Prokrastynacja

Tutaj miał powstać wpis o prokrastynacji. Bardzo dawno. Ale odkładałem go na chwilkę później, przecież nie musi być już w tej chwili. Prawda? Zawsze jest coś ważniejszego, a i nad treścią wypadałoby pomyśleć, a w tej chwili się przeciez nie da…

… bo w sumie się nie da – odkąd postanowiłem usiąść na spokojnie do czegokolwiek, w domu nagle zrobiło się głośno jakby pracowała tu ekipa remontowa (której, niestety, jednak nie ma), a wszyscy się na siebie wzajemnie wydzierają tworząc atmosferę, którą znam pod pojęciem rodzinnej. Ale chrzanić to, że się nie da, trzeba, wyraz, powalczyć! No.

„Procrastination” to także była jedna z moich uczelnianych prezentacji minionego semestru, na język angielski oczywiście. Zacznijmy od pilotażowego wideo będącego zarówno inspiracją, jak i wprowadzeniem do tematu:

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

Odwyk, czyli Nałogi

Kilka (zwyczajowo powinno być 5) moich nałogów:

  • Kawaaa! Ostatnio potwierdziłem, drogą eksperymentów – nie jestem uzależniony od kofeiny, tylko od kawy, od jej smaku i aromatu, od tej krótkiej przyjemności jej pochłaniania (za szybko piję ;P). Każda kawa jest dobra i kochana (z wyjątkiem cappuccino by Tesco) i warta spróbowania. Niestety, kawa jest moczopędna (łatwo przyszło, łatwo poszło – ale zdrowiej dla nerek, przepłuczą się), wypłukuje magnez z organizmu (that`s easy – jedz czekoladę ;D) i… nie gasi pragnienia. Zły pomysł na podstawowy napój na dłuższą metę.
  • Globalna komunikacja. Od niej właśnie ostatnio miałem intensywny odwyk (praktycznie tydzień bez połączenia z Internetem, a na telefonie możliwość komunikacji wyłącznie z Heyah. Czyli praktycznie z jedną osobą ;>). „Globalna”, ponieważ do większości osób nie mogę po prostu iść i się z nimi widzieć – są za daleko, witamy w świecie Internetu, gdzie nawiązywanie znajomości z ludźmi spoza miasta nigdy nie było łatwiejsze. Jest to osobny punkt, gdyż inna sprawa to sam…
  • Komputer. No od dziecka ciągnie mnie w stronę informatyki, co też ułatwiło znacznie decyzję o wyboru profilu klasy w liceum oraz kierunku na studiach. Jak to w pewnym filmie (komedii!) ktoś ładnie ujął, tutaj jedyną granicą możliwości jest Twoja wyobraźnia, a komputer zawsze zrobi to, co mu każesz (pod warunkiem, oczywiście, że mu to bardzo skrupulatnie wytłumaczysz). Szukanie nieścisłości we własnym rozumowaniu i błędów w programach (ewentualnie genialnych rozwiązań) też potrafi być ekscytującym przeżyciem ;P
  • Rower – jedyny sport, który naprawdę lubię to jazda na rowerze. Zwiedzanie „nowych” zakątków miasta, docieranie coraz dalej lub… coraz szybciej, albo sama przyjemność jazdy jako takiej – warte odrobiny wysiłku i obolałego tyłka (mam zdecydowanie zbyt twarde siodełko).
  • Muzyka. Od zawsze była gdzieś blisko. Czasem do posłuchania w tle, jednym uchem (zbyt łatwo mi to przychodzi niestety, czasem też wtedy, kiedy nie chcę ;)), czasem do chłonięcia, czasem by kompletnie oderwać się od rzeczywistości. Prawie zawsze włączona, na przekór nieznośnej ciszy i mimo wyjącego wentylatora CPU. Można rzec, że jestem bezguściem – nie mam ulubionego zespołu, ani nawet gatunku – wszystko najczęściej zależy od konkretnego utworu, którego postrzeganie także mogę mieć trwale wypaczone okolicznościami, w jakich go poznałem i/lub słuchałem… Od popu, trance`u po gothic metal, rock. Ze wszystkim, czego nie umiem sklasyfikować (nie jestem ani zwolennikiem, ani zdolny do odpowiedniego szufladkowania) włącznie. Od radia (najczęściej RMF FM – fajna ekipa i… najmocniejszy sygnał (bez anteny, kablówki i skali na odbiorniku)) po iluśtam-gigabajtową kolekcję mp3 (powinienem się przyznawać? ;)).

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

Wehikuł czasu

Magia cofania się w przeszłość

Nigdy nie lubiłem historii. Zwłaszcza nienawidziłem jej jako przedmiotu szkolnego, na którym próbowano nam wbijać zupełnie do życia niepotrzebne (wiem, wiem, można się kłócić… chociaż ja tam żadnych specjalnych kontrargumentów nie widzę), pozbawione jakiegokolwiek sensu, logiki i związku przyczynowo-skutkowego – słowem, za dużo do zakucia na pamięć.

Ale jednak historiaprzeszłość to dla mnie zupełnie odrębne, a może wręcz odległe pojęcia. Historia to podręczniki i mapy. Przeszłość zaś to ta wydeptana ścieżka, która ciągnie się za nami. Trawa nosząca ślady pojedynczych stóp lub ubity piach mówiący, ile ludzi tędy przeszło (niekoniecznie, jak kto z nich później skręcił…). Przeszłość to te cegły i ten cement, z których budujemy swój mur oddzielający ‚mnie’ od ‚świata’ – swoją osobowość, prywatność, ale i wizerunek z zewnątrz.

Przede wszystkim czas z naszego punktu widzenia biegnie liniowo – i tak oto każdy z nas każdego dnia czyta kolejną stronę w księdze swojego życia. Przeszłość to ten śmieszny stosik po lewej, to, co zostało już przeczytane, co już przeżyliśmy, pamiętamy i czekając na dalszy rozwój wydarzeń, zostawiamy coraz dalej w tyle, czytając do końca. Czy jednak nie kusi czasem, by znów otworzyć wcześniejszą stronę? By przeżyć wybrany fragment raz jeszcze i… dać się zaskoczyć? Czytając te same strony po raz drugi i trzeci odkrywasz za każdym razem coś nowego, gotów przysiąc, że wcześniej tego nie było. Zabawne, ale znając to, co było później, lepiej rozumiesz słowa swojej książki, które pojawiły się wiele stron wcześniej…

Wracanie do tych dawnych słów, najlepiej własnych, zawsze było dla mnie źródłem nowych doświadczeń. Zaskoczenie, refleksja, pochylenie się nad mądrością bijącą tekstu („a dziś taki głupi jestem…”), przytakiwanie… jednak zawsze są to odmiany jakiegoś szoku i jakiejś fascynacji. Bywało, że znajdowałem trafne przewidywania nieprzewidywalnego. Wiecznie aktualne i ciekawe przemyślenia. Żal chwytający za serce, kiedy myślę „dziś już nie umiem tak pisać„, albo „dziś nie mam ani proporcjonalnie większych, ani nawet takich osiągnięć, jak wtedy” (jestem z siebie wiecznie niezadowolony, to chyba o tyle dobrze, że w końcu chcę być lepszy ;)). To zaskoczenie, kiedy widzisz, że minęło kilka lat, stwierdzasz, że w gruncie rzeczy niewiele się pod niektórymi względami zmieniło… Zawsze takie powracanie do tego co było czymś bardzo ciekawym.

Otwórz starą szufladę

Ten blog istnieje od kwietnia 2004r. Jednak czy musi to oznaczać, że nigdy wcześniej nie próbowałem spisywać swoich myśli? Właśnie nie! Zdarzało się pisanie mniej lub bardziej „do szuflady” (choć jednak częściej tej wirtualnej – także dlatego, że tak jest po prostu kilkukrotnie szybciej i łatwiej uchwycić nietrwałą myśl, zanim ta wzbije się do lotu i poszybuje w siną dal… przez okno… nie patrz przez okno, kiedy się obudzisz – powiadają że wtedy właśnie zapomina się sen ;)).

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

Koniec.

♪ I tried so hard, and gone so far, ♪
♪ but in the end, it doesn’t even matter ♪

Od dawna słyszymy, że koniec świata nadchodzi. W zasadzie to ludzkość słyszy to od początku, prawdopodobnie dlatego, że lubi sobie takie końce wyobrażać, albo dlatego, że zazdroszczą światu, że trwa trochę dłużej od pojedynczego ludzkiego życia.

Powody rzekomego końca możnaby mnożyć: reakcja łańcuchowa zapoczątkowana zabiciem pszczół przez telefony komórkowe, globalne ocieplenie klimatu mające spowodować zlodowacenie (ten pdf to wszystko co zostało ze strony DayAfterTomorrowFacts… swoją drogą, szukając jej nie chciałem zobaczyć właśnie tego okazjonalnego logo Google), zachwieje się nam pole magnetyczne planety, czy też starożytna cywilizacja nie widziała sensu prowadzić swojego kalendarza dalej niż sięgną losy obecnej rasy ludzkiej, by życie mogło rozpocząć piąty i ostatni cykl, a bogowie — stworzyć jeszcze doskonalsze istoty. A może po prostu pozabijamy się nawzajem?
Ale wcale nie o przyczynę chodzi. I nie o to, by mieć pewność. Chodzi o to, „co jeśli”.

Zatem załóżmy, że zostało nam wszystkim 5 lat życia.

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

wniosek

Oficjalnie stwierdzam, że doba jest dwukrotnie zbyt krótka, żeby do tego wszystkiego jeszcze prowadzić bloga (nawet mało regularnie), czy w ogóle pisac cokolwiek…

Myle sie? skomentuj!