Second Start

Cześć!

Ikari Lykin (128px)Nazywam się Ikari Lykin, urodziłem się 19 czerwca 2007 roku (choć mimo to jestem pełnoletni) i jestem bezdomny, chociaż z przyjaciółmi mamy kilka ulubionych miejsc, w których czujemy się jak w domu.
Brzmi niedorzecznie? O, wypraszam sobie! Tak pokrótce i absolutnie szczerze mógłby przedstawić się mój awatar w świecie gry Second Life. Jeśli śledzisz od czasu do czasu wiadomości z jakiejkolwiek prasy i/lub strony związanej z komputerami lub… ekonomią – z pewnością wiesz już, czym jest Second Life. Więcej »

I smell blood…

Zdecydowanie na blogu brakuje możliwości pogrupowania notek w kategorie, bo wiem, że nikomu nie chce się wszystkiego tu czytać, a w szczególności moich przemyśleń informatycznych, których być może byłoby stosunkowo najwięcej. No ale cóż, szczerze mówiąc, wybitnie nie chce mi się teraz się za to zabierać. No i przede wszystkim chciałbym w tym miejscu głośno ponarzekać: ferie mi się skończyły ;_;

Temat pierwszy niech więc będzie wielce natchniony i jakże prawdopodobnie dla niektórych szokujący. Ja, ikari, dla niektórych nawet satanista ;P, jako jedna z trzech osób przeszedłem szkolny etap (pierwszy z trzech)… Ogólnopolskiej Olimpiady Teologii Katolickiej. Satan himself masquerades as the angel of light - jak twierdzi cytat z listu do Koryntian, którego ilustracją jest mój awatar, także ten z nieoficjalnej wersji identyfikatora szkolnego. Prawdę mówiąc na wynikach tej olimpiady zaczęło mi zależeć dopiero podczas jej pisania – zobaczyłem, że pytania faktycznie nie są nie do napisania i gdybym uważnie przeczytał te sto dwadzieścia dwie strony kompilacji materiałów źródłowych (i zapamiętał je) to znałbym odpowiedź na wszystkie, lub zdecydowaną większość. A w pozostałych improwizujesz, tradycyjnie. Z takich teologicznych ciekawostek:
Zwieńczeniem stwórczego dzieła Boga jest:
a) człowiek, b) niebo i ziemia, c) odpoczynek, d) słońce
.
Znający sprawdzoną odpowiedź proszeni są o nie spolerowanie. Ojciec Rafał powiedział, że był zaskoczony tak wysokim poziomem naszej wiedzy ;) A po samym konkursie mówił nam, że nie znałby odpowiedzi na wszystkie pytania.

Moje miasto – temat nr 2. Jest to najodpowiedniejsze miejsce na podzielenie się z Wami utworem Marii Peszek o tym tytule. Kliknij tutaj, by pobrać wersję .asf (przystosowaną do odtwarzania strumieniowego, tj. bez ściągania od razu całego utworu i całkiem nieźle skompresowaną (bo waży tylko 2.19 MB)).
Jakie jest moje miasto? Niech powie samo za siebie, oto porcja prasowych nagłówków:

W sobotę wieczorem 14-letni chłopak odkrył w łazience ciało swojej matki i dwuletniego brata
Tragedia wydarzyła się w sobotę wieczorem. 35-letnia kobieta kąpała synka. W tym czasie w domu był jej mąż i starszy syn. To on, zaniepokojony przedłużającą się kąpielą matki, wszedł do łazienki. – Kobieta i dziecko leżeli na podłodze. Na ratunek ruszył mąż. Natychmiast przyjechało pogotowie ratunkowe – mówi Dariusz Gałka z retkińskiego komisariatu. – Kobieta już nie żyła. Lekarze niemal godzinę reanimowali dwuletniego chłopca. Niestety i jego nie udało się uratować.
Wszystko wskazuje na to, że kobieta i jej synek zatruli się tlenkiem węgla, który ulatniał się z nieszczelnego piecyka ogrzewającego wodę.

W poniedziałek wieczorem tuż przed godz. 21 strażacy podjęli decyzję o ewakuacji klientów z hipermarketu Tesco przy ul. Pojezierskiej. Dach pod wpływem śniegu groził zawaleniem i kolejną katastrofą
(…)
W poniedziałek późnym popołudniem jeden z najemców sklepów w pasażu handlowym zauważył, że nad pralnią dach zaczyna się niebezpiecznie wyginać. Natychmiast powiadomił o tym nadzór budowlany. Jego szefowa, Urszula Krzysztoforska przyjechała do Tesco. Gdy zobaczyła wygięte podpory, wezwała straż. rozpoczęła się ewakuacja.
(źródło).
Najwyraźniej ani tragedia w Niemczech i zawalenie się lodowiska, ani zawalenie się sali gimnastycznej w podłódzkiej szkole, ani nawet tragedia na Śląsku niczego ludzi nie nauczą. Jakby to powiedział Kochanowski, nową przypowieść Polak sobie kupi, że i przed szkodą, i po szkodzie głupi.

Radni nie zgodzą się na jutrzejszej sesji, by fragment ulicy Stalowej prowadzący do pomnika Stacja Radegast nosił nazwę – Aleja Pamięci Ofiar Litzmannstadt Getto. Powód? O pięć liter za dużo. (Ulica na 30 liter).
Pozostawię to już bez komentarza. No, prawie – IMHO proponowana nazwa niezależnie od swojej długości, jest jak najbardziej słuszna i powinna znaleźć się na mapie miasta. Chociaż kto wie, czy to spowoduje spadek, czy może wzrost liczby użyć sformułowań „polskie obozy koncentracyjne” w zagranicznych publikacjach…

*tu następuje tradycyjne przerwanie mi pisania na n sposobów*
A nie mam zbyt wiele czasu dziś, jutro sprawdzian z niemieckiego, a ja naprawdę totalnie nic jeszcze nie umiem. Nie tylko niewiele umiałem przed feriami, ale cofam się ostatnio w swoim germanistycznym rozwoju, mniej się uczę niż zapominam, a przez ferie język ten stał mi się szczególnie obcy.

Hm… Wśród rzeczy, które były w pamiętnym MMSie i zostały bezpowrotnie utracone pisałem między innmi o tym, że ten blog generalnie nie relacjonuje za bardzo mojego życia. Z całą pewnością nie jest to blog opowiadający, co dzisiaj zjadłem, gdzie i z kim byłem, ani inne tego typu pierdółki składające się na treść bloga dżezi nastolatki. Ten blog jest tu po to, by oddawać raczej moje podejście do życia, stosunek(XD) do świata i spraw wszelakich. Właśnie po to, by różne przemyślenia nie zostały bezpowrotnie stracone. Być może by później można było do nich wrócić. No i po to, by wszyscy, którzy chcą coś o moim sposobie myślenia czy czymś tam wiedzieć (sam nie wiem, co mogą z tego mieć), mogli zawsze tu zajrzeć i poczytać.

Underworld: Evolution – najtrafniejsza ‘recenzja’, jaką słyszałem padła z ust MKLa: Gdyby nie to trochę lateksu, może nie byłoby na co iść ;P
Ogólnie wyprawa do kina była bardzo charakterystyczna i zapadająca w pamięć. Dzień był śliczny, niebo pochmurne, słońce dawno schowało się było za horyzontem. Powietrze rześkie, tego dnia wręcz siarczyste, minus 27 (tak, Celsjusza) mianowicie. Nie ukrywam, że spowodowało to pewne utrudnienia komunikacyjne i nie chodzi mi tu wcale o konieczność zakrycia ust celem zachowania ich jako w pełni sprawnej części ciała (zakrycie nosa również było wskazane, jeśli ktoś nie lubi jak mu jego wnętrze zamarza), lecz o komunikację miejską. Oryginalny plan A zakładał, że wsiądę sobie pod blokiem w tramwaj linii 3, przejadę pół godziny po mieście i wysiądę przy odpowiednim skrzyżowaniu, z którego w największej zamieci śnieżnej do kina powinienem iść góra 10 minut. Aczkolwiek plan ten zaczynał mieć słabe punkty. To jest brak tramwaju. Przez pierwsze 5 minut wierzyłem, że brak ten jest chwilowy i normalny. Przez kolejne 5 minut myślałem, że mój tramwaj nie przyjechał, ale pojadę następnym i wprawdzie stracę moje zapasowe 10 minut, ale dojadę na czas. Po kolejnych pięciu minutach zwątpienie odbiło się echem tak głośnym, że inni ludzie też powoli zaczęli opuszczać przystanek. Udałem się na przystanek autobusowy – plan B. Wprawdzie nie dojadę tak blisko kina, ale będę miał przesiadki czy coś. Jak się okazało plan B także spóźniał się 10 minut. Gdy zobaczyłem tramwaj jadący w przeciwną stronę, czyli na krańcówkę, postanowiłem postawić wszystko na jedną kartę – i to była słuszna decyzja. Przy krańcówce z 3 przesiadłem się w 9 i szczęśliwie (radośnie) dojechałem prawie pod kino z zaledwie 10‑minutowym spóźnieniem (9. jedzie krócej). Była godzina 17:45, MKL czekał na mnie pod kinem dzierżąc ukryte w kieszeni zakupione bilety. Tak, bilety kupował 20 minut przed filmem… Co w przypadku sequeli takich hitów jak „Underworld” może być szaleństwem. Dlatego też podchodząc do kasy tylko nieśmiało spytał „Czy są jeszcze jakieś miejsca na U:E?”. W odpowiedzi zobaczył mapę sali kinowej – wszystkie miejsca oznaczone kolorem zielonym, wolne.
Ale to nie koniec. Usadowiliśmy się pod salą kinową, cierpliwie oczekując nadejścia odźwiernego, który wpuści nas i resztę publiczności na film. Minęło 5-10 minut, a my wciąż siedzieliśmy na kanapie rozglądając się zarówno za odźwiernym, jak i jakąkolwiek publicznością. Chwilę po tym jak padło pytanie mona „Myślisz, że tam jeszcze poprzedni film leci?” od strony sali naszych uszu dobiegł dźwięk. Dziwne – jeśli faktycznie leciałby film, to słyszelibyśmy już wcześniej, prawda? Spojrzeliśmy na zegarki. 18:00, godzina seansu. Hmm… kolejne niedyskretne rozejrzenie się i stwierdzenie, że nikogo z obsługi jak nie było tak nie ma. A skoro to nasze reklamy, to film zaraz zacznie lecieć… Podeszliśmy do drzwi i po raz kolejny rozejrzeliśmy się za kimś, kto je otworzy. Ale skoro nikogo nie było… postanowiliśmy zajrzeć do środka. My postanowiliśmy, jego do tego celu wypchnąłem XD. Uchylił drzwi, zajrzał do środka. „I co, i co?” – nie potrafiłem powstrzymać niecierpliwej ciekawości. „I kurtynka” – odpowiedź mnie znokautowała XD. Po raz kolejny z antycypacją (lubie to słowo XD) rozejrzeliśmy się po kinie. Nadal nikogo zmierzającego w naszą stronę. Ok., zobaczmy więc, co jest za kurtynką – tym razem to ja pchałem się do środka. Otworzyłem drzwi, wsunąłem się lekko (nadal rozglądając się, czy nikt nas na tym nie przyłapie XD) i minimalnie rozchyliłem kotarkę by moim oczom ukazała się… pusta sala kinowa. Puściuteńka, bez żywej duszy, za to z reklamami w połowie emisji. Ostatni rozgląd i szybka decyzja – „wchodzimy!” ;). Wpakowaliśmy się na miejsca na środku sali, nie widząc nikogo nawet za szybką pomieszczenia z projektorem. „Ty, a może tu jest tak cały czas? Filmy sobie lecą, obsługi ni chu chu…” XD. Po jakimś czasie, gdy reklamy się kończyły, słyszeliśmy otwierające się drzwi. Ogarnęło nas ewentualne przerażenie (XD) na myśl, że za zasłonką pojawiła się obsługa by wreszcie otworzyć nam drzwi. Jednak te po chwili zamknęły się z powrotem. Po kolejnych kilku minutach, już podczas trwania filmu, drzwi otworzyły się po raz kolejny i…? To drugie pół widowni (2 osoby) wchodziło na salę, jak my XD. Najbliższy przedstawiciel personelu kina (poza głową która w końcu pojawiła się w projektorni i uspokoiłem się, że nie wyłączą filmu „bo nikt nie ogląda” XD) pojawił się owszem, by otworzyć drzwi – ale PO filmie :). Niech żyje kino Polonia (centrum filmowe Helios).

Rzecz kolejna to moje chore sny (choć mam spore wątpliwości, czy i ile o tym pisać ;P), może odrobinę Underworldowe, ale o dziwo zaczęły się przed obejrzeniem tego filmu ;). I miały więcej fabuły i motywacji działań bohaterów niż druga część filmu, ale tych właśnie elementów za cholerę nie mogę sobie przypomnieć. W snach tych pojawiają się właśnie różne dziwne motywy wampiryczne, a w szczególności nowa rasa tychże. Generalnie wampiry mają za sobą setki czy tysiące lat ewolucji i niektóre pozbyły się niektórych swoich słabości – niektóre, ponieważ pojawiły się różne ich odmiany. Są wciąż takie, które są śmiertelnie wrażliwe na światło słoneczne i dwuminutowe wystawienie na słońce powoduje nieuleczalne oparzenia szybko prowadzące do śmierci (swoją drogą potrafią one wpaść w niejaki trans, gdzie stają się niepoczytalne i potrafią atakować ludzi kierowane głodem krwi). Jednak zdecydowana większość wampirów nie cierpi już z powodu światła słonecznego. Po prostu nie lubią go, zdaje się lekko drażniące i powstrzymuje ciało przed regeneracją (która w przypadku wampirów następuje niemalże natychmiastowo).

*kolejna przerwa techniczna ==”*

W tym świecie wampiry żyją wśród ludzi, a ludzie nic o tym nie wiedza. Nie są też przez nie atakowani, nie istnieje psychoza jak w średniowieczu. Ba, nikt w wampiry nie wierzy. Nie mam pojęcia, jak nasi krwiopijcy radzą sobie z odwiecznymi nawykami żywieniowymi, ale generalnie żyją z ludźmi w zgodzie. Są bystrzy i inteligentni. Przypadki opanowania przez instynkt (jak u tych mniej przystosowanych do dziennego trybu życia) odnotowywane były sporadycznie. Potrafią też poruszać się w przestrzeni we wszystkich kierunkach bez użycia skrzydeł. Prawdopodobnie jest to rozwijająca się, lecz jeszcze ograniczona, telekineza. No i wreszcie, last but not least, powstała jeszcze jedna rasa. Szczególnie rozwinięta, lecz ma wybitnie mało przedstawicieli. Są dziwni, ale zarazem przerażający. Różnią się także wyglądem (choć chyba mogą się „transformować”, jak podobno potrafi każdy wampir i likantrop) – dziwna, mocniejsza, ciemnoniebieska skóra (w dotyku przypomina trochę bardziej sztywną gumę, a trochę mniej delikatną ludzką skórę) i charakterystyczne przedłużenia kości w łokciach i kolanach na kształt szponów czy kolców, prawdopodobnie wystarczająco ostre by zadać człowiekowi śmiertelną ranę. W dodatku przedstawiciele tej rasy mają także dziwne dodatkowe zdolności – jakby było mało tego, że potrafią latać, to potrafią także poruszać się po każdej powierzchni, jakby grawitacja działała na nich zupełnie inaczej. Mogą przeczołgać się po ścianie czy suficie, a w skrajnych przypadkach chodzić po takiej powierzchni dwunożnie (jak Dracula w Van Helsingu). Obecność innych żywych stworzeń, a także ich rasę po prostu wyczuwają. Mimo, iż są śmiertelnie niebezpieczne dla ludzi, likantropów, a nawet wampirów – są na tyle inteligentne, by nie wykorzystywać tego w zły sposób, lecz także zachować neutralność. Nie mam tylko pewności co do tego „skąd się biorą”, bo wszelkie ich potomstwo to te „zwykłe” wampiry, pozornie niczym nie różniące się od ludzi. Prawdopodobnie jest to kwestia predyspozycji genetycznych u wampira, a cechy tej rasy ujawniają się dopiero po… ujmując to możliwie delikatnie, wymianie kodu genetycznego z kilkoma innymi przedstawicielami (tej samej rasy? A może właśnie różnych?), czyli muszą się parę razy z kimś/czymś pogryźć ;P Badania trwają :P.

I w tym wszystkim moja chora osoba. Z tej ‘wyższej’ rasy znalazła się jednak także czarna owca. Nie wiem, nie pamiętam niestety, jakie konkretnie plany miał wobec świata (XD) on i wampiry z nim trzymające, ale na pewno stali po innej drugiej barykady. Byłem niestety z tych „po paru walkach z różnymi stworzeniami”, ale raczej nie dlatego, żebym był agresywny, a raczej walczę o to, w co wierzę ;).
O dziwo sny „z tej serii” miałem tylko dwa. Jednak długie i treściwe… ;P
Szczerze mówiąc nie chciałbym nigdy w życiu zetknąć się z tym, czym w tych snach się stałem :P Nie wiem nawet, czy i jakie to ma słabości. Poza tym, że jak się w ostatnim śnie okazało, gryząc wampira i nie zabijając go nigdy nie masz pewności, czy to go zabije, czy też ujawni predyspozycje do dołączenia do przedstawicieli tej ‘ZŁEJ’ (przerażającej :P) rasy. W tym drugim śnie tak miałem… zaatakowany przed dwoje wampirów z tej ‘najniższej klasy’ – pierwszego udało mi się wyciągnąć na silne światło słoneczne i miałem go z głowy (raczej nie przeżył, choć nikt nie widział, żeby umierał – mógł zbiec ;P), druga zaś (tja, wampirzyca) skutecznie pogryziona nie traciła zapału do walki więc też trafiła na sporą otwartą silnie oświetloną letnim słońcem przestrzeń. Widać jednak było na jej twarzy jednakowe zaskoczenie (po chwili miotania się), jak i na mojej – czyżbym przekazał jej w jakiś sposób odporność na słońce? I tu nastąpił drugi charakterystyczny moment [Ostrzeżenie: Zawiera krwawe sceny ;P] – ugryzienie w ten jakże ślicznie odsłonięty i pozbawiony nadmiaru kości fragment ciała, jakim jest szyja. Uczucie, że wyszarpujesz komuś kawałek skóry/mięsa z ciała. I to, co i wtedy uderzyło mnie nowością. Tętnica, trafiłem kłami na tętnicę. Smak krwi, i to nie taki metaliczny gardłowy posmak, jak kiedy krew z nosa zacznie spływać po przełyku, ale pełny, prawdziwy (niesamowicie realistyczny) smak krwi, taki, jak kiedy przyłożysz silniej krwawiącą ranę do ust… Jak na wampira przystało, kuszący i być może uzależniający.
Przerażać może mnie tylko to, że pamięć tego smaku pozostała mi po przebudzeniu i wcale nie wywoływała mniej entuzjastycznych skojarzeń. Sssiiiick <głosem Ojca Dextera z boskiego (dosł.) odcinka z kawą (to wiele wyjaśnia), „Topped off”>

Po kolejne – Gadu-Gadu™. Niesamowite jak tak mała rzecz (wobec wieczności) może wyprowadzić człowieka z równowagi. I to nie swoją awaryjnością, nie kolejnym padem, czy niemożnością zaimportowania kontaktów. Nie. Tym razem genialnym pomysłem właścicieli tego komunikatora. Ich najnowszy pomysł wprowadzenia limitu na 100 wiadomości w ciągu minuty, ściśle pozostającego w związku z rozmiarem przesyłanych obrazków stał się przyczyną niesłusznego banowania wielu użytkowników tej sieci. Generalnie polecam link: http://maciekw.jogger.pl/comment.php?eid=182903&startid=0
Moją reakcją na te cudowne wiadomości było napisanie krótkiego maila na adres tech@gadu-gadu.pl o następującej treści:

Chciałem napisać tu grzecznego i kulturalnego maila z opisem problemu
(Mianowicie od paru dni mam spore problemy z rozmową z kimkolwiek na gadu-gadu, ponieważ pół dnia nie mogę się do nikogo odezwać, mimo iż sam odbieram normalnie wiadomości. Łączyłem na nowo, restartowałem klienta i system – nic nie pomagało, zaczynałem podejrzewać operatorów mojej sieci (z którą nigdy nie miałem problemów), deinstalowałem też Norton Personal Firewalla winiąc go za taki stan rzeczy…
Rozważałem przejście na inne sieci komunikatorów, gdyż tam nie mam takich problemów).
Cóż się jednak okazało – w Sieci znalazłem informację, że to jest nowa FUNKCJA serwera gadu-gadu i że on blokuje mnie celowo (za korzystanie z jednej z najlepszych opcji komunikatora – możliwości przesłania rozmówcy obrazka, bo chociaż piszę na klawiaturze bardzo szybko w porównaniu z przeciętnymi ludźmi to wątpię bym przekraczał 100 wypowiedzi na minutę (chociaż przy tych krótkich… cholera wie)). Wierzcie mi Państwo, fakt, że nie użyłem jeszcze żadnego słowa uważanego powszechnie za wulgarne lub obraźliwe można spokojnie zaliczyć do cudów, albowiem moja ..frustracja.. w ciągu kilku ostatnich minut osiągnęła dawno nie spotykany poziom.
Jak do tej pory mimo pewnych atrakcyjnych walorów innych sieci (np. brak limitu rozmiaru wiadomości, co ułatwiało wymianę troszkę dłuższych niż 1kB kodów źródłowych z zaprzyjaźnionymi amatorami sztuki programowania, czy też ich niewątpliwa bezawaryjność (na tle tzw. „padu-padu”)) nie były wystarczającym argumentem bym porzucił kilkaset kontaktów z mniej-lub-bardziej znajomymi ludźmi używającymi na co dzień sieci Gadu-Gadu. Jednakże teraz dostarczyliście mi Państwo ostatecznego argumentu ku zmianie. Na nic zdadzą mi się kontakty i znajomi na liście i poza nią, z którymi nie mogę się porozumieć.
Najserdeczniejsze życzenia częstych stosunków analnych oraz ekshumacji,
były – kwiat na tafli jeziora – user.

Gdyby ktoś nie rozumiał symboliki kwiatu na tafli jeziora:
JESTEM OAZĄ SPOKOJU, pierdolonym, kurwa, jebanym kwiatem na tafli jeziora!

A teraz pora kończyć i iść zakuć kochany język niemiecki.

Still there? ;)

Notka w systemie ratalnym, part 2

Zgaga, ludzie, siostra, pogoda i własny umysł przeszkadzają mi się skupić :P

Pisałem ostatnio, że – mniej więcej – każdemu mówi się to, co on właśnie powinien widzieć, co „jest mu przeznaczone wiedzieć” ;P Każdy usłyszy co innego, a te same słowa nie trafiają do każdej osoby po kolei, identyczne zaś rozmowy na gg nie są prowadzone z każdym z listy ani w grupowej konferencji. Co z tego wynika? Ano to, że ludzie budują w sobie obraz drugiej osoby poprzez interakcje z tą osobą, rozmowy, spędzany czas, kontakt. Nie wiemy nic o kimś, z kim się nigdy nie spotkaliśmy (tak, nie wiemy tak naprawdę nic, a zdanie innych, czy mass-media też przekażą tylko swój subiektywny i zapewne naginany do własnych potrzeb obraz). Jeśli zaś interakcja jednej osoby z pozostałymi jest w każdym przypadku inna – każdy buduje inny obraz. Jest tylu ikarich, ile ludzi go zna, lub o nim słyszało. Każdy inny, nie ma dwóch takich samych tak, jak nie ma dwóch takich samych obserwatorów z jednakowym bagażem „doświadczeń”. Wiele osób teraz zapyta „Który z nich jest prawdziwy?”. Czemu ludzie w ogóle zadają takie pytania? ;P KAŻDY lub żaden! Jestem sumą tych wszystkich obrazów, a nie poszczególnym lub odrębnym. Jestem ja w umyśle Twoim, ja w umyśle jej, jego, a także ja w swoim własnym. Jeżeli jakikolwiek obraz możemy nazwać „prawdziwym” – będzie to właśnie suma wszystkich pojedyńczych obrazów.
Jeżeli jakiś człowiek żył sobie gdziekolwiek, całe życie nie widział na oczy żadnego innego człowieka (z wzajemnością) i z nikim się nie skontaktował – to tak, jakby go nie było, prawda? Nikt go nie znał, nikt się o nim nie dowie. Nie było go. On też nic o sobie nie wiedział, nie mając z czym czegokolwiek porównać ani do czego się odnieść. A to, co wiedział – zabrał ze sobą na tamten świat.
A ja, choć swięcie przekoany, że już to na tym blogu pisałem, nie potrafię tego odnaleźć. Znalazłem za to to ;)

Co do poruszonego wątku z ciągłym powstawaniem równoległych światów z alternatywną wersją wydarzeń – wiąże się to nierozerwalnie z wielowymiarowym wszechświatem. Ale po kolei. Postaram się wyjaśnić moją teorię tak, jak kiedyś próbowałem łopatologicznie pokazać to ludziom ;) Gdybym umiał, zrobiłbym animację we flashu *mam jakieś wyobrażenie*… ale nie umiem ;P
Otóż (nie zaczyna się zdania od ‚Więc’ ;)) zacznijmy od podstaw. Wyobraźmy sobie przestrzeń jednowymiarową, czyli taką, gdzie istnieje tylko jeden wymiar – długość. Taką przestrzeń poznajemy już jako uczniowie szkoły podstawowej i jest nią… oś liczbowa. Mamy bowiem tylko jedną oś, a położenie w takiej przestrzeni określasz tylko jedną liczbą. Wszystko inne może leżeć tylko po lewej lub po prawej od danego punktu. Gdyby ludzie byli 1-wymiarowi to wyglądaliby jak paskudne długie nitki i nigdy nie mogliby się mijać ani wyprzedzać ;D To jak z samochodem mającym tylko 1 pas ruchu – żeby wyprzedzić, musiałby się znaleźć obok swojej „osi”, a to niemożliwe.
Ale wyobraźmy sobie, że mamy nie dwie takie, osie, nie trzy, czy dziesięć, ale nieskończenie wiele – ułożonych idealnie obok siebie, bez przerw i ściśle przylegających. Taką sytuację… też znamy. Jest to płaski układ współrzędnych. Aby w nim opisać położenie punktu, potrzebujemy już dwóch liczb – pierwsza to położenie na naszej pierwszej osi, a druga to jakby „numer” tej osi, czyli położenie na osi pionowej. Wszystko jest płaskie niczym bakterie oglądane przez mikroskop (to mnie zawsze intrygowało! Czemu one do cholery są PŁASKIE? Czemu pod mikroskopem wszystko widzimy w przekroju, możemy im zajrzeć do środka, a one mogą się okrążyć, a nie mogą przepłynąć nad sobą? To nierealne, nasz świat jest trójwymiarowy, czemu więc bakterie pod mikroskopem są trzymane na dwuwymiarowej uprzęży płaskiego świata?). Może to być także sytuacja, gdzie jedna oś (zazwyczaj pionowa) przedstawia jakąś wartość, a druga… kolejne chwile czasu. Czyli wykres.
Jeśli mamy takie płaskie przestrzenie… to weźmy ich troszkę więcej. Nieskończenie wiele. Ustawmy tuż obok siebie, tak jak robiliśmy poprzednio. To tak, jakbyśmy płaskie kartki papieru zebrali w ilości kilku tysięcy i uzyskujemy bryłę. Czyli przestrzeń. Dwa wymiary określają – tak jak dotąd – położenie na płaszczyźnie, a trzeci, „której” płaszczyźnie, czyli głębokość. Ale można też inaczej! Jeśli mamy kilka tysięcy kartek, a na każdej co innego… to można by zamiast robić z tego przestrzeń, ułożyć je kolejno, dodając do płaskiej przestrzeni oś czasu. Uzyskujemy… animację! :) Taką klasyczną animację, jak w anime i kreskówkach :)
My zaś, jak wiadomo, żyjemy w takiej przestrzeni trójwymiarowej, gdzie 3 wymiary określają położenie w przestrzeni. Ale nie poprzestańmy na tym! Weźmy po raz kolejny nieskończenie wiele trójwymiarowych przestrzeni. Trochę trudniej sobie wyobrazić, prawda? Klasyczny problem w informatyce ;P 4-wymiarowa tablice – można sobie je wyobrazić jako kilka sześcianów stojących obok siebie… No ale niech te 3-wymiarowe przestrzenie ściśle do siebie przylegają i tworzą coś więcej… Mamy więc 4-wymiarowy świat. I teraz chyba jasnym staje się, że tak naprawdę tym czwartym wymiarem jest czas. W trójwymiarowej przestrzeni wszystkie punkty są przecież nieruchome, czas zawsze trzeba było (choćby dla zachowania informacji o zmianach) dołożyć jako wymiar dodatkowy. Więc nasz świat jest 4-wymiarowy, tak? Mamy przestrzeń, mamy czas (co z tego wynika, powiem później ;P). Ale po raz kolejny – nie dajmy się ograniczać. Dołóżmy jeszcze jeden (pocieszę, że już ostatni) wymiar. Zyskujemy wobec tego nieskończenie wiele… czasoprzestrzeni? Wobec tego mamy nieskończenie wiele możliwości przebiegu czasu, CAŁEGO czasu, wersji historii. Są to właśnie te równoległe wszechświaty, które różnią się od detali po kluczowe momenty historii i ich konsekwencje. Światy, do których być może odnosimy się, zastanawiając, „co by było gdyby”. Światy, które być może są w zasięgu percepcji istoty zwanej bogiem lub „duchów zmarłych”, ostrzegających nas przed tym, co nadchodzi, ZNAJĄCYCH konsekwencje różnych możliwych naszych decyzji.

(Siostra mi strasznie przeszkadzała, więc mam wrażenie że wyszedł bełkot i zbyt łopatologicznie do tego podchodzę, choć mogę też napisać skróconą wersję :P Zobaczę, jak długo się to czyta ;P)

Dlaczego z faktu, że mamy cztery wymiary (szerokość, długość, wysokość, czas) miałoby cokolwiek wynikać? Otóż… [nie no, siostra nie daje mi na chwile spokojnie usiąść, chyba sobie odpuszczę ==”]

To może tak dla chwili oderwania ;P

jw_amigowiec: (13:07)
Idzie Jezus, patrzy, a tu mr_jedi robi z amigowcem i ikarim sobie zdjecie XDD

Oryginalne, prawda? ;P

Ciekawe, że w poprzedniej notce spośród wszystkich poruszonych tematów w zasadzie tylko jeden wywołał burzę i wzorową długokomentową dyskusję, jakich mało. Właśnie ten o relacjach międzyludzkich, miłości i przyjaźni. Nasuwa się stwierdzenie, że „wszystkie piosenki są o miłości” (wspaniały przykład generalizacji, której nienawidzę ;P) – niby tak cholernie nieprawdziwe, ale jakoś nie da się zaprzeczyć, że odkąd świat pamięta to jest to temat-rzeka, pojawiający się wszędzie, gdzie tylko uda mu się wcisnąć. Fajnie by było, jakby zastąpiły go np. wizje apokaliptyczne, zagłady i końca świata ;P (Połowa książek opisywałaby koniec świata, mrrr, miodzio ;P).
Dziękuję, Meg, że zauważyłaś, że pisałem także na co najmniej 3 inne tematy :* :)

Mój opis, od 11 listopada do dziś brzmi „Święto Niepodległej Myśli”. Śliczne, wzniosłe hasło, prawda? Po części wynikł ze Święta Niepodległości, po części z ‚wolnych’ poglądów w blogowej notce i komentarzach. Bo myśl powinna być wolna, nieskrępowana, niezależna i niepodległa. Polak ma konstytucyjne prawo do wolności poglądów (co niedługo może się zmienić, prawda, panie Kaczyński?). Nikt nie może Ci zabronić mieć własnego zdania, zgodnego z Twoimi poglądami, uczuciami, systemem wartości i doświadczeniem tego, co masz za sobą. Nikt nie ma prawa narzucić Ci myśli, opinii czy punktu widzenia. Tym opisem chcę zamanifestować to pragnienie wolności, którą – wbrew pozorom – często ktoś próbuje nam ograniczać. A także dam do zrozumienia, że sobą jestem i pozostanę, nikt nie będzie mówić mi co mam robić, jak mówić, czego słuchać i co czytać. To, jak się zmieniam ja i moje poglądy to moja decyzja, [dobro]wolna i niezależna ;).
Przypomina mi się kolejna niezłomna prawda życiowa – ludzie zawsze próbują się wzajemnie zmieniać (najlepiej upodobnić do siebie i narzucić swój światopogląd, bo przecież „ja zawsze mam rację”, nie? :P), lecz ludzi nie da się tak po prostu zmienić. People don’t change.
The most basic fact of all Human conditions is that PEOPLE DON’T CHANGE (1)
People dont change. I tried to change for him and where did it get me? Nowhere. We are who we are… (2)
(więcej poza cytatami nie czytałem, linki są tylko jako podanie źródła :P)

Btw. W dniu wczorajszym osiągnąłem apogeum ludzkiego zmęczenia ;P i nie mam pojęcia czemu. Budząc się o jakiejś ósmej, o 12 byłem już półprzytomny, potem padnięty i czujący zmęczenie całym ciałem, położyłem się spać o 22, wymiękając i nie pisząc TEJ notki, aby wstać dziś po godzinie… 10. ;P To chyba mój rekord.

Do zobaczenia w następnym odcinku. ;)

Part II

Jest wiele rodzajów podróży.
Jeden z nich to podróż szczególna… podróż, która nigdy się nie kończy. Jakkolwiek to bajecznie brzmi, jest taka podróż, która nigdy nas nie będzie nudzić, zawsze będzie nas zaskakiwać, będzie pełna przygód, wrażeń i doświadczeń. Istnieje nie w książce, nie w bajce ani opowiadaniu babci… jest to podróż prawdziwa, istniejąca w naszym świecie, a odbyć ją może każdy z nas… jeśli tylko ma na to odwagę…
Każdy człowiek marzy o takiej podróży, prawda? Każdy chce przeżywać coś nowego, silne emocje, nowe wspomnienia i spojrzenia na życie. Niewielu jednak to realizuje, bo wszystkim wydaje się, że na podróże trzeba mieć pieniądze… Ta jest darmowa… jednak, jak każda pełna przygód i nowości, nie jest bezpieczna. To, co w niej spotkamy może nas naprawdę przerazić…

Jest to podróż wgłąb siebie…
Jedyne czego potrzeba, by ją rozpocząć to czas i samotność… Chwila ciszy… Kiedy można pozostać z samym sobą… Chcąc coś odkryć – gdzie wtedy sięgniesz, nie mając nic poza sobą? Spojrzysz wgłąb siebie… swojej duszy… swoich wspomnień…
Wgłąb duszy… Myślisz nad tym, jaki jesteś, kim jesteś… Dlaczego taki jesteś? Sucha, psychologiczna analiza swojego życia… być może dzieciństwa… kiedy duchowa glina, z której jesteśmy ulepieni była jeszcze świeża i miękka… Jakże łatwo jest zepsuć dzieło niechcący je deformując, gdy jest jeszcze miękkie lub bez patrzenia w przyszłość próbować od razu ulepić takie, jakim ma być końcowo… wszystko się pozsuwa, porozłazi, spłynie i zniekształci… i nic z tego nie wyjdzie… Tak samo wrażliwi jesteśmy w dzieciństwie. Opisywane słowami brzmi to jak „kolejna psychologiczna bzdura”, paplanina, „oklepane teksty pana psychiatry”… nie wydaje się przedstawiać wartości… ale zastanówmy się… Przecież każdy z nas, jeżeli chce, potrafi znaleźć jakieś zdarzenie z dzieciństwa, które być może jest naprawdę błahe, a jednak jego skutki… zostały na całe życie. Mogło się przecież zdarzyć coś, co nas zachęciło lub zniechęciło do konkretnej czynności, zajęcia, dziedziny… czy nie pozostało nam to do chwili obecnej? Czy nie zostanie do końca życia…? (Nie musi). Zawsze znajdzie się ciąg przyczynowo-skutkowy. Prosty system… akcja->reakcja… to prawda, cały wszechświat się na tym opiera… cały… sens…
Wgłąb wspomnień… czy kiedy znajdziemy wydarzenie lub decyzję w swoim życiu, które miało jakieś znaczenie… Nie, nie potrafimy nie myśleć o tym, nie tworzyć w naszym umyśle dziesiątek alternatywnych rzeczywistości (cóż za potęga twórcza drzemie w ludziach…), w których coś potoczyło się inaczej. Wyobrażamy sobie „co by było, gdyby”… Są dziesiątki, setki możliwości… Tak wiele razy zastanawiamy się, czy byłoby lepiej czy gorzej… marzymy o alternatywnych możliwościach… Ale czy to nie płakanie nad rozlaną kawą? (;_;) Nie możemy tego zmienić. Wybór dokonał się już dawno, a my musimy podlec łańcuchowi reakcji… Nigdy nie znaczy to jednak, że podobnego wyboru nie możemy dokonać ponownie. Jednak chwila… jeśli teraz dokonamy akcji..? Tak, pociągnie to za sobą długi łańcuch reakcji… Trzeba o tym pomyśleć… Ale to dla odmiany płakanie nad rozlaniem jeszcze nie zakupionej kawy… Ludzkie życie jest chyba zbyt krótkie, żeby się zastanawiać – zarówno nad tym co było, nad tym co teraz mogłoby być, jak i nad tym co będzie. Czasem wychodzi na to, że najlepiej jest po prostu brnąć przez życie żyjąc chwilą, nie myśląc o niczym i niczego nie żałując… oddać się przyjemnościom (?) życia. Ale to w naszym świecie też nie jest możliwe… bo jest system, bo są wartości i ludzie…
Tworząc inne światy… Miałeś kiedyś sen, w którym Twoje miasto wygląda zupełnie inaczej, niż w rzeczywistości? W miejscu obecnego centrum znajdujesz dziką polanę lub polną drogę.. lub wręcz odwrotnie – tereny które zawsze wydawały Ci się puste i nieciekawe, tu przypominają Las Vegas lub dowolny inny odległy zakątek świata… Czy ten świat jest lepszy, czy gorszy..? Myślałeś nad tym, prawda? Czy żyłoby się w nim dobrze..? Czy byłbyś szczęśliwy..? Czy nadal miałbyś tych samych znajomych? (Nie.) Co takiego musiałoby się stać w przeszłości, by świat obecnie tak wyglądał? To może się wydawać śmieszne, ale wystarczyłaby najdrobniejsza możliwa zmiana (oj od lat wracałem w myślach do tego tematu) – wyobraźmy sobie, że ktoś, kto miał duży wpływ na historię danego miejsca, pewnego decydującego dnia obudził się 10 minut za późno, zestresował, potknął się idąc do pracy… Zmienił mu się humor, sposób myślenia, podjęte decyzje. Jedna zmiana „tak” na „nie” mogłaby obalić cywilizacje – gdyby tylko istniał punkt odniesienia. Jak bowiem udowodnić, a co dopiero pokazać, że „gdyby” to byłoby inaczej? Jak pokazać nagranie z TAMTEGO świata, skoro żyjemy w TYM… Przytłaczający jest fakt, że nie mamy z czym porównać sytuacji, nigdy nie możemy na pewno stwierdzić, czy rzeczy potoczyłyby się lepiej czy gorzej i to nie tylko dlatego, że patrzymy częściej subiektywnie, niż obiektywnie, ale dlatego, że nie mamy na co patrzeć… W wyobraźni sami nie stworzymy świata doskonale dopracowanego, nie przewidzimy wszystkich możliwości…
Kiedy indziej wcale nie myślisz o świecie całkowicie innym, nie obchodzi Cię czy Polska byłaby na mapie (i gdzie) ani czy za oknem nadal byłyby te same ulice i czyim nazwiskiem byłyby nazwane… Zastanawiasz się nad swoim własnym, prywatnym, intymnym, osobistym życiem… Nad wszystkimi tymi chwilami, które się w nim liczyły, nad chwilami i osobami które były lub nie… Co by było gdybyś kogoś znał lepiej, albo nie znał wcale, jak wyglądałoby życie Twoje i tej osoby… Czy ten ktoś wolałby Cię znać? Czy może gdybyście się nie spotkali, jego życie byłoby lepsze? Tak często wydaje się, że najlepiej dla innych by było, jakby nas nie było… Ale… Znowu naprawdę nie mamy punktu odniesienia. Nie możesz tego wiedzieć.