Małe wydawnictwo

Oficjalnie roszczę sobie prawa do publikowania wszystkiego tego, co znajdę lub mi podeślecie, a ja uznam za warte publikacji… Dobrze…? Takie moja mała oficynka wydawnicza, jednoosobowa redakcja fantomowego aperiodyka…

Czy własną korespondencję można (mam prawo) wliczać w zbiór tekstów kandydujących…? Czy mogę zamieszczać także szczególne fragmenty archiwum gg, skrzynki mailowej, listów papierowych…? [polski postsecret też bym chętnie stworzył…]
Czy też zostanę znienawidzony za publikację prywatnej korespondencji nawet jeśli  nie ujawnię tożsamości rozmówcy…?

Tu pewnie zostanę zjechany za sam pomysł.

Creature of the night

- Kiepsko widzę po ciemku – powiedział Kierowca, jadąc nocą samochodem po ulicach metropolii, pół serio, a pół żartem, by nastraszyć Pasażera.

– Ja nie wiem, jak można źle widzieć w ciemności – odparł zupełnie szczerze Pasażer. „Ja nie wiem, jak w ogóle można żyć za dnia”, dodał w myślach. To jedynie społeczeństwo wymuszało na nim ten tryb, codzienny rytm życia. Szkoły, uczelnie, sklepy i urzędy – wszyscy pracują, gdy jest widno i wtedy tylko przyjmują interesantów. Więcej »

Lód – cytat

Chcę się z Wami podzielić tym wspaniałym fragmentem…

Jacek Dukaj, "Lód": okładka

Jacek Dukaj, "Lód": okładka

Moim życiem rządzi zasada wstydu.

Poznaje się świat, poznaje język opisu świata, ale nie poznaje się siebie. Większość ludzi – prawie wszyscy, jak sądzę – do śmierci nie nauczy się języka, w którym mogliby siebie opisać.

Kiedy mówię o kimś, że jest tchórzem, to znaczy, że uważam, iż zachowuje się tchórzliwie – nie znaczy to nic więcej, ponieważ oczywiście nie zajrzę mu w głąb duszy i nie dowiem się, czy jest tchórzem. Tego języka nie mogę jednak użyć do opisu samego siebie: w zakresie mojego doświadczenia pozostaję jedyną osobą, dla której słowa, czyny, zaniechania stanowią zaledwie blade i w gruncie rzeczy przypadkowe odbicie tego, co kryje się pod nimi, co stanowi ich przyczynę i źródło. Istnienia owego źródła doświadczam bezpośrednio, podczas gdy części mych zachowań nie jestem w ogóle świadom, a wszystkie odbieram w sposób niepełny, skrzywiony. Sami zawsze ostatni się dowiadujemy, jakiego idjotę zrobiliśmy z siebie w towarzystwie. Lepiej znamy intencje naszych czynów niż owe czyny.  Lepiej wiemy, co chcieliśmy powiedzieć, niż co naprawdę powiedzieliśmy. Wiemy, kim chcemy być – nie wiemy, kim jesteśmy.

Język do opisu naszych zachowań istnieje, ponieważ tej rzeczywistości doświadcza wielu ludzi i mogą między sobą omówić czyjąś ostentacyjną uprzejmość lub czyjeś faux pas. Język do opisu mnie samego nie istnieje, ponieważ tej rzeczywistości nie doświadcza nikt poza mną.

Byłby to język do jednoosobowego użytku, język niewypowiadalny, niezapisywalny. Każdy musi go sam stworzyć. Większość ludzi – prawie wszyscy, jestem przekonany – do śmierci się na to nie zdobywa. Co najwyżej powtarzają w duchu cudze opisy własnej osoby, wyrażone w owym języku pochodnym – w języku drugiego rodzaju – albo wyobrażają sobie, co by w nim o sobie powiedzieli, gdyby dane im było spojrzeć na siebie z zewnątrz.

Żeby cokolwiek o sobie rzec, muszą sami dla siebie uczynić się obcymi.
Więcej »

Ostatnie.fm / bezguście muzyczne

ikari\'s Open Mind Index
Szufladki, gatunki, klasyfikacje… Z jednej strony czasem może to być krzywda dla artysty/słuchacza, z drugiej – wszystko klasyfikujemy szukając Porządku…

Liczby, statystyki, wykresy… Z jednej strony wkładanie w szufladki i/lub lans, z drugiej – wszystko chcemy zmierzyć i zbadać, szukając Informacji…

Jedną z takich „informacji” serwuje nam projekt Last FM Open Mind Index, mierzący na podstawie danych z popularnego serwisu Last.fm naszą „otwartość umysłu” [na różnorodną muzykę]. Czy jednak na pewno?

Więcej »

To nie jest post kontrowersyjny

[disclaimer – post porusza temat-rzekę, nie wyczerpuje przekonań autora, dziwnie zbiega się z przekonaniami szczególnie ostatnio popularnego pana Dawkinsa, chociaż pozostaje poza ich wpływem, a już w szczególności nie zamierzam, jak w/w pan, oczekiwać, że po jego przeczytaniu wszyscy staną się ateistami (tak, stwierdził to wprost we wstępie swojej książki, „Bóg urojony”, mimo wszystko polecam) ]

Niedawno (jak dla mnie ;P) mieliśmy wolne z okazji świąt Wielkanocy. Plusem jest to, że… było wolne. Kilka dni wolnych od pracy, od nauki – czyli specjalność Polaków zwana „długim weekendem”. I chociaż nie widzę powodu, by zamykać sklepy i instytucje z tego powodu, że są ludzie, którzy wierzą, że dwa tysiące lat temu zabili Go a On wstał i uciekł (jak w czeskim filmie…) i należy tę niekonsekwencję uczcić, to jest to oczywiście bardzo wygodne, bo każdy dzień wolny jest na wagę złota. Dlatego obowiązku (!) świętowania świąt jednej wybranej religii, dla własnej wygody, kwestionować nie będę. Proponuję jednak równouprawnienie i ogłoszenie świąt narodowych w dniach, w których przypadają wszystkie możliwe święta wszystkich pozostałych religii. Faworyzowanie jednych wierzeń jest niezgodne z konstytucją.

Niemniej jednak obserwacja ludzi dookoła („dookoła” – pojęcie niejednoznaczne w erze Internetu) nie pozwalała opędzić się od małej refleksji i zadawania sobie różnych pytań… Wszyscy biegali ze święconkami do kościołów i z powrotem, po czym odbywało się tradycyjne wielkanocne Śniadanie Rodzinne. Bo raz do roku należy spotkać się ze swoją rodziną nad porannym posiłkiem i być dla siebie przy tym życzliwym (raz do roku siadamy też do takiej rodzinnej i miłej kolacji), pozostałe mogą być już „jak zawsze”.

Niech Was nie zwiedzie sarkastyczny ton ostatnich zdań – tradycja śniadania wielkanocnego mi się podoba. To miłe, że przynajmniej czasem staramy się zjeść wspólny posiłek w atmosferze wzajemnej życzliwości, bo na co dzień chyba o tym zapominamy. Z tego, co kojarzę, to ważne by chociaż posiłki spędzać ze swoją rodziną, w przeciwnym bowiem razie stajemy się dla siebie obcymi ludźmi zmuszonymi do mieszkania pod jednym dachem.

Ale te święconki nie dawały mi spokoju… Ile z tych ludzi niesie je dlatego, że chce uzyskać błogosławieństwo dla swojego posiłku, by świętować zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu, a ile tylko dlatego, że to jest taka tradycja, że „wszyscy tak robią” i „bo tak trzeba„, „się chodzi ze święconką” (to najbardziej irytujące „uzasadnienie”, jakie zdarzało mi się słyszeć – gorsze niż pisk kredy na tablicy). Czy idziesz do kościoła, bo naprawdę wierzysz i jesteś w głębi serca mocno, szczerze i prawdziwie przekonany, że syn dziewicy i Boga, człowiek o cudownych mocach, skatowany, ukrzyżowany i przebity włócznią, w trzy dni po pochówku, ożył i ozdrowiał…? Czy naprawdę idziesz świętować te wydarzenia, bo wiesz, że tak właśnie było?

I pytam poważnie: czy Ty w to wierzysz? Słowo „wiara” ogromnie się spłyciło. Kiedy słyszymy „wiara”, myślimy mniej-więcej „zespół jakichś prawd, dogmatów i rozkazów, według których trzeba żyć i o nic nie pytać„. Tak oto mamy wiarę katolicką, wiarę zwaną islamem i tak dalej, a sformułowanie „wierzę w Boga” = „chodzę do kościoła”. Coraz bardziej takie pojmowanie wiary zakorzenia się w kulturze.
A przecież to całkowite wypaczenie znaczenia tego słowa! Wierzyć nie musi oznaczać wierzyć w jedynego Boga (…), ale żywić jakieś przekonanie! Na pytanie „czy jesteś wierzący?” odpowiadajmy pytaniem”wierzący, że…? Nie rozumiem, o co pytasz„! To nie jest kwestia wykucia na pamięć formułek, sakramentów i masy innych rzeczy, tylko pytanie/stwierdzenie naszych przekonań! Zatem jeszcze raz zapytam, czy biorąc udział w obrzędach religijnych naprawdę wierzysz w to, czego dotyczą, czy po prostu rodzice narzucili Ci wiarę (zwróćcie uwagę na kolejne użycie błędnego rozumienia tego słowa, jak lekko przechodzimy zazwyczaj nad nim do porządku dziennego i jak paradoksalnie i niedorzecznie brzmi ono, kiedy zastanowimy się, co powinno oznaczać słowo wiara) poprzez chrzest, wpisanie w papierach w parafii i wychowywanie w duchu „musisz chodzić do kościoła, bo tak, przecież wszyscy chodzą”.

Skoro już o chrzcie mowa. Od stuleci rodzice prowadzą – a raczej niosą, bo o prowadzeniu nie ma jeszcze mowy – swoje małe dzieci do chrztu. Najczęściej niemowlęta, dzieci kilkumiesięczne lub kilkuletnie. Dzieci absolutnie pozbawione jakichkolwiek własnych głębszych przekonań i systemów wartości – dzieci bezgranicznie ufające swoim rodzicą i przyjmujące za pewnik wszystko, co rodzice [po]wiedzą i w co wierzą. Dzieci instynktownie ufnie polegające na doświadczeniu tych, którzy są na tym świecie od nich znacznie dłużej – teoretycznie słusznie. Jednak tu padają ofiarą przekazywanego z pokolenia na pokolenie przymusu, swojego rodzaju patologii, polegającej na tym, że niemal wszyscy, którzy dane przekonania wyznają, robią to tylko dlatego, że sami przyjęli je będąc dziećmi, jako aksjomaty przekazywane przez rodziców, którzy Zawsze Mają Rację.  Takie, których nikt nigdy nie zweryfikował. Bo się – w tym wypadku – nie da (Dawkins przytaczał jakieś dowody na nieistnienie Boga, żadnego z nich nie pamiętam, ale wydaje mi się, że myli się twierdząc, że można to udowodnić. Z drugiej jednak strony bardzo celnie wytyka błędy argumentacji „przeciwnika”).
To dzięki temu przetrwała religia. Dzięki temu, że zachowuje się jak wirus, atakujący umysły nie mające jeszcze swojego systemu immunologicznego, nie potrafiące się jeszcze samodzielnie bronić, zarażane przez inne umysły, które uległy mu będąc w tym samym stadium, „weryfikowany” później według niesłusznej zasady „tyle osób też tak myśli, więc to jest prawda” („jedzmy gówno, miliony much nie mogą się mylić”). Tak przekazywane przekonania mogłyby dotyczyć wszystkiego.

Biernie myślę o apostazji. Homikusowi się udało.

Na zakończenie – dla tych, którzy nie planują przebrnąć przez „Boga Urojonego” Dawkinsa (a szkoda, czajniczek! :)), „krótkie” „streszczenie” wideo – jego program „The Root of All Evil”, (który w ładnej wersji udostępnił mi Mr Jedi, za co pięknie dziękuję :)), z polskimi napisami, z Google Video:

The Root of All Evil? Pt1: The God Delusion (Polskie Napisy)
The Root of All Evil? Pt2: The Virus of Faith (Polskie Napisy)