print(Genesis);

Myślę, że wszelki dodatkowy komentarz jest zbędny :)
Thx 2 Webster (Wojtek), wierny “czytelnik” Kontrabandu.

To nie jest post kontrowersyjny

[disclaimer – post porusza temat-rzekę, nie wyczerpuje przekonań autora, dziwnie zbiega się z przekonaniami szczególnie ostatnio popularnego pana Dawkinsa, chociaż pozostaje poza ich wpływem, a już w szczególności nie zamierzam, jak w/w pan, oczekiwać, że po jego przeczytaniu wszyscy staną się ateistami (tak, stwierdził to wprost we wstępie swojej książki, „Bóg urojony”, mimo wszystko polecam) ]

Niedawno (jak dla mnie ;P) mieliśmy wolne z okazji świąt Wielkanocy. Plusem jest to, że… było wolne. Kilka dni wolnych od pracy, od nauki – czyli specjalność Polaków zwana „długim weekendem”. I chociaż nie widzę powodu, by zamykać sklepy i instytucje z tego powodu, że są ludzie, którzy wierzą, że dwa tysiące lat temu zabili Go a On wstał i uciekł (jak w czeskim filmie…) i należy tę niekonsekwencję uczcić, to jest to oczywiście bardzo wygodne, bo każdy dzień wolny jest na wagę złota. Dlatego obowiązku (!) świętowania świąt jednej wybranej religii, dla własnej wygody, kwestionować nie będę. Proponuję jednak równouprawnienie i ogłoszenie świąt narodowych w dniach, w których przypadają wszystkie możliwe święta wszystkich pozostałych religii. Faworyzowanie jednych wierzeń jest niezgodne z konstytucją.

Niemniej jednak obserwacja ludzi dookoła („dookoła” – pojęcie niejednoznaczne w erze Internetu) nie pozwalała opędzić się od małej refleksji i zadawania sobie różnych pytań… Wszyscy biegali ze święconkami do kościołów i z powrotem, po czym odbywało się tradycyjne wielkanocne Śniadanie Rodzinne. Bo raz do roku należy spotkać się ze swoją rodziną nad porannym posiłkiem i być dla siebie przy tym życzliwym (raz do roku siadamy też do takiej rodzinnej i miłej kolacji), pozostałe mogą być już „jak zawsze”.

Niech Was nie zwiedzie sarkastyczny ton ostatnich zdań – tradycja śniadania wielkanocnego mi się podoba. To miłe, że przynajmniej czasem staramy się zjeść wspólny posiłek w atmosferze wzajemnej życzliwości, bo na co dzień chyba o tym zapominamy. Z tego, co kojarzę, to ważne by chociaż posiłki spędzać ze swoją rodziną, w przeciwnym bowiem razie stajemy się dla siebie obcymi ludźmi zmuszonymi do mieszkania pod jednym dachem.

Ale te święconki nie dawały mi spokoju… Ile z tych ludzi niesie je dlatego, że chce uzyskać błogosławieństwo dla swojego posiłku, by świętować zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu, a ile tylko dlatego, że to jest taka tradycja, że „wszyscy tak robią” i „bo tak trzeba„, „się chodzi ze święconką” (to najbardziej irytujące „uzasadnienie”, jakie zdarzało mi się słyszeć – gorsze niż pisk kredy na tablicy). Czy idziesz do kościoła, bo naprawdę wierzysz i jesteś w głębi serca mocno, szczerze i prawdziwie przekonany, że syn dziewicy i Boga, człowiek o cudownych mocach, skatowany, ukrzyżowany i przebity włócznią, w trzy dni po pochówku, ożył i ozdrowiał…? Czy naprawdę idziesz świętować te wydarzenia, bo wiesz, że tak właśnie było?

I pytam poważnie: czy Ty w to wierzysz? Słowo „wiara” ogromnie się spłyciło. Kiedy słyszymy „wiara”, myślimy mniej-więcej „zespół jakichś prawd, dogmatów i rozkazów, według których trzeba żyć i o nic nie pytać„. Tak oto mamy wiarę katolicką, wiarę zwaną islamem i tak dalej, a sformułowanie „wierzę w Boga” = „chodzę do kościoła”. Coraz bardziej takie pojmowanie wiary zakorzenia się w kulturze.
A przecież to całkowite wypaczenie znaczenia tego słowa! Wierzyć nie musi oznaczać wierzyć w jedynego Boga (…), ale żywić jakieś przekonanie! Na pytanie „czy jesteś wierzący?” odpowiadajmy pytaniem”wierzący, że…? Nie rozumiem, o co pytasz„! To nie jest kwestia wykucia na pamięć formułek, sakramentów i masy innych rzeczy, tylko pytanie/stwierdzenie naszych przekonań! Zatem jeszcze raz zapytam, czy biorąc udział w obrzędach religijnych naprawdę wierzysz w to, czego dotyczą, czy po prostu rodzice narzucili Ci wiarę (zwróćcie uwagę na kolejne użycie błędnego rozumienia tego słowa, jak lekko przechodzimy zazwyczaj nad nim do porządku dziennego i jak paradoksalnie i niedorzecznie brzmi ono, kiedy zastanowimy się, co powinno oznaczać słowo wiara) poprzez chrzest, wpisanie w papierach w parafii i wychowywanie w duchu „musisz chodzić do kościoła, bo tak, przecież wszyscy chodzą”.

Skoro już o chrzcie mowa. Od stuleci rodzice prowadzą – a raczej niosą, bo o prowadzeniu nie ma jeszcze mowy – swoje małe dzieci do chrztu. Najczęściej niemowlęta, dzieci kilkumiesięczne lub kilkuletnie. Dzieci absolutnie pozbawione jakichkolwiek własnych głębszych przekonań i systemów wartości – dzieci bezgranicznie ufające swoim rodzicą i przyjmujące za pewnik wszystko, co rodzice [po]wiedzą i w co wierzą. Dzieci instynktownie ufnie polegające na doświadczeniu tych, którzy są na tym świecie od nich znacznie dłużej – teoretycznie słusznie. Jednak tu padają ofiarą przekazywanego z pokolenia na pokolenie przymusu, swojego rodzaju patologii, polegającej na tym, że niemal wszyscy, którzy dane przekonania wyznają, robią to tylko dlatego, że sami przyjęli je będąc dziećmi, jako aksjomaty przekazywane przez rodziców, którzy Zawsze Mają Rację.  Takie, których nikt nigdy nie zweryfikował. Bo się – w tym wypadku – nie da (Dawkins przytaczał jakieś dowody na nieistnienie Boga, żadnego z nich nie pamiętam, ale wydaje mi się, że myli się twierdząc, że można to udowodnić. Z drugiej jednak strony bardzo celnie wytyka błędy argumentacji „przeciwnika”).
To dzięki temu przetrwała religia. Dzięki temu, że zachowuje się jak wirus, atakujący umysły nie mające jeszcze swojego systemu immunologicznego, nie potrafiące się jeszcze samodzielnie bronić, zarażane przez inne umysły, które uległy mu będąc w tym samym stadium, „weryfikowany” później według niesłusznej zasady „tyle osób też tak myśli, więc to jest prawda” („jedzmy gówno, miliony much nie mogą się mylić”). Tak przekazywane przekonania mogłyby dotyczyć wszystkiego.

Biernie myślę o apostazji. Homikusowi się udało.

Na zakończenie – dla tych, którzy nie planują przebrnąć przez „Boga Urojonego” Dawkinsa (a szkoda, czajniczek! :)), „krótkie” „streszczenie” wideo – jego program „The Root of All Evil”, (który w ładnej wersji udostępnił mi Mr Jedi, za co pięknie dziękuję :)), z polskimi napisami, z Google Video:

The Root of All Evil? Pt1: The God Delusion (Polskie Napisy)
The Root of All Evil? Pt2: The Virus of Faith (Polskie Napisy)

Moja religia

You scored as Satanism. Your beliefs most closely resemble those of Satanism! Before you scream, do a bit of research on it. To be a Satanist, you don’t actually have to believe in Satan. Satanism generally focuses upon the spiritual advancement of the self, rather than upon submission to a deity or a set of moral codes. Do some research if you immediately think of the satanic cult stereotype. Your beliefs may also resemble those of earth-based religions such as paganism.

Satanism
 
75%
agnosticism
 
67%
Islam
 
58%
atheism
 
50%
Hinduism
 
42%
Buddhism
 
33%
Christianity
 
29%
Paganism
 
29%
Judaism
 
25%

Which religion is the right one for you? (new version)
created with QuizFarm.com

Więcej szumu niż zwykle – a o co?

Właśnie czytałem sobie resztki (bo ciężko inaczej to nazwać) Ewangelii Judasza, w angielskiej wersji (polski przekład nie jest jeszcze dostępny, ale podobno ma być jutro w Wyborczej).
I wiecie, co? Najmniej mnie w tym wszystkim obchodzi, czy zdradził, czy nie zdradził (a o to chyba rozchodzi się najgłośniej)… Zresztą, powodów, dla których miałby go zdradzić też nigdy jakoś szczególnie nie potrafiłem zrozumieć… No ale mniejsza z tym. Mnie zainteresowały zupełnie inne fragmenty tego dzieła. Judasz odbywa tam wiele rozmów z Jezusem, w których Jezus zdradza mu „tajemnice królestwa niebieskiego”. Są one wprawdzie dla mnie średnio jasne z powodu angielskiego przekładu i brakujących fragmentów, ale wybitnie warte uwagi, dla każdego, kto lubi czytać o genezie ‚istot najwyższych’ albo – jak ja – nie dzieli bogów na ‚dobrych’ i ‚złych’ (ja rozumiem, że wszyscy potrzebujemy systemu wartości (zauważ, że niemal każda wielka religia stara się nam wpoić podobny!)), chciałby poznać „ich wszystkich” i wszystko, co z nimi związane… ;) Choć z tego tekstu tak wiele się wyciągnąć nie da, to jednak muszę go przytoczyć:

Dla kontekstów paru ;) :
“And a luminous cloud appeared there. He said, ‘Let an angel come into being as my attendant.’
“A great angel, the enlightened divine Self-Generated, emerged from the cloud. Because of him, four other angels came into being from another cloud, and they became attendants for the angelic Self-Generated. The Self-Generated said, [48] ‘Let […] come into being […],’ and it came into being […]. And he [created] the first luminary to reign over him. He said, ‘Let angels come into being to serve [him],’ and myriads without number came into being.
(…)

THE COSMOS, CHAOS, AND THE UNDERWORLD
“The multitude of those immortals is called the cosmos — that is, perdition — by the Father and the seventy-two luminaries who are with the Self-Generated and his seventytwo aeons. In him the first human appeared with his incorruptible powers. And the aeon that appeared with his generation, the aeon in whom are the cloud of knowledge and the angel, is called [51] El. […] aeon […] after that […] said, ‘Let twelve angels come into being [to] rule over chaos and the [underworld].’ And look, from the cloud there appeared an [angel] whose face flashed with fire and whose appearance was defiled with blood. His name was Nebro, which means ‘rebel’; others call him Yaldabaoth. Another angel, Saklas, also came from the cloud. So Nebro created six angels — as well as Saklas — to be assistants, and these produced twelve angels in the heavens, with each one receiving a portion in the heavens.

THE RULERS AND ANGELS
“The twelve rulers spoke with the twelve angels: ‘Let each of you [52] […] and let them […] generation [—one line lost—] angels’:
The first is [S]eth, who is called Christ.
The [second] is Harmathoth, who is […].
The [third] is Galila.
The fourth is Yobel.
The fifth [is] Adonaios.
These are the five who ruled over the underworld, and first of all over chaos.

I teraz tak: Kimże jest Seth w większości religii, w których to imię się pojawia? Czy nie wydaje Ci się, że to zawsze był „ten zły bóg”? Zresztą, to, że zawsze mi się tak kojarzyło – o niczym nie świadczy. Nieraz kojarzyły mi sę bzdury (zaprawdę nieznane są drogi impulsów na neuronach…) – toteż postanowiłem sprawdzić.

Set
Set, Seth (greckie), Sutekh
(! XD), Setech (egipskie) to w mitologii egipskiej bóg zła, pan burz, pustyń i obcych ziem.
(…)
Niektórzy widzą nawet pozaziemską istotę. Wcześniej występował być może jako bóg wojny i mogło być to bóstwo starsze niż religia egipska. W religii egipskiej zdegradowany do roli złego demona.
(…)
Ostatecznie przedstawiany był jako główny zły i utożsamiany z wężem Apopem.
(…)
Współcześnie czczony w tzw. Świątyni Setha (Świątynia Seta) niewielkiej sekcie, odłam satanistów, powstałej na skutek rozłamu z tzw. Kościele szatana.

(src: Wikipedia)

Tu zaś Seth jest zwany Chrystusem. Cokolwiek autor oryginalnego tekstu miał naprawdę na myśli (dowiemy się kiedyś…?) – zbieżność jest bardzo ciekawa. Tylko proszę nie piszcie mi w komentarzach, że sugeruję, że Chrystus jest „złym” bogiem, czy czymkolwiek w tym rodzaju. Zresztą ja nie wierzę w bogów „doskonale złych”, jeśli jacyś byli to może mieli po prostu inne, mniejszościowe poglądy ;). Ale nie o to, nie o to ;) (Specjalnie dla Meg zaznaczam wyraźnie, iż zwrot „nie o to” pochodzi z KabaretuKtóregoNazwyNiePamiętam) Ja niczego nie sugeruję, a jeśli miałbym, to co najwyżej tyle, że nie wszystko jest czarne lub białe.
Moją uwagę zwrócił też anioł Nebro, „co znaczy buntownik”, którego twarz spowijały płomienie, a oblicze splamione było krwią. Jego inne imię to Yaldabaoth. Niektórzy gnostycy utożsamiają to imię z Jahwe (a niektórzy z Szatanem). Saklas zaś (drugi twórca kolejnych sześciu aniołów) pojawia się dalej jako ten, który stworzył człowieka:
Then Saklas said to his angels, ‘Let us create a human being after the likeness and after the image.’ They fashioned Adam and his wife Eve, who is called, in the cloud, Zoe.

Generalnie ciekawie mi się takie rzeczy czyta i mam wrażenie, że staję się coraz barzdiej zainteresowany wszelkimi tekstami gnostyckimi. Bo bo wyrabiania własnych opinii zawsze dobrze jest wysłuchać „obu stron”, prawda? ;)


Z innych beczek:
Dla tych wszystkich, którzy w kwietniu trafili na tego bloga szukając w Google haseł „długość pochwy” (ho ho, jestem na pierwszej stronie wyników xD) lub „długość penisa” polecam pouczający odnośnik :P
Ciekawe hasła na dziś to także „akt łaski” – sformułowanie wg mnie dość często używane, ciekawe, co miał na myśli autor zapytania ;) – a także „jestem za aborcją” … tak, ale tylko, gdy patrzę na niektórych :PSpóźnione „wesołych świąt” wszystkim.
Ja tam świąt nie znosze – wszelkich. Najgorsze jest to, że za każdym razem najpierw wyobrażam je sobie jako odrobinę odpoczynku i wolnego czasu, a później boleśnie sobie przypominam, że oznacza to, że będę musiał wytrzymywać pod jednym dachem z rodziną, a co najgorsze – z siostrą – większość przeklętego dnia. To znacznie utrudnia skupienie się na czymkolwiek. A chciałem sobie trochę w C# pokodować…

Więcej treści nie pamiętam, serdecznie za to żałuję.
A jutro – strzeż się Częstochowo!

Notkę chciałbym zakończyć przepięknym optymistycznym zdjęciem:


(Thanks to ImageShack for Free Image Hosting)

I smell blood…

Zdecydowanie na blogu brakuje możliwości pogrupowania notek w kategorie, bo wiem, że nikomu nie chce się wszystkiego tu czytać, a w szczególności moich przemyśleń informatycznych, których być może byłoby stosunkowo najwięcej. No ale cóż, szczerze mówiąc, wybitnie nie chce mi się teraz się za to zabierać. No i przede wszystkim chciałbym w tym miejscu głośno ponarzekać: ferie mi się skończyły ;_;

Temat pierwszy niech więc będzie wielce natchniony i jakże prawdopodobnie dla niektórych szokujący. Ja, ikari, dla niektórych nawet satanista ;P, jako jedna z trzech osób przeszedłem szkolny etap (pierwszy z trzech)… Ogólnopolskiej Olimpiady Teologii Katolickiej. Satan himself masquerades as the angel of light - jak twierdzi cytat z listu do Koryntian, którego ilustracją jest mój awatar, także ten z nieoficjalnej wersji identyfikatora szkolnego. Prawdę mówiąc na wynikach tej olimpiady zaczęło mi zależeć dopiero podczas jej pisania – zobaczyłem, że pytania faktycznie nie są nie do napisania i gdybym uważnie przeczytał te sto dwadzieścia dwie strony kompilacji materiałów źródłowych (i zapamiętał je) to znałbym odpowiedź na wszystkie, lub zdecydowaną większość. A w pozostałych improwizujesz, tradycyjnie. Z takich teologicznych ciekawostek:
Zwieńczeniem stwórczego dzieła Boga jest:
a) człowiek, b) niebo i ziemia, c) odpoczynek, d) słońce
.
Znający sprawdzoną odpowiedź proszeni są o nie spolerowanie. Ojciec Rafał powiedział, że był zaskoczony tak wysokim poziomem naszej wiedzy ;) A po samym konkursie mówił nam, że nie znałby odpowiedzi na wszystkie pytania.

Moje miasto – temat nr 2. Jest to najodpowiedniejsze miejsce na podzielenie się z Wami utworem Marii Peszek o tym tytule. Kliknij tutaj, by pobrać wersję .asf (przystosowaną do odtwarzania strumieniowego, tj. bez ściągania od razu całego utworu i całkiem nieźle skompresowaną (bo waży tylko 2.19 MB)).
Jakie jest moje miasto? Niech powie samo za siebie, oto porcja prasowych nagłówków:

W sobotę wieczorem 14-letni chłopak odkrył w łazience ciało swojej matki i dwuletniego brata
Tragedia wydarzyła się w sobotę wieczorem. 35-letnia kobieta kąpała synka. W tym czasie w domu był jej mąż i starszy syn. To on, zaniepokojony przedłużającą się kąpielą matki, wszedł do łazienki. – Kobieta i dziecko leżeli na podłodze. Na ratunek ruszył mąż. Natychmiast przyjechało pogotowie ratunkowe – mówi Dariusz Gałka z retkińskiego komisariatu. – Kobieta już nie żyła. Lekarze niemal godzinę reanimowali dwuletniego chłopca. Niestety i jego nie udało się uratować.
Wszystko wskazuje na to, że kobieta i jej synek zatruli się tlenkiem węgla, który ulatniał się z nieszczelnego piecyka ogrzewającego wodę.

W poniedziałek wieczorem tuż przed godz. 21 strażacy podjęli decyzję o ewakuacji klientów z hipermarketu Tesco przy ul. Pojezierskiej. Dach pod wpływem śniegu groził zawaleniem i kolejną katastrofą
(…)
W poniedziałek późnym popołudniem jeden z najemców sklepów w pasażu handlowym zauważył, że nad pralnią dach zaczyna się niebezpiecznie wyginać. Natychmiast powiadomił o tym nadzór budowlany. Jego szefowa, Urszula Krzysztoforska przyjechała do Tesco. Gdy zobaczyła wygięte podpory, wezwała straż. rozpoczęła się ewakuacja.
(źródło).
Najwyraźniej ani tragedia w Niemczech i zawalenie się lodowiska, ani zawalenie się sali gimnastycznej w podłódzkiej szkole, ani nawet tragedia na Śląsku niczego ludzi nie nauczą. Jakby to powiedział Kochanowski, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Radni nie zgodzą się na jutrzejszej sesji, by fragment ulicy Stalowej prowadzący do pomnika Stacja Radegast nosił nazwę – Aleja Pamięci Ofiar Litzmannstadt Getto. Powód? O pięć liter za dużo. (Ulica na 30 liter).
Pozostawię to już bez komentarza. No, prawie – IMHO proponowana nazwa niezależnie od swojej długości, jest jak najbardziej słuszna i powinna znaleźć się na mapie miasta. Chociaż kto wie, czy to spowoduje spadek, czy może wzrost liczby użyć sformułowań „polskie obozy koncentracyjne” w zagranicznych publikacjach…

*tu następuje tradycyjne przerwanie mi pisania na n sposobów*
A nie mam zbyt wiele czasu dziś, jutro sprawdzian z niemieckiego, a ja naprawdę totalnie nic jeszcze nie umiem. Nie tylko niewiele umiałem przed feriami, ale cofam się ostatnio w swoim germanistycznym rozwoju, mniej się uczę niż zapominam, a przez ferie język ten stał mi się szczególnie obcy.

Hm… Wśród rzeczy, które były w pamiętnym MMSie i zostały bezpowrotnie utracone pisałem między innmi o tym, że ten blog generalnie nie relacjonuje za bardzo mojego życia. Z całą pewnością nie jest to blog opowiadający, co dzisiaj zjadłem, gdzie i z kim byłem, ani inne tego typu pierdółki składające się na treść bloga dżezi nastolatki. Ten blog jest tu po to, by oddawać raczej moje podejście do życia, stosunek(XD) do świata i spraw wszelakich. Właśnie po to, by różne przemyślenia nie zostały bezpowrotnie stracone. Być może by później można było do nich wrócić. No i po to, by wszyscy, którzy chcą coś o moim sposobie myślenia czy czymś tam wiedzieć (sam nie wiem, co mogą z tego mieć), mogli zawsze tu zajrzeć i poczytać.

Underworld: Evolution – najtrafniejsza ‘recenzja’, jaką słyszałem padła z ust MKLa: Gdyby nie to trochę lateksu, może nie byłoby na co iść ;P
Ogólnie wyprawa do kina była bardzo charakterystyczna i zapadająca w pamięć. Dzień był śliczny, niebo pochmurne, słońce dawno schowało się było za horyzontem. Powietrze rześkie, tego dnia wręcz siarczyste, minus 27 (tak, Celsjusza) mianowicie. Nie ukrywam, że spowodowało to pewne utrudnienia komunikacyjne i nie chodzi mi tu wcale o konieczność zakrycia ust celem zachowania ich jako w pełni sprawnej części ciała (zakrycie nosa również było wskazane, jeśli ktoś nie lubi jak mu jego wnętrze zamarza), lecz o komunikację miejską. Oryginalny plan A zakładał, że wsiądę sobie pod blokiem w tramwaj linii 3, przejadę pół godziny po mieście i wysiądę przy odpowiednim skrzyżowaniu, z którego w największej zamieci śnieżnej do kina powinienem iść góra 10 minut. Aczkolwiek plan ten zaczynał mieć słabe punkty. To jest brak tramwaju. Przez pierwsze 5 minut wierzyłem, że brak ten jest chwilowy i normalny. Przez kolejne 5 minut myślałem, że mój tramwaj nie przyjechał, ale pojadę następnym i wprawdzie stracę moje zapasowe 10 minut, ale dojadę na czas. Po kolejnych pięciu minutach zwątpienie odbiło się echem tak głośnym, że inni ludzie też powoli zaczęli opuszczać przystanek. Udałem się na przystanek autobusowy – plan B. Wprawdzie nie dojadę tak blisko kina, ale będę miał przesiadki czy coś. Jak się okazało plan B także spóźniał się 10 minut. Gdy zobaczyłem tramwaj jadący w przeciwną stronę, czyli na krańcówkę, postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę – i to była słuszna decyzja. Przy krańcówce z 3 przesiadłem się w 9 i szczęśliwie (radośnie) dojechałem prawie pod kino z zaledwie 10‑minutowym spóźnieniem (9. jedzie krócej). Była godzina 17:45, MKL czekał na mnie pod kinem dzierżąc ukryte w kieszeni zakupione bilety. Tak, bilety kupował 20 minut przed filmem… Co w przypadku sequeli takich hitów jak „Underworld” może być szaleństwem. Dlatego też podchodząc do kasy tylko nieśmiało spytał „Czy są jeszcze jakieś miejsca na U:E?”. W odpowiedzi zobaczył mapę sali kinowej – wszystkie miejsca oznaczone kolorem zielonym, wolne.
Ale to nie koniec. Usadowiliśmy się pod salą kinową, cierpliwie oczekując nadejścia odźwiernego, który wpuści nas i resztę publiczności na film. Minęło 5-10 minut, a my wciąż siedzieliśmy na kanapie rozglądając się zarówno za odźwiernym, jak i jakąkolwiek publicznością. Chwilę po tym jak padło pytanie mona „Myślisz, że tam jeszcze poprzedni film leci?” od strony sali naszych uszu dobiegł dźwięk. Dziwne – jeśli faktycznie leciałby film, to słyszelibyśmy już wcześniej, prawda? Spojrzeliśmy na zegarki. 18:00, godzina seansu. Hmm… kolejne niedyskretne rozejrzenie się i stwierdzenie, że nikogo z obsługi jak nie było tak nie ma. A skoro to nasze reklamy, to film zaraz zacznie lecieć… Podeszliśmy do drzwi i po raz kolejny rozejrzeliśmy się za kimś, kto je otworzy. Ale skoro nikogo nie było… postanowiliśmy zajrzeć do środka. My postanowiliśmy, jego do tego celu wypchnąłem XD. Uchylił drzwi, zajrzał do środka. „I co, i co?” – nie potrafiłem powstrzymać niecierpliwej ciekawości. „I kurtynka” – odpowiedź mnie znokautowała XD. Po raz kolejny z antycypacją (lubie to słowo XD) rozejrzeliśmy się po kinie. Nadal nikogo zmierzającego w naszą stronę. Ok., zobaczmy więc, co jest za kurtynką – tym razem to ja pchałem się do środka. Otworzyłem drzwi, wsunąłem się lekko (nadal rozglądając się, czy nikt nas na tym nie przyłapie XD) i minimalnie rozchyliłem kotarkę by moim oczom ukazała się… pusta sala kinowa. Puściuteńka, bez żywej duszy, za to z reklamami w połowie emisji. Ostatni rozgląd i szybka decyzja – „wchodzimy!” ;). Wpakowaliśmy się na miejsca na środku sali, nie widząc nikogo nawet za szybką pomieszczenia z projektorem. „Ty, a może tu jest tak cały czas? Filmy sobie lecą, obsługi ni chu chu…” XD. Po jakimś czasie, gdy reklamy się kończyły, słyszeliśmy otwierające się drzwi. Ogarnęło nas ewentualne przerażenie (XD) na myśl, że za zasłonką pojawiła się obsługa by wreszcie otworzyć nam drzwi. Jednak te po chwili zamknęły się z powrotem. Po kolejnych kilku minutach, już podczas trwania filmu, drzwi otworzyły się po raz kolejny i…? To drugie pół widowni (2 osoby) wchodziło na salę, jak my XD. Najbliższy przedstawiciel personelu kina (poza głową która w końcu pojawiła się w projektorni i uspokoiłem się, że nie wyłączą filmu „bo nikt nie ogląda” XD) pojawił się owszem, by otworzyć drzwi – ale PO filmie :). Niech żyje kino Polonia (centrum filmowe Helios).

Rzecz kolejna to moje chore sny (choć mam spore wątpliwości, czy i ile o tym pisać ;P), może odrobinę Underworldowe, ale o dziwo zaczęły się przed obejrzeniem tego filmu ;). I miały więcej fabuły i motywacji działań bohaterów niż druga część filmu, ale tych właśnie elementów za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. W snach tych pojawiają się właśnie różne dziwne motywy wampiryczne, a w szczególności nowa rasa tychże. Generalnie wampiry mają za sobą setki czy tysiące lat ewolucji i niektóre pozbyły się niektórych swoich słabości – niektóre, ponieważ pojawiły się różne ich odmiany. Są wciąż takie, które są śmiertelnie wrażliwe na światło słoneczne i dwuminutowe wystawienie na słońce powoduje nieuleczalne oparzenia szybko prowadzące do śmierci (swoją drogą potrafią one wpaść w niejaki trans, gdzie stają się niepoczytalne i potrafią atakować ludzi kierowane głodem krwi). Jednak zdecydowana większość wampirów nie cierpi już z powodu światła słonecznego. Po prostu nie lubią go, zdaje się lekko drażniące i powstrzymuje ciało przed regeneracją (która w przypadku wampirów następuje niemalże natychmiastowo).

*kolejna przerwa techniczna ==”*

W tym świecie wampiry żyją wśród ludzi, a ludzie nic o tym nie wiedza. Nie są też przez nie atakowani, nie istnieje psychoza jak w średniowieczu. Ba, nikt w wampiry nie wierzy. Nie mam pojęcia, jak nasi krwiopijcy radzą sobie z odwiecznymi nawykami żywieniowymi, ale generalnie żyją z ludźmi w zgodzie. Są bystrzy i inteligentni. Przypadki opanowania przez instynkt (jak u tych mniej przystosowanych do dziennego trybu życia) odnotowywane były sporadycznie. Potrafią też poruszać się w przestrzeni we wszystkich kierunkach bez użycia skrzydeł. Prawdopodobnie jest to rozwijająca się, lecz jeszcze ograniczona, telekineza. No i wreszcie, last but not least, powstała jeszcze jedna rasa. Szczególnie rozwinięta, lecz ma wybitnie mało przedstawicieli. Są dziwni, ale zarazem przerażający. Różnią się także wyglądem (choć chyba mogą się „transformować”, jak podobno potrafi każdy wampir i likantrop) – dziwna, mocniejsza, ciemnoniebieska skóra (w dotyku przypomina trochę bardziej sztywną gumę, a trochę mniej delikatną ludzką skórę) i charakterystyczne przedłużenia kości w łokciach i kolanach na kształt szponów czy kolców, prawdopodobnie wystarczająco ostre by zadać człowiekowi śmiertelną ranę. W dodatku przedstawiciele tej rasy mają także dziwne dodatkowe zdolności – jakby było mało tego, że potrafią latać, to potrafią także poruszać się po każdej powierzchni, jakby grawitacja działała na nich zupełnie inaczej. Mogą przeczołgać się po ścianie czy suficie, a w skrajnych przypadkach chodzić po takiej powierzchni dwunożnie (jak Dracula w Van Helsingu). Obecność innych żywych stworzeń, a także ich rasę po prostu wyczuwają. Mimo, iż są śmiertelnie niebezpieczne dla ludzi, likantropów, a nawet wampirów – są na tyle inteligentne, by nie wykorzystywać tego w zły sposób, lecz także zachować neutralność. Nie mam tylko pewności co do tego „skąd się biorą”, bo wszelkie ich potomstwo to te „zwykłe” wampiry, pozornie niczym nie różniące się od ludzi. Prawdopodobnie jest to kwestia predyspozycji genetycznych u wampira, a cechy tej rasy ujawniają się dopiero po… ujmując to możliwie delikatnie, wymianie kodu genetycznego z kilkoma innymi przedstawicielami (tej samej rasy? A może właśnie różnych?), czyli muszą się parę razy z kimś/czymś pogryźć ;P Badania trwają :P.

I w tym wszystkim moja chora osoba. Z tej ‘wyższej’ rasy znalazła się jednak także czarna owca. Nie wiem, nie pamiętam niestety, jakie konkretnie plany miał wobec świata (XD) on i wampiry z nim trzymające, ale na pewno stali po innej drugiej barykady. Byłem niestety z tych „po paru walkach z różnymi stworzeniami”, ale raczej nie dlatego, żebym był agresywny, a raczej walczę o to, w co wierzę ;).
O dziwo sny „z tej serii” miałem tylko dwa. Jednak długie i treściwe… ;P
Szczerze mówiąc nie chciałbym nigdy w życiu zetknąć się z tym, czym w tych snach się stałem :P Nie wiem nawet, czy i jakie to ma słabości. Poza tym, że jak się w ostatnim śnie okazało, gryząc wampira i nie zabijając go nigdy nie masz pewności, czy to go zabije, czy też ujawni predyspozycje do dołączenia do przedstawicieli tej ‘ZŁEJ’ (przerażającej :P) rasy. W tym drugim śnie tak miałem… zaatakowany przed dwoje wampirów z tej ‘najniższej klasy’ – pierwszego udało mi się wyciągnąć na silne światło słoneczne i miałem go z głowy (raczej nie przeżył, choć nikt nie widział, żeby umierał – mógł zbiec ;P), druga zaś (tja, wampirzyca) skutecznie pogryziona nie traciła zapału do walki więc też trafiła na sporą otwartą silnie oświetloną letnim słońcem przestrzeń. Widać jednak było na jej twarzy jednakowe zaskoczenie (po chwili miotania się), jak i na mojej – czyżbym przekazał jej w jakiś sposób odporność na słońce? I tu nastąpił drugi charakterystyczny moment [Ostrzeżenie: Zawiera krwawe sceny ;P] – ugryzienie w ten jakże ślicznie odsłonięty i pozbawiony nadmiaru kości fragment ciała, jakim jest szyja. Uczucie, że wyszarpujesz komuś kawałek skóry/mięsa z ciała. I to, co i wtedy uderzyło mnie nowością. Tętnica, trafiłem kłami na tętnicę. Smak krwi, i to nie taki metaliczny gardłowy posmak, jak kiedy krew z nosa zacznie spływać po przełyku, ale pełny, prawdziwy (niesamowicie realistyczny) smak krwi, taki, jak kiedy przyłożysz silniej krwawiącą ranę do ust… Jak na wampira przystało, kuszący i być może uzależniający.
Przerażać może mnie tylko to, że pamięć tego smaku pozostała mi po przebudzeniu i wcale nie wywoływała mniej entuzjastycznych skojarzeń. Sssiiiick <głosem Ojca Dextera z boskiego (dosł.) odcinka z kawą (to wiele wyjaśnia), „Topped off”>

Po kolejne – Gadu-Gadu™. Niesamowite jak tak mała rzecz (wobec wieczności) może wyprowadzić człowieka z równowagi. I to nie swoją awaryjnością, nie kolejnym padem, czy niemożnością zaimportowania kontaktów. Nie. Tym razem genialnym pomysłem właścicieli tego komunikatora. Ich najnowszy pomysł wprowadzenia limitu na 100 wiadomości w ciągu minuty, ściśle pozostającego w związku z rozmiarem przesyłanych obrazków stał się przyczyną niesłusznego banowania wielu użytkowników tej sieci. Generalnie polecam link: http://maciekw.jogger.pl/comment.php?eid=182903&startid=0
Moją reakcją na te cudowne wiadomości było napisanie krótkiego maila na adres tech@gadu-gadu.pl o następującej treści:

Chciałem napisać tu grzecznego i kulturalnego maila z opisem problemu
(Mianowicie od paru dni mam spore problemy z rozmową z kimkolwiek na gadu-gadu, ponieważ pół dnia nie mogę się do nikogo odezwać, mimo iż sam odbieram normalnie wiadomości. Łączyłem na nowo, restartowałem klienta i system – nic nie pomagało, zaczynałem podejrzewać operatorów mojej sieci (z którą nigdy nie miałem problemów), deinstalowałem też Norton Personal Firewalla winiąc go za taki stan rzeczy…
Rozważałem przejście na inne sieci komunikatorów, gdyż tam nie mam takich problemów).
Cóż się jednak okazało – w Sieci znalazłem informację, że to jest nowa FUNKCJA serwera gadu-gadu i że on blokuje mnie celowo (za korzystanie z jednej z najlepszych opcji komunikatora – możliwości przesłania rozmówcy obrazka, bo chociaż piszę na klawiaturze bardzo szybko w porównaniu z przeciętnymi ludźmi to wątpię bym przekraczał 100 wypowiedzi na minutę (chociaż przy tych krótkich… cholera wie)). Wierzcie mi Państwo, fakt, że nie użyłem jeszcze żadnego słowa uważanego powszechnie za wulgarne lub obraźliwe można spokojnie zaliczyć do cudów, albowiem moja ..frustracja.. w ciągu kilku ostatnich minut osiągnęła dawno nie spotykany poziom.
Jak do tej pory mimo pewnych atrakcyjnych walorów innych sieci (np. brak limitu rozmiaru wiadomości, co ułatwiało wymianę troszkę dłuższych niż 1kB kodów źródłowych z zaprzyjaźnionymi amatorami sztuki programowania, czy też ich niewątpliwa bezawaryjność (na tle tzw. „padu-padu”)) nie były wystarczającym argumentem bym porzucił kilkaset kontaktów z mniej-lub-bardziej znajomymi ludźmi używającymi na co dzień sieci Gadu-Gadu. Jednakże teraz dostarczyliście mi Państwo ostatecznego argumentu ku zmianie. Na nic zdadzą mi się kontakty i znajomi na liście i poza nią, z którymi nie mogę się porozumieć.
Najserdeczniejsze życzenia częstych stosunków analnych oraz ekshumacji,
były – kwiat na tafli jeziora – user.

Gdyby ktoś nie rozumiał symboliki kwiatu na tafli jeziora:
JESTEM OAZĄ SPOKOJU, pierdolonym, kurwa, jebanym kwiatem na tafli jeziora!

A teraz pora kończyć i iść zakuć kochany język niemiecki.