Historia pewnej przesyłki…

12:38 Hey, wow! #Paczkomaty jednak zrobiły na mnie świetne wrażenie zanim musnąłem jakikolwiek palcem - SMS o dostarczeniu paczki do paczkomatu!

No to z godzinę później się wybrałem. Wklejam „Przybyszewskiego 176″ w Google Maps, pokazuje mi najbliższy duży Carrefour. Jadę. Dojeżdżam, nie znajdując nic na zewnątrz (dziwne…) wchodzę do Carrefoura uważnie rozglądając się za paczkomatem. Przemaszerowuję drugi raz, rozglądając się jeszcze uważniej. I jeszcze jeden, już zupełnie powolutku i skrupulatnie oglądając każdy element wystroju i każdy napis. Hm. Pośrodku jest kiosk inmedio, a w nim za drzwiczkami jakieś paczuszki. Zaczynam podejrzewać, że „in” w obu nazwach powinno mi coś sugerować, a Pani Paczkomat z uśmiechem pójdzie na zaplecze i poda mi paczkę. Ale nie róbmy z siebie idioty. Jeszcze jeden przemarsz na zewnątrz, sprawdzam adres, pod którym się znalazłem: „Przybyszewskiego 176/178″. Myślę sobie: pora blipnąć „#paczkomaty, odcinek 2 zakończył się failem pt. jestem ślepy i nie znalazłem paczkomatu” i spróbować kiedy indziej. Ale moment. Przejdźmy się na zachód, w stronę malejących numerów. Krzaki, haszcze, krzaki, pola, krzaki. W tył zwrot, na przystanek. Mijam salon Jaguar Land Rover, już byłem na przjeściu, już witałem się z dotykowym przyciskiem sygnalizacji świetlnej, gdy #WTEM! odkrywam, że kolejny salon samochodowy stojący jeszcze dalej nadal ma adres „Przybyszewskiego 176/178″. Postanawiam iść dalej tym tropem. Przyglądam się salonom równie uważnie, co wnętrzu Carrefoura, ale przecież nie wejdę do środka by rozczarować sprzedawcę, że nie chcę kupić najnowszego jaguara czy hondy, a tylko odebrać przesyłkę. Ha! Za stacją benzynową odnajduję wreszcie przyległy do jej ściany paczkomat, fanfary!

Podchodzę, na środku widzę terminal z czarnym ekranem w gotowości bojowej. Ale zaraz, czarnym? Przytulam się do niego, macham trochę łapkami przed ekranem i odkrywam, iż owszem, świeci, tylko pod słońce nic nie widać. Zatem w pełnej konspiracji, niczym przy bankomacie, zasłaniając ekran rękoma ze wszystkich stron przed wzrokiem osób trzecich, a tak naprawdę przede wszystkim przed słońcem, czytam: „TRYB REKLAMOWY, nacisnij dowolny klawisz”. Lewy górny wydał mi się odpowiednio dowolny. Krótka procedura, wybór języka, nadanie czy odbiór paczki, wybieram odbiór. Zastanawiałem się, jak właściwie wygląda identyfikacja odbiorcy. Teraz już wiem: podaj numer telefonu lub coś tam (wbudowane w moją głowę Google odrzuciło dalszą część komunikatu jako „irrelevant”), podaję. Podaj kod. No żesz, telefon poczuł silną więź z paczkomatem i wygasił ekran do jednakowo nieczytelnego poziomu. Pomiziałem ekran, odczytałem kod. Czułem się jak gangster w najnowszym filmie z Jamesem Bondem albo Robert Langdon odbierający tajemniczy przedmiot w tajnej skrytce. Pik, pik, pik, oczywiście cały czas zasłaniając konspiracyjnie ekran ze wszystkich stron, pik, pik. ENTER. Z cichym kliknięciem odskakują drzwiczki jednej ze skrytek. Rozglądam się po raz kolejny, czy nikt nie widzi, jak po wpisaniu tajnego kodu sięgam po wskazówki dotarcia do Świętego Graala. Ze skrytki wyjmuję kopertę. Niestety, psuje ona nieco filmową atmosferę, przypominając, że nie jestem w filmie sensacyjnym, w pstrokatej, usianej reklamami i logotypami rzeczywistości. Zamykam za sobą drzwiczki, bo po co mają tak dyndać. Spoglądam jeszcze raz kontrolnie na ekran, czy czegoś ode mnie niehce. On tylko wyświetla zamalowaną na czerwono moją skrytkę i niczego nie oczekuje, o nic nie prosi, nie wyświetla nawet żadnego „zakończ, do widzenia”. Rozglądam się zatem niepewnie po raz ostatni, odchodząc jeden krok, później drugi, a następnie oddalając się ostatecznie, porzucając biedną maszynę na pastwę losu, niczym świadek wypadku, który nie wie, czy teraz powinien udzielić pomocy, wzywać karetkę, czy udać, że go tam nigdy nie było.

W drodze do domu otwieram paczkę. W środku odkrywam DYPLOM ambasadora marki Paczkomaty 24/7. Niczym order skauta po trudnej misji. Więc to jednak był film sensacyjny.