Państwo prawa: reaktywacja

Ciąg dalszy smutnej historii biurokratycznej dezinformacji.

Już dzwoniłem po taksówkę, by szybko dostać się do Urzędu Miasta Krakowa, już witałem się z gąską, gdy tknęło mnie, by najpierw zadzwonić do rzeczonego UMK i spytać, czy mój numer Profilu Kandydata na Kierowcę aby na pewno po 20 dniach jest gotowy do odbioru („tydzień-półtora”, prawda?).

Choć zabrzmi to nieprawdopodobnie (dla tych, którzy znają moją fobięTelefoniczną), dzwonię.

Mija 5, 10, kilkadziesiąt sekund sygnału, nie poddaję się. Urząd, wiadomo, dodzwonią się tylko najtwardsi.

„Nie, nie mam decyzji na takie nazwisko”, odpowiedział Pan, „proszę przedzwonić do urzędu w Łodzi i spytać, dlaczego”.

Szukam w Google numeru, dzwonię.

„Dzie…” ­— urwałem, rozumiejąc, że wszedł mi w słowo automat. Odsłuchałem, że się dodzwoniłem się do urzędu, że jak chcę porozmawiać z człowiekiem to proszę poczekac i posłuchałem bardzo urywanej najwyraźniej wątpliwym zasięgiem GSM melodyjki. Po bliżej nieokreślonym czasie (dużo krótszym niż przy pierwszym telefonie), odezwała się pani. Opisałem problem. Pani powiedziała, że jest Panią Informacją z gatunku Ogólnych i mnie przełączy. Melodyjka, poczekałem (już naprawdę chwilkę), opisałem problem jeszcze raz.

„Tak, mamy tu pana wniosek, ale orzeczenie lekarskie było na druku ze starszego wzoru. Wysłaliśmy” — pocztą polską, a jakże, że narrator pozwoli sobie się wtrącić — „do lekarza, który robił panu badania informację i jak tylko odeśle prawidłowy druk, rozpatrzymy wniosek”. Polska biurokracja, prawda, informacje niby wszystkie te same, ale wersja druku nie ta.  Ja się o tym nie dowiedziałem, bo wysłano do mnie wprawdzie kopię DW, ale przecież na adres w Łodzi, bo taki kazali mi wpisać w krakowskim urzędzie. Upewniłem się, że pani, z którą rozmawiam przekaże pani, która prowadzi moją sprawę, żeby informowano mnie telefonicznie/smsowo/mailowo o postępie, żebym nie musiał dzwonić.

Spróbowałem zadzwonić jeszcze do samego w/w lekarza, by dowiedzieć się, czy pismo zarejestrował i czy zareagował. Googluję numer, dzwonię, „numer nie istnieje”. Oż. Dzwonię na drugi, nie odbiera. Napisałem jak jest ośrodkowi zaprzyjaźnionemu z panem lekarzem (bynajmniej nie doktorem) z pytaniem, czy mogliby go nieco pospieszyć, gdy go w czwartek zobaczą (u nich robiłem badania, było mi bardzo po drodze). Pewnie nie odpiszą.

Ręce mi opadły.

„Sprawa załatwiana od ręki”, dzień dwudziesty.

Państwo prawa.

Rzecz dzieje się w Polsce.

Po latach stawiania oporu lub przynajmniej braku wystarczająco potężnej motywacji by zapisywać się na kurs prawa jazdy, chęć i decyzja się pojawiły.

Pochodzę z Łodzi, jednak od dwóch lat mieszkam w Krakowie, od niemal dwóch lat w Krakowie pracuję.  Zameldowany jestem w Łodzi, w Krakowie jakoś nieswojo czułbym się meldując się w cudzym mieszkaniu.
Ciekawostka: Urząd Skarbowy nie widział najmniejszego problemu bym rozliczał się — zgodnie z przepisani — według adresu zamieszkania, nie zameldowania.

I teraz tak:

Dzięki PKK dotychczasowy, papierowy obieg dokumentów, został zastąpiony obiegiem elektronicznym.

Urząd miejski informuje:

Sprawę załatwia
Wydział Ewidencji Pojazdów i Kierowców, Referat Praw Jazdy:1) Al. Powstania Warszawskiego 10, Centrum Administracyjne, stanowiska 32-34, tel. 12 616 9106, 12 616 9107.
2) ul. Wielicka 28a, II p., stanowisko informacyjne, tel. 12 616 5756.
3) Os. Zgody 2, I p., stanowisko informacyjne, tel. 12 616 8745.

Urząd przy ul. Wielickiej (najbliżej mojego miejsca zamieszkania, a także po drodze) — a konkretne jego stanowisko informacyjne — poinformował (zgodnie z tym, co czytałem), że ponieważ jestem zameldowany w Łodzi, powinienem udokumentować to, że mieszkm w Krakowie, aby wyrobić profil tutaj. Powinienem w tym celu przedstawić np. umowę najmu lokalu oraz zaświadczenie o zatrudnieniu w Krakowie. Pan powiedział także, że gdy zgłoszę się z tymi dokumentami do urzędu na Al. Powstania Warszawskiego, gdzie decyzja faktycznie zapada, to od ręki dostanę numer PKK.

Mając oba dokumenty (na zaświadczenie o pracy musiałem właściwie tydzień poczekać, aż zajmująca się tym osoba w firmie wróci ze szpitala, ale to przecież nie problem) zgłosiłem się do wskazanego Centrum Administracyjnego.

Tam pan powiedział, że — cytuję — „urząd na Wielickiej nie jest od udzielania informacji, tylko od przyjmowania dokumentów”. Ach, więc stanowisko informacyjne nie jest od udzielania informacji! Racja. Powiedział także, że nie ma takiej możliwości, bym uzyskał profil w Krakowie, oni mogą jedynie te dokumenty wysłać listem poleconym do Łodzi, a stamtąd odeślą decyzję do urzędu w Krakowie. Elektroniczny obieg dokumentów, jasne, listami poleconymi. Numeru, który „dostanę od ręki”, potrzebuję do piątku, dostanę go „za tydzień­-półtora”, jak listy polecone pójdą i wrócą. Dokumentów, które musiałem załatwić dla potwierdzenia mieszkania w Krakowie, nie chciał nawet oglądać. Do tego kazał mi wpisać adres zameldowania jako adres zamieszkania, co jest już nakłanianiem do poświadczenia nieprawdy — w wykonaniu urzednika państwowego.

Poczułem się bezsilny wobec machiny urzędniczej i tego, że każdy urzędnik interpretuje te same przepisy po swojemu. Jeden potrzebował dwóch przesłanek o miejscu zamieszkania, drugi nie zna pojęcia „zamieszkanie” i uznaje tylko adres zameldowania (typowy problem).

Najbardziej ironiczne jest to, że gdyby w każdym urzedzie nie mówili czego innego (zwłaszcza w stanowiskach informacyjnych, „które nie są od udzielania informacji”), mógłbym złożyć dokumenty tydzień wcześniej i może otrzymałbym numer na czas. Dodatkowo bezsilny czuję się wobec faktu, że młody i życzliwy urzednik to ten, który miał jedynie przekazać te dokumenty do innego oddziału, a tam decyzję podejmuje urzędnik niemłody i z podejściem do petenta powszechnie znanym. Ach, no i obieg elektroniczny listami poleconymi.

Jestem zły. Jestem naprawdę zły. Mimo tego, że liczyłem się z takim obrotem sprawy w jakimś stopniu, że to w najgorszym wypadku miesięczne opóźnienie wszystkich planów, że w takim wypadku mogę sobie iść na kolidujące mi dotą z planowanym kursem darmowe konferencje programistyczne. Jestem zły, bo urzędnicy udzielają sprzecznych informacji, bo część z nich wcale nie chce pomagać obywatelom, bo przez odmienne interpretacje tych samych przepisów straciłem tydzień, miesiąc, musze zmieniać plany. Gdyby to była wyłącznie moja wina, gdybym czegoś nie załatwił, zapomniał, zaniedbał — nie bolałoby mnie to tak, jak w sytuacji, gdzie zrobiłem wszystko zgodnie z udzieloną mi w urzędzie informacją tylko po to, by zderzyć się z murem, bo inny urzędnik uważa inaczej, a „tamci nie są od udzielania informacji,” tylko od dokumentów.

Wpis powstał celem dania upustu frustracji.

Rowerzysta

Dziś jechałem do pracy i z powrotem rowerem (18km w jedną stronę, drugi koniec Łodzi, trudno, świetnie).
Tradycyjna bolączka rowerzysty to kierowca samochodu zajeżdżający mu ścieżkę rowerową z takiego czy innego powodu (najczęściej próbujący się po prostu jak najszybciej wp*lić na skrzyżowanie).
Tacy panowie wywołali dziś trzy moje donośne „kurrrwa mać!”, zatrzymując się zwykle zupełnie bez zapowiedzi całkowicie w poprzek ścieżki, a jeden to wręcz z rozpędem wjechał na ścieżkę z chodnika (no k…).
JEDEN Pan gdy próbował wjechać na Włókniarzy z uliczki, ROZEJRZAŁ SIĘ (żaden poprzedni tego nie zrobił – wszystkich miałem ochotę uświadomić walnięciem pięścią w karoserię), zobaczył mnie – jak nonszalancko jadę drogą dla rowerów prosto na jego bok, około 30 kilometrów na godzinę, z rękoma beztrosko zwisającymi mi wzdłuż boków… Pan cofnął. Przepuścił uprzejmie. Podziękowałem, skinąłem głową. On również. Od razu milej.
Dalej pani tuż przed wejściem mi na drogę dla rowerów zauważyła, że jadę, zatrzymała się, podziękowałem uśmiechem – odpowiedziała tym samym. Inni by patrzyli tylko na koniec własnego nosa, a wpadając na rower, który od dawna jechał na ścieżce, na którą wchodzą bezmyślnie, tylko by mieli pretensje do wszystkich dookoła.
Czy to naprawdę takie trudne, być miłym?
Ja, gdy jadę chodnikiem, też nie pcham się i nie uważam się pępkiem świata, uprzywilejowanym zawsze i wszędzie. Na wąskim odcinku mogę nawet zwolnić do tempa kobiety z wózkiem, czy starowinki przede mną. Przejdzie dalej, będzie miejsce, wyminę. Nie ma problemu. Ale jak jadę drogą dla rowerów, to proszę mi się nie WPIERDALAĆ, do tego jeszcze mając pretensje DO MNIE, że nią jadę.
Czy ja Wam, kurwa, drodzy kierowcy, zatrzymuję rower w poprzek jezdni, którą jedziecie?

Że GDZIE, do cholery, był Matt?!

Pamiętacie Matta? No mam nadzieję.

Nareszcie, po dłuższej przerwie, ukazało się jego nowe wideo! Jak się okazuje, Matt był w Polsce. Nie było mnie tam. Jako jego fan, czuję się potwornie rozgoryczony :( Jest z tego nawet kawał relacji.

Abuuu, ja chcę poznać Matta, ja chcę tańczyć obok niego na wideo ;_;

Oto nagranie Matta z 2008 (imponujące):


Where the Hell is Matt? (2008) from Matthew Harding on Vimeo.