nie sposób było się od nich oderwać.  Mam także słabość do gier z narracją. Thomas Was Alone spełnia oba te warunki.

Główna idea samej gry jest bardzo prosta — jej bohaterami (każdy ma swoje imię) są po prostu prostokąty pragnące początkowo jedynie dostać się po prostu do kolejnego portalu (co kończy level). Z czasem odkrywamy, że mają indywidualne cechy — każdy z nich jest inny, ma szczególne umiejętności, własne uczucia i marzenia… Autor gry, Mike Bithell, napisał scenariusz nadający każdemu prostokątowi unikalną osobowość, przeplatając to narracją inspirowaną humorem znanym z książek Douglasa Adamsa i dzieł brytyjskiego humorysty i aktora, Dannego Wallace`a; ten drugi użyczył zresztą głosu narratorowi.

Całą historię opowiada nam podczas gry narrator, treść opowieści wyświetla się także na ekranie i tutaj muszę przyznać, że jest to zrobione pięknie, z „dizajnerskiego” punktu widzenia. Gra składa się z bardzo prostych kształtów, tekst jest wypisany prostym krojem, numery kolejnych poziomów i treść opowieści (wraz z pionową kreską wyznaczającą ich margines) zaspokoją najbardziej wymagających fetyszystów typografii. Gdy tekst się przesuwa śledząc aktywnego bohatera, zawija się nawet dynamicznie przy krawędziach ekranu! :)

Świetna rozrywka, którą gorąco polecam. Niestety, Steam pokazuje mi, że ukończenie gry zajęło mi w sumie 3 godziny czasu spędzonego z grą, co może być nieco zbyt krótkie jak na 8 euro, za które można zakupić tę grę w serwisie Steam. Przyznam się, że dałem nieco mniej lub tyle samo za cały pakiet gier w Humble Bundle (pięć­­~siedem gier), gdy ją kupowałem.

Zaletą jest także dostępność gry na wielu platformach: Windows, Mac, Linux, PlayStation 3 i PlayStation Vita.

 

Inne gry, w których urzeka narracja? Bastion! Ale tej jeszcze nie ukończyłem… jak wiele rzeczy, odłożyłem na zasadzie „za chwilę dokończę” i mam problem z powrotem. Ale i tak uważam, że warto. Też kupione w Humble Bundle :)

The XX – Coexist

Cały album do odsłuchania, bezpłatnie.

Martwi autorzy piszą kiepsko

Czyli nie każda książka, jaką kupię, będzie mi się podobać.

Generalnie, jak powszechnie wiadomo, trylogie powinny mieć trzy części. W tym wypadku oznacza to, że po trzech tomach jakość maleje. Czwarty i piąty doczytałem bo-czemu-nie i miałem je w jednej książce. Niemniej jednak po trzech tomach opowieść stała się mało wciągająca, a po pięciu – w 1992r. – się zakończyła.

W 2001 Douglas Adams zmarł.

W 2012 ukazała się nowa, szósta część, prezentowana w tym wpisie. Jedenaście lat po śmierci pisarze są zwykle w kiepskiej formie literackiej, tak było i tym razem. Książkę napisał „za niego” Eoin Colfer, przy asyście wdowy po Adamsie, próbując naśladować charakterystyczny absurdalny humor kultowej serii. Jednak albo robi to nieudolnie, albo tłumaczenie jest nieudolne (co jest bardzo prawdopodobne), ponieważ książkę kończę jedynie dzięki sile woli i ani razu podczas jej czytania się nie zaśmiałem, ani nie uśmiechnąłem; przy oryginalnej serii Adamsa było to nagminne, także (a może zwłaszcza?) przy czytaniu wersji nieprzetłumaczonej, po angielsku.

A tłumaczenie zapewne jest niewybitne. Pomijam fakt, że nie trzeba ubarwiać tłumacząc bulldozer jako „bykdożer” (WTF, Pawle Wieczorku), a zwroty typu „falował przed nim” są co najmniej enigmatyczne (jak się okazuje, nie było to waved in front of him, co wziąłbym za „pomachał mu przed nosem”, lecz „Arthur bobbed in front of Zaphod, trying to catch his rolling eyes”).

Skończę, bo zacząłem (i już prawie udało mi się dokończyć), ale fanom „Autostopem” nie polecę.