O szyby deszcz dzwoni jesienny.

Jest takie miejsce nieopodal bloku obok, między przystankiem a domem, gdzie sygnał sieci komórkowej zanika. Niecałe dwa lata temu, bez netii w domu, trzeba było łapać zasięg niezabezpieczonych WiFi sąsiadów. Wraz z zapachem dymu unosił się w powietrzu internet z bloku naprzeciwko. W ten sposób, w ciemno, na próbę, na iPoda udało się pobrać „Nyan Cat: Lost in Space”. Ta melodyjka radosne, to skakanie, te godziny rozrywki.

Po powrocie do pracy, z której nie trzeba się już spieszyć, łatwo przegapić jak ukradkiem zachodzi, gdzieś za grubą warstwą deszczowych chmur, słońce. W domu czeka szum wentylatorów, kilka niezjedzonych owoców, pranie do wyprasowania, kopia danych do zrobienia i lampa do włączenia, ta, przed której włączaniem tak się należało wzbraniać, bo zdawało się, że nadto oświetla ekran. Można też siedzieć po ciemku i położyć się spać o godzinie 21, gdy nie sposób dłużej przeciągać patrzenia w sufit i natłoku zarzutów do samego siebie.

Kawa wydaje się tracić swój urok, skoro nie trzeba jej robić, a jedzenia organizm się nie domaga. Założenie jest przecież takie, że ciało samo wie, czego mu potrzeba. Lodówkę uzupełnia się symbolicznie, niepusta lodówka jest w dobrym tonie.

Tony płyną niechętnie z głośników w martwą przestrzęń.

Należy zakładać bluzę.

Nie ma sensu jechać rano rowerem.

Myśli losowe

Dobrze jest wiedzieć, czego się chce. I to wcale nie jest takie banalne, jak brzmi.

Krótkoterminowo myśli się łatwiej. Czego chcę teraz? Ciszy, spokoju. Niech nic nie rozprasza. Chciałbym, by mój pokój był dźwiękoszczelny, by było w nim cicho nawet, gdy tuż za jego drzwiami jest tradycyjny w tym domu niewyobrażalny hałas. Pomijam już niejednokrotnie hałasujące niemiłosiernie sprzęty kuchenno-przemysłowe (jak ktoś chce zamówić ciasto to proszę do mojej mamy). Mama i siostra zdają się wręcz uzależnione od hałasu – gdy tylko wchodzą do mieszkania, pierwsze co robią to włączają telewizor – mimo iż nie będą nic oglądać ani nawet go słuchać – a poziom głośności jest niezmiennie wysoki (lub bardzo wysoki – nigdy poniżej połowy skali). Ot, żeby coś hałasowało. Wtedy, oczywiście, jakiekolwiek próby komunikacji to co najmniej podniesiony głos, lecz zwykle krzyk. Ale oczywiście krzyk to jedyne rozwiązanie, jakie przychodzi do głowy – bo czemu ktoś miałby ściszyć, czy nie daj Boże wyłączyć te atakujące uszy reklamy?! Chcę też pieniędzy (czasem trzeba to przed sobą otwarcie przyznać). Szczęścia nie dają, ale dają łóżko, po którym nie bolą plecy, dałyby dużemu chłopcu nowe zabawki (HTC Touch Pro 2, sensowny amplituner 5.1, takie tam od dawna upatrzone sprzęty; oczywiście priorytety tych zakupów w mojej głowie są nieadekwatne do ich cen), wygłuszenie pokoju też byłoby z nimi łatwiejsze. O kapitalnym remoncie mieszkania (niezbędnym) nie wspominając. A najlepiej to do tego nowym mieszkaniu. To niech sobie rodzina remontuje, a ja stąd uciekam, jak najdalej. A skoro już mam mieć telefon z QWERTY to chcę, by Play oddało mi moje 3000 SMSów do wszystkich sieci miesięcznie – obniżyli tę liczbę do 1000.

Ale przecież nie o to chodzi. Cała sztuka polega na tym, by wiedzieć czego się chce tak naprawdę, co definiuje nasze szczęście, co da nam spełnienie, czego chcemy na dłuższą metę. I tu nigdy nie wiem, czego chcę. A jeśli wiem, to pewnie mi się tylko wydaje, że wiem. Albo w którymś momencie wyda mi się, że jednak może nie tak na pewno i wtedy coś zrobię nie tak i to stracę. Jak podejmować w życiu zawsze właściwe decyzje? Skąd wiedzieć, czego naprawdę w głębi serca potrzebujemy  i wobec tego pragniemy? Więcej »

Że GDZIE, do cholery, był Matt?!

Pamiętacie Matta? No mam nadzieję.

Nareszcie, po dłuższej przerwie, ukazało się jego nowe wideo! Jak się okazuje, Matt był w Polsce. Nie było mnie tam. Jako jego fan, czuję się potwornie rozgoryczony :( Jest z tego nawet kawał relacji.

Abuuu, ja chcę poznać Matta, ja chcę tańczyć obok niego na wideo ;_;

Oto nagranie Matta z 2008 (imponujące):


Where the Hell is Matt? (2008) from Matthew Harding on Vimeo.

Kampania wrześniowa

ikari fizykujący
Ostatni termin, taa…?

Fizyka 1. Kolokwium 2. Podejście 5, czyli drugie poprawkowe. Target: 10 puntków (50%). Termin: Jutro, godz. któraśtam. Dotychczasowe noty: 7, 6, 7, 7.
A ja mam już dość ♪
Nie mam już na to siły. A w ogóle to od drugiej klasy gimnazjum nie lubię fizyki. Pozdrawiam Paszczaka (nie, nie znam, czysty przypadek, że dziś tam trafiłem) i innych towarzyszy niedoli.

Reach out and touch faith, eh?

Wehikuł czasu

Magia cofania się w przeszłość

Nigdy nie lubiłem historii. Zwłaszcza nienawidziłem jej jako przedmiotu szkolnego, na którym próbowano nam wbijać zupełnie do życia niepotrzebne (wiem, wiem, można się kłócić… chociaż ja tam żadnych specjalnych kontrargumentów nie widzę), pozbawione jakiegokolwiek sensu, logiki i związku przyczynowo-skutkowego – słowem, za dużo do zakucia na pamięć.

Ale jednak historiaprzeszłość to dla mnie zupełnie odrębne, a może wręcz odległe pojęcia. Historia to podręczniki i mapy. Przeszłość zaś to ta wydeptana ścieżka, która ciągnie się za nami. Trawa nosząca ślady pojedynczych stóp lub ubity piach mówiący, ile ludzi tędy przeszło (niekoniecznie, jak kto z nich później skręcił…). Przeszłość to te cegły i ten cement, z których budujemy swój mur oddzielający ‚mnie’ od ‚świata’ – swoją osobowość, prywatność, ale i wizerunek z zewnątrz.

Przede wszystkim czas z naszego punktu widzenia biegnie liniowo – i tak oto każdy z nas każdego dnia czyta kolejną stronę w księdze swojego życia. Przeszłość to ten śmieszny stosik po lewej, to, co zostało już przeczytane, co już przeżyliśmy, pamiętamy i czekając na dalszy rozwój wydarzeń, zostawiamy coraz dalej w tyle, czytając do końca. Czy jednak nie kusi czasem, by znów otworzyć wcześniejszą stronę? By przeżyć wybrany fragment raz jeszcze i… dać się zaskoczyć? Czytając te same strony po raz drugi i trzeci odkrywasz za każdym razem coś nowego, gotów przysiąc, że wcześniej tego nie było. Zabawne, ale znając to, co było później, lepiej rozumiesz słowa swojej książki, które pojawiły się wiele stron wcześniej…

Wracanie do tych dawnych słów, najlepiej własnych, zawsze było dla mnie źródłem nowych doświadczeń. Zaskoczenie, refleksja, pochylenie się nad mądrością bijącą tekstu („a dziś taki głupi jestem…”), przytakiwanie… jednak zawsze są to odmiany jakiegoś szoku i jakiejś fascynacji. Bywało, że znajdowałem trafne przewidywania nieprzewidywalnego. Wiecznie aktualne i ciekawe przemyślenia. Żal chwytający za serce, kiedy myślę „dziś już nie umiem tak pisać„, albo „dziś nie mam ani proporcjonalnie większych, ani nawet takich osiągnięć, jak wtedy” (jestem z siebie wiecznie niezadowolony, to chyba o tyle dobrze, że w końcu chcę być lepszy ;)). To zaskoczenie, kiedy widzisz, że minęło kilka lat, stwierdzasz, że w gruncie rzeczy niewiele się pod niektórymi względami zmieniło… Zawsze takie powracanie do tego co było czymś bardzo ciekawym.

Otwórz starą szufladę

Ten blog istnieje od kwietnia 2004r. Jednak czy musi to oznaczać, że nigdy wcześniej nie próbowałem spisywać swoich myśli? Właśnie nie! Zdarzało się pisanie mniej lub bardziej „do szuflady” (choć jednak częściej tej wirtualnej – także dlatego, że tak jest po prostu kilkukrotnie szybciej i łatwiej uchwycić nietrwałą myśl, zanim ta wzbije się do lotu i poszybuje w siną dal… przez okno… nie patrz przez okno, kiedy się obudzisz – powiadają że wtedy właśnie zapomina się sen ;)).

Więcej »