Uczelniane projekty – odbębnić i zapomnieć? – cz.2a

Dziś dwa projekty bazodanowe pierwszy z dwóch projektów bazodanowych. No cóż, odbębnić przeważa. Bo cóż innego można zrobić, gdy celem ćwiczenia jest „zrobić cokolwiek, co korzysta z TuNazwaTechnologii”. W szczególności irytujące było to przy projekcie „Biblioteka”… ale o tym za chwilę następnym razem :)

Oba projekty realizowane były na semestrze IV, czyli właśnie ukończonym. Oba miały korzystać z baz danych – jeden dlatego, że przedmiot nazywał się „Systemy Baz Danych”, a drugi bo tak. Jako ludzie kulturni realizujemy z Michałem oczywiście najczęściej bazy danych dokumentujące dobytek kulturowy cywilizacji w jakimś sympatycznym zakresie ;-). Dlatego też projekty od samego początku kręciły się wokół kolekcji muzycznej oraz kolekcji książek. No fakt, powodem oparcia się na kolekcji muzycznej było także to, że bazę danych tego rodzaju obaj już robiliśmy… w liceum, na zajęciach z informatyki. To i dane – dość pokaźna ich ilość z licealnej bazy MKLa – były już gotowe.

Jak to wyglądało? Od czego należało wyjść, jakie były wymagania, jak się nad tym pracowało i co z tego wyszło? No cóż… :) Skoro nadal to czytasz, to zapewne lubisz takie narzekania…

Projekt nr 2 – sklep muzyczny

Czemu sklep, a nie kolekcja? Ano bo kolekcja to taka dość statyczna jest i chyba MKLowa baza od początku bardziej sklepową była ;)

Wymagania? Jakaś baza, kilka tabel, jakieś relacje między nimi, jakiś formularz, jakieś raporty. I „żeby coś liczyło w bazie”. Technika realizacji? Dowolna, czyli MS Access 2003, a przynajmniej tak zrozumiała tę dowolność znakomita większość grupy (roku?). My się wyłamaliśmy i [żeby się nie męczyć :P] zrobiliśmy to w czymś, co znamy i w czym powstawała licealna wersja projektu: nieśmiertelny tandem PHP+MySQL. O dziwo PHP na uczelnianym serwerze jest, a MySQL można sobie utworzyć. Bezboleśnie.

Zasadniczo główny kod został rozbudowany i dopieszczony przez MKLa, bez bicia przyznaję, że mój udział był raczej znikomy, a są miejsca, że nawet nie wiem, jak coś działa ;P Cóż więc tu mogę powiedzieć.

W warstwie prezentacji (student informatyki umie stosować mądre określenia na proste rzeczy) jest to bardzo prosty HTML potraktowany bardzo prostym stylem CSS, a grafika całej strony z podstronami zamyka się w kilku obrazkach. Błękit (miał być szafirowy, okazał się wpadać w ciemny turkus – bo nie miałem skalibrowanego monitora), pomarańcz, trochę ciemnej czerwieni tam, gdzie pole powoduje zmiany w bazie.

Strona główna sklepu z rozwiniętym pierwszym działem Sklep muzyczny - wybrany jeden album bez okładki
Sklep muzyczny - raporty dot. zamówień Sklep muzyczny - wybrany album z okładką

W sklepie znalazło się też kilka javascriptowych myków takich jak obsługa okłądki płyty – gdy nie ma nic w bazie, mamy „brak okładki” widziany na screenie nr 2, ale gdy jest wpis w bazie, a nie uda się pobrać poprawnej okładki (link jest nieaktualny – bo tak naprawdę okładki kradniemy z innych serwisów ;P), to JS podstawia znów domyślny obrazek „brak okładki”, by nie zostawić brzydkiego krzyżyka. Drugi myk to formularz, w którym ustalamy kryteria do wygenerowania raportu – wszystko jest w nim kosmicznie dynamiczne (hail to MKL) – treść formularza zmienia się w zależności od wybranych opcji, natychmiast po kliknięciu (no AJAX here).

Tak, sklep jest zrealizowany od strony zarządzania sklepem, a nie z punktu widzenia klienta! Daje to większe pole manewru do dłubania w bazie danych.
Zamówienia początkowo były na każdy album z osobna, ale pani prowadząca przedmiot nie czuła się z tym dobrze i trzeba było dorobić jakieś „koszyki” ;-)

Tu można pobawić się sklepem i jego bazą danych – ale proszę nie psuć. Bazę ewentualnie możemy co jakiś czas przywracać do stanu oryginalnego (przykładowego), ale lepiej nie stwarzać ku temu okazji ;) W razie nadużyć sklep i baza zostaną po prostu usunięty z konta, więc po co to komu ;)

Największy ból projektu?

Największym problemem było tu… oddanie projektu. Mieliśmy gotowy długo przed terminem, ale prowadzące nie wykazywały zainteresowania / nie potrafiły znaleźć czasu (?), by rzucić na niego okiem. Dlatego też poprawki pod kątem ich widzimisię takie, jak wprowadzenie koszyków, trzeba było robić pod koniec semestru, gdy chcieliśmy zająć się innymi przedmiotami.

Czego nauczył mnie ten projekt?

Y… e… zakładać konto MySQL na uczelnianym serwerze. Śmiać się z tych, którzy psioczą miesiącami na Accessa, a robią w nim projekt przecież z własnego wyboru, lub nieświadomości, że wybór w ogóle był. Ale o tym przecież była mowa już na początku semestru..

Nie nauczył mnie natomiast wygenerowanego losowego hasła do bazy danych – o wiele za długie i zbyt losowe ;) Więc kilkukrotnie jeden z nas je dyktował, a drugi klepał :D

Czas wykonania – no idea.
Skład: ikari & MKL.
Podział pracy: unfair. [yeah, przyznaję]
Satysfakcja: 7/10 [just because]

Uczelniane projekty – odbębnić i zapomnieć? cz. 1

(Tak, to będą posty o programowaniu. Tak, musiałem. Tak, to właśnie część mojego życia. Tak, ten post jest w wersji beta – może brakować mu troszkę treści, ładu i składu ;)) )

W życiu studenta jest szczególnie dużo różnych projektów – mniejszych i większych zadań, realizowanych jako jedno z wielu lub jako punkt kulminacyjny semestru. Studenci zaś przejawiają przeróżne podejścia

  • jedni nie robią nic, bo robią za nich koledzy.
  • inni nie robią nic, aż w ostatniej chwili nie skołują gotowca, którego w akcie łaski przerobią – nie zawsze po tych przeróbkach działa i nie zawsze wiedzą, co on właściwie robi
  • inni robią projekcik jakoś spełniający minimalne wymogi zadania – wiedzą, co jest do zrealizowania, uczą się, jak to zrealizować i zaliczają ładnie.
  • ostatni typ natomiast najpierw nie ma żadnego pomysłu, a potem nagle przychodzi Wizja. Wizja jest realizowana z rozmachem, program robi się rozbudowany, zespół ledwo mieści się w terminie (lub go przekracza), program jest wypasiony… a wykładowca ledwo rzuci okiem ;) Po czym program idzie w odstawkę i jest zapominany, jak w każdym wypadku.

Oczywiście niepokojąco często reprezentuję ten ostatni typ, co pewnie nietrudno się było domyślić po długości opisu ;)

W ciągu tych dwóch lat studiów powstało kilka takich programów, głównie pisanych przeze mnie wspólnie z emkaelem, z których po ukończeniu byłem chociaż troszkę dumny – bo fajny pomysł, bo mimo to (;D) zrealizowany… no, ewentualnie z poczuciem niespełnienia, że prowadzący przedmiot nawet nie rzucił okiem na żaden z fantastycznych „myków”, cudów i rozwiązań, nad którymi się meczyliśmy ;). Nie ukrywam, że niektóre miewam ochotę rozwinąć, komercyjniej ;)

Głupi projekt no. 1 – symulator autobusu

Na Programowaniu Obiektowym było wymyśleć sobie projekt, dowolny, najlepiej jakaś symulacja, który ogólnie rzecz biorąc zaimplementujemy obiektowo. Mając minuty na wybór tematu daliśmy się ponieść chwili i temu, jak inspi-, fascy- i irytujące jest zachowanie ludzi w środkach komunikacji miejskiej. Niektórzy z Was pewnie czytali już opisy rodzajów babć autobusowych, wielu widziało także „Dzień Świra”. Także i my mieliśmy pewne swoje spostrzeżenia:

  • Wszyscy, do ciężkiej cholery siadają pojedynczo. Jeśli chcesz usiąść w autobusie z kolegą/żanką obok siebie, a połowa autobusu jest zajęta, to znaczy, że podwójne miejsca już się skończyły. Bo każdy musi siedzieć SAM. Jeszcze do tego w połowie przypadku od przejścia, żebyś czasem się pod okno nie dopchnął. Mimo, że powszechnie wiadomo, że miejsca od okna są atrakcyjniejsze ;)
  • Pieprzone mohery zawsze muszą być w drzwiach pierwsze. Nie, nieważne, że na przystanku stoi tłum, a one jadą tylko jeden przystanek i będą się musiały przez cały ten tłum za chwilę przebijać do drzwi. Nie, one muszą się wepchnąć pierwsze i zająć swoje upatrzone miejsce. Jeśli zajmie je ktoś młodszy, stosują liczne techniki wywierania wpływu, by je odzyskać. Mohery generalnie przepychają się najbardziej ze wszystkich rodzajów pasażerów – jeśli upatrzy sobie miejsce, to przestawi pół autobusu, żeby się do niego dostać. Są także mohery-sprintery, które niemalże natychmiast po otwarciu drzwi pojawiają się na wybranym miejscu.
  • Do autobusów regularnie wsiadają ludzie bezdomni lub co najmniej nie zaznajomieni z dorobkiem kultury w dziedzinie środków czystości. Niezależnie od zatłoczenia autobusu, wokół takich osób zawsze pozostaje pewna ilość wolnego miejsca (chyba, że faktycznie ludzie nie mogą się już siłą nigdzie przepchnąć). A nawet jak wyjdziesz z autobusu, masz wrażenie, że smród był tak intensywny, że na Tobie pozostał.
  • Autobusami jeżdzą m.in. studenci, którzy – biedni, maltretowani przez uczelnie – po zarwanych nocach przysypiają podczas jazdy. Może spać na siedząco, na stojąco, a na swoim przystanku i tak się obudzi i wysiądzie.
  • W autobusach zdarzają się kontrole biletów. Kanary są przekupne, jednak najczęściej niezależnie od uiszczonej kwoty i stopnia formalizacji transakcji, trzeba wysiąść.

Z cech równie życiowych, ale nie zaimplementowanych w programie:

  • Przesiadki to mit. Jeśli w planie podróży masz napisane, że Twój autobus przyjedzie 17:05, a docelowy, do którego chcesz wsiąść, o 17:10, to możesz mieć pewność, że tak naprawdę będzie odwrotnie.
  • Rozkłady to mit. Jeśli autobus jedzie, to stanie w korku. Jeśli stanie w korku, to będzie miał 5-25 minut spóźnienia.
  • Rozkłady to mit. Jeśli autobus nie będzie miał spóźnienia, pourywa koła na dziurach w nawierzchni. Nie przyjedzie wcale. Ewentualnie Ty do niego wsiądziesz, ale nie dojedziesz do celu.
  • Jak nie pourywa kół, to spłonie. A ubranie będzie Ci śmierdzieć.
  • Wycieczki szkolne. Wpada toto do autobusu, podwaja głośność panującą w środku (dzieci to takie istoty, które zdolne są przekrzyczeć ryczący autobusowy silnik), przepycha się, biega, wkurza. Pcha nie tylko swoich, ale i obcych.

Model rozwiązania – UML

Jednym z wymogów było stworzenie diagramu UML do realizowanego projektu. Prawdziwie złożonym kwiatkiem wyszedł diagram akcji pasażera:

Diagram akcji pasażera

Gdybyś się zastanawiał(a): UML to taki język opisu różnych mądrych rzeczy za pomocą różnych mądrych diagramów. „Diagram akcji pasażera” znaczy „grafik, co pasażer może robić i kiedy i dlaczego to robi”

Okrągłe prostokąciki bez kącików prostych ( ;-) ) to czynności. romby to decyzje, „flagi” to zdarzenia, które nam się stały i powodują, że coś robimy.
Spójrz, czy zdawałeś/łaś sobie sprawę, jak skomplikowane jest korzystanie z autobusu? ;o

Nasz autobus „jeździł” po faktycznej trasie autobusu 69 w Łodzi – miał załadowaną listę przystanków z ich godzinami i nazwami oraz pasażerami, jacy na nich wsiadają i docelowych (np. zagęszczenie wysiadających moherów przy kościołach i cmentarzach wzdłuż trasy – a było ich trochę).

Poziom zrealizowanej interakcji: zero. Aczkolwiek mieliśmy koncepcję (gdyby było więcej czasu), by dało się wejść w tryb bardziej interaktywny ;) – kierować pasażerem lub modyfikować ich listę/cele… lub chociaż podejrzeć je bez debuggera ;-)

Interfejs

Program, działający w trybie tekstowym, miał mieć splash-screen, ale z racji platformy Win32 odpuściliśmy sobie konwersje z linuksowych escape-codes na windowsowy… kod, bo w ASCII nie idzie zdefiniować kolorów:

Następnie rysował w ASCII-arcie autobus, kolorowymi gwiazdkami oznaczając różnego rodzaju pasażerów: białą – zwykłego, zieloną – studenta (przygaszona – śpi), czerwoną kanara (rozjaśniona – sprawdza bilety), niebieską bezdomnego, a zgniłą – mohera. Moher sprinter wsiada w autobusu i zajmuje w jednej „turze”, podczas kiedy inni pasażerowie mogą robić tylko 1 krok na turę.

Wideo: 5 minut z życia aplikacji. Po 3 minucie mamy krótki przegląd kodu – chciałem zmniejszyć parametry opóźnień w programie by w drodze powrotnej „jechał szybciej”, jednak Visual Studio tak długo nanosiło zmiany w kodzie, że skończył się czas na nagranie (5 minut) ;-)

Największy ból w kodzie

Najbardziej masakryczna, zaciemniona, a zarazem kluczowa dla działania i wydajności programu to funkcja Przepchnij. Jak sama nazwa wskazuje, wiąże się ona z przepychaniem się pasażerów w autobusie. Przepychanie się pasażera nie jest w żaden sposób odgórnie skoordynowane przez sytuację w całym autobusie, czyli przez jakieś szersze spojrzenie ;) Optymalizacja bliska zeru.

Jeśli nie jesteś programistą, nie czytaj dalej tego paragrafu.

W skrócie jej działanie/wada (niepotrzebne skreślić) polega na tym:

  • funkcja przyjmuje parametry: kto się pcha, w którą stronę i jak mocno (z jaką siłą)
  • funkcja zwraca informację, czy udało się przepchnąć daną jednostkę z jej miejsca
  • funkcja jest tak masakrycznie pozagnieżdżana sama w sobie, że może trwać stulecia. Jeśli więc wykona się bezskutecznie ponad 10 000 razy to albo zwraca niepowodzenie, albo – jeśli przepychający się akurat wysiada, jest kanarem lub moherem-sprinterem – po prostu zamienia go miejscami z pasażerem na miejscu, na które się pchamy.
  • Siła = 5 oznacza, że jesteśmy w stanie przepchnąć łańcuszek 5 osób (!), by się poruszyć
  • Jeśli na miejscu, na które się pchamy, ktoś stoi – każemy mu się pchać w tym samym kierunku (jeśli mamy siłę)
  • Jeśli się to nie uda, próbujemy pchać go w kolejnym kierunku – i tak wszystkie po kolei, zgodnie z ruchem wskazówek zegara (albo przeciwnie – co za różnica)
  • Dlatego też jeden przepychający się pasażer w tłoku powoduje problem. Pcha on każdą osobę dookoła siebie w każdym z możliwych kierunków… a każda z tych osób…. no właśnie. I program się przywiesza.
  • Jeśli miejsce się zwolni (ja popchnąłem kogoś, oni dalej się poprzepychali w jakiś tam sposób (bo mnie, jako pchającego, w ogóle to nie obchodzi)), zajmujemy je
  • Jeśli wypróbujemy wszystkie kierunki i miejsce nadal jest zajęte – no to kiszka ;P
  • Wysiadający mogą się zamieniać zawsze, by zawsze mogli dopchnąć się w końcu kiedyś do drzwi – bo nasz autobus jest fajnyczeka, aż wszyscy wysiądą.

Tu miał ładny, sformatowany być kod źródłowy, ale… no wiecie, „Word HTML”.

Czego nauczył mnie ten projekt?

Że kodzić trzeba. I chyba tylko tyle. Może troszkę korzystania z STLa w C++, jeśli liczyć także ogólnie laboratoria. Że przedmiot „Programowanie Obiektowe” to kolejne „klepanie kodu”, bez żadnej szczególnej idei. Że ile się nie napracujesz, to prowadzący rzuci tylko okiem na ekran, zobaczy migające kolorowe gwiazdki, powie „bardzo ładne” i postawi maksymalna ocenę, minus jeden za opóźniony termin oddania.

Czas wykonania – 9 dni (głównie 1 weekend i dopracowywanie w wolnych chwilach przez tydzień)
Metodyka – Ballmer Peak.
Skład: ikari & MKL.
Podział pracy: fair.
Satysfakcja: 7/10 – fajnie, bo ekspresowo napisane i działa. Na minus, bo mało optymalny przepchnij i przywiesza. Czasem zatykało się kompletnie, a w skrajnym tłoku pasażer wypadał za drzwi (!?) mimo wielokrotnego sprawdzania pozycji przy przestawianiu ;)

Wanna see it?

Gdyby ktoś chciał się pobawić i/lub obejrzeć kod – jeśli MKL uzna ten pomysł za dobry – niech da znać ;)
Przepraszam, za nudzenie nieinformatycznej części publiki, możecie mnie nienawidzić, ale musiałem :P Od pół roku chciałem przyznać się do napisania symulatora zachowania ludzi w autobusie ;)

Koniec.

♪ I tried so hard, and gone so far, ♪
♪ but in the end, it doesn’t even matter ♪

Od dawna słyszymy, że koniec świata nadchodzi. W zasadzie to ludzkość słyszy to od początku, prawdopodobnie dlatego, że lubi sobie takie końce wyobrażać, albo dlatego, że zazdroszczą światu, że trwa trochę dłużej od pojedynczego ludzkiego życia.

Powody rzekomego końca możnaby mnożyć: reakcja łańcuchowa zapoczątkowana zabiciem pszczół przez telefony komórkowe, globalne ocieplenie klimatu mające spowodować zlodowacenie (ten pdf to wszystko co zostało ze strony DayAfterTomorrowFacts… swoją drogą, szukając jej nie chciałem zobaczyć właśnie tego okazjonalnego logo Google), zachwieje się nam pole magnetyczne planety, czy też starożytna cywilizacja nie widziała sensu prowadzić swojego kalendarza dalej niż sięgną losy obecnej rasy ludzkiej, by życie mogło rozpocząć piąty i ostatni cykl, a bogowie — stworzyć jeszcze doskonalsze istoty. A może po prostu pozabijamy się nawzajem?
Ale wcale nie o przyczynę chodzi. I nie o to, by mieć pewność. Chodzi o to, „co jeśli”.

Zatem załóżmy, że zostało nam wszystkim 5 lat życia.

Więcej »

Dreamland

Sennie.

Czasem mi sie wydaje, ze najlepsze notki powstawałyby właśnie tak jak teraz… w łóżku, z klawiaturą na kolanach. Problem polega tylko na tym, że stąd nijak nie widzę monitora, bo jest za mały i za daleko. A może o to właśnie chodzi? By nic nie świeciło po oczach, bez kolejnego rozpraszającego Twoją uwagę światła, nie pozwalającego się skupić, czy raczej oderwać od tego realnego świata. Zamykam oczy…

Leżenie na łóżku, z klawiaturą na kolanach, pisanie z zamkniętymi oczami, które nawet po otwarciu ujrzałyby tylko deski na suficie – może o to właśnie chodzi? Może to w tym tkwi cały sekret? Bo przecież właśnie kiedy tak lezysz Twoje myśli najbardziej… rozwijają skrzydła, uwalniają się. Nie tylko od rzeczywistości, tego świata, tak realnego i namacalnego, ale także od pewnych ograniczeń i więzów, które je krępują. Myśli tuż przed zaśnięciem, kiedy powoli tracą spajającą je logikę, semnns, znaczenie… A może to tylko pozory. Bo znaczenie zdaje się rosnąć, ich waga wraz z nim… Najważniejsze mysli przychodzą tuż przed snem, kiedy nie mamy już szansy ich zapamiętać.
Podobno najważniejszych elementów snu nigdy się nie pamięta. Czemu?

Każdego dnia kiedy tak leżę, przychodzi dużo myśli. O wszystkim. o mnie, o Tobie, o Niej. Anioł, Szatan, życie, śmierć i matematyka (o tak, oto pierwotne byty i podstawowe wartości!).
Oj, gdyby tylko dało się tak uchwycić ostatni strumień myśli… Niemalże jak próba zarejestrowania ostatnich uczuć umierającego. Może niezbyt trafne porównanie, ale jakże prawdziwe.

Tak, to prawda, nie lubię dzielić się zbyt osobistymi myślami tak publicznie. A tak dużo ich przychodzi. Chciałbym podziękować Aniołom, które wytrzymują ze mną mimo moich snów – ikari, proszę, usuń to zdanie, kiedy się obudzisz ;).

W pisaniu tak naprawde przeszkadza to, ile rzeczy sklada sie na nasze zycie codzienne. Bo gdyby nie siostra, nie rodzina, nie nauka, studia, zajecia – tak, moglbym wreszcie poswiecic czas na wylanie swoich mysli, zali, strachow. Tylko komu? Przeciez nie moglbym tracic czasu na kontakty z ludzmi, rozmowe. Bylbym taki.. wirtualny i .. anonimowy? Hm… To nie byloby takie zle…

Zasypianie czasem jest trudne i przychodzi powoli. O kim mysisz przed zasnieciem? Tak, Ty. O kim?
Czy ta osoba mysli o Tobie, kiedy kladzie sie spac?
A moze w ogole wykreslila Cie ze swojej glowy?
A moze jest ich wiecej. A moze to Ty nie pamietasz juz o kims, kto byc moze mysli teraz o Tobie? Nie mysl, nie przypomnisz sobie. Na tym polega niepamietanie.

System Eliminacji Studentów Jest Aktywny

Póki co idzie mi dobrze, lepiej niż czasem się spodziewałem ;)

  • Matematyka Dyskretna: 80% ćwiczeń, 70% wykładu => 4
  • Matematyka I: 60% ;) ćwiczeń => egzamin ;<
  • Teoretyczne Podstawy Informatyki: 4.5, 5, Sekta Informatyki Kwantowej => 5 ?
  • Wprowadzenie (taa) do Informatyki: (18 + 29 + 33~38) / 100 => 4.5 chyba
  • Algorytmy i Struktury Danych: jestem dobrej myśli. Ambicje na 5.

Kolejna jesień.

Ludziom, którzy cierpią niesprawiedliwie, nie wystarczy sama sprawiedliwość. Chcą, żeby winowajcy też ucierpieli niesprawiedliwie. To odczują jako sprawiedliwość.
– z bota, ale jakze prawdziwe. Bez związku z notką.

PolChat

Na PolChacie zawsze jest dużo pracy. Ostatnio z okazji uzyskania statusu „pełnoprawnego” administratora naprawdę dużo. Jest wiele do zrobienia i na niektóre rzeczy nie można już dłużej przymykać oka.
Tyle, ile można zrobić by było lepiej, należy zrobić. Niech idioci nie myślą, że są bezkarni, niech ludzie nie myślą, że czat umiera, niech się coś dzieje i idzie do przodu.
Szkoda tylko, że sprawa nowych obrazków z mojej ulubionej serii prawdopodobnie rozbije się o prawa autorskie do nich – a były naprawdę miłe, niewielkie (nie lubię jak rozwalają układ tekstu), bardzo bardzo przyjemne dla oka, dobrze wykonane i nierzadko w pięknym stylu (treść, mimika emotek, zabawne detale). Oczywiście nie wszystkie, bo cała kolekcja jest ogromna, ale wybrane – te, które mogłyby troszkę wzbogacić wypowiedzi, nadać im koloru, humoru, ekspresji, czegokolwiek. Wiele osób znalazłoby wśród nich coś dla siebie (najbardziej ‚dedykowane’ były tam kapitan i piraci, dla naszych żeglarzy i maniaków szantowych)… Szkoda, kurde. Może jak się uprę to je sam przerysuję _-_…

Vexxarr! :D

Wiecznie zapominałem Was powiadomić o tym cudownym komiksie internetowym (przebrnijcie przez pierwsze kilkanaście odcinków, w końcu tak wciągnie, że nie opuścicie już żadnego) – Vexxarr.
Wspaniałe postacie, wspaniały humor, wspaniały komiks.

Studia

Jakoś to leci, przynajmniej póki nie ma zaliczeń. Czasem tylko ciężko się skupić, albo żal d* ściska, bo wykładowca nie rozumie tego, co ma nam przekazać i nie potrafi odpowiedzieć na pytania studentów.

I zawsze, kiedy jest, co robić, nie pozostaje zbyt wiele czasu, by o wszystkim myśleć. I jest lepiej… bezmyślnie=beztrosko…

Osobiste, nie czytać

(notka służy wyłącznie wylaniu z siebie takich tam pierdół, żeby nie dusić wiecznie w sobie)

Proszę Państwa, oto nielubiany przeze mnie (w sensie stosowania) ekshibicjonizm blogowy (ogg audio).

Od wielu dni zastanawiam się, jak tu poowijać w bawełnę, żeby jednak coś osobistego napisać, ale z drugiej strony zrobić to w taki sposób, by nikt się niczego broń Boże nie domyślił. Fajnie, nie? Bo przecież tu ktoś czyta, a nie chcę, żeby za dużo o mnie wiedział, tu ktoś zajrzy przypadkiem i nie daj Boże sie czegoś domyślił, tu kogoś będzie dotyczyć bezpośrednio (a to bardzo złe zło), tu sprawi komuś przykrość, a tu… a tu komuś ufam, a i tak nie umiem nic powiedzieć. Bo ja tak mam. I chyba mam ochotę zamknąć się do reszty, chociaż i tak przestaje być przed kim (o ironio!) [edit późniejszy: zresztą czasem stwierdzałem, że jeśli komuś mógłbym powiedzieć, to ten ktoś nie chce już tego słyszeć, ew. właśnie tego kogoś by to dotyczyło, więc lepiej nie.]
Więc (heh) oto wielka chwila. Teraz to ikari na chwilę zdejmie maskę.
Kiedy zadajesz sobie pytanie… tak, sobie samemu/samej… nie, nie ważne, czy na głos… Kiedy je zadajesz, po jakim czasie sobie odpowiadasz? Nie, nie liczą się pytania retoryczne. Ach… ach tak… A ja… Ja żeby znać odpowiedź potrzebuję roku. Albo ponad roku. Tyle czasu wystarczy, by doskonale poznać odpowiedzi na wszystko to, co męczyło i wydawało się takie trudne i niejasne. Mija rok i już doskonale wiesz, jak było i co należało zrobić. Rok. O wiele, k*a, za późno.
Nie daje mi to spokoju. Nie chce wyjść z głowy. Nie daje spać (dosłownie, od dwóch godzin nie mogę zasnąć). Przede wszystkim nie mogę się z tym wszystkim pogodzić. Nie mogę się pogodzić z tym, że miałem wątpliwości, z tym, że nie wiedziałem co mówić, z tym, że nie wiedziałem, co robić, z tym, czego nie powiedziałem, z tym, co powiedziałem nieszczerze, bo czułem się w tym wszystkim zagubiony i pod presją (…z tym, czego nie umiałem poprawnie zinterpretować…) odruchowo chciałem uciekać, z tym, co zrobiłem, z tym, co było dalej, z tym, co było jeszcze dalej, z tym, co jest teraz i cholernie mocno z tym, czego teraz nie ma.
Closer. Dużo dużo małych rzeczy.

Can’t take my mind of you…
I can’t take my mind of you… ♪ (x3.5)
(a tych wersów nigdy nie usłyszałem:)
Did I say that I loved you?
Did I say that I want to
Leave it all behind?

Scena po ‚próbnej separacji’ (!). Tak, ta, przy której standardowy widz się uśmiecha, wręcz śmieje. Scena przecież radosna i promienna i w ogóle. I, k*a, zajebiście bolesna.
Scena pierwsza. Potrącenie przez samochód, poznanie się.
Scena któraśtam. Bardzo dużo bardzo – khem – śmiałych pytań (i odpowiedzi). Nigdy nie odważę się ich zadać. Co nie znaczy, że mnie nie torturują… Ale to bez znaczenia… Jeśli.
Dziś już wiem, czego chcę.
What I want is what I can’t have
(Tatu – Craving)

Kiedy konfontuję tę myśl z tym, co jest… hm.. źle mi (tak, te słowa w tym miejscu to dla mnie szczyt „wywnętrzniania się” -_-).

(Niedziela 01.10.2006 23:01)
czy „:(” to nadmiar opisowego ekshibicjonizmu?
Ola: (Niedziela 01.10.2006 23:02)
nie

Miałem tu kiedyś napisać, że „Bliżej” i „Efekt Motyla [może być 2]” podawane razem to zestaw początkującego samobójcy. Ale to zależy, ile osobistych powiązań widz znajdzie w tych filmach. Nigdy nie odpowiedziałem na to pytanie (ad.”Bliżej”), prawda…?

Może to depresja jesienna (wywołana znacznie zmniejszoną ilością energii słonecznej, jaka do mnie dociera (pora roku i naprawienie rolety)), może efekt po tych filmach, a może po prostu po tym dostaniu po ryju i kradzieży telefonu tymczasowo straciłem zdolność do „zbierania się”.
Bo tak bajdełejując, to – jak Mon zauważył – bez telefonu, jak bez ręki. Bez ręki, budzika, latarki, notesu, kontaktu ze znajomymi, chociażby możliwością odbioru wiadomości, czy przypomnienia o swoim istnieniu…
Bez zdjęcia „jak wyglądam po innej fryzjerce”, bez sygnału, który wyrazi więcej, niż 1000 słów, bez wysłania tapetki z witchem, bez tematu pracy magisterskiej byłej nauczycielki chemii, bez EMSowego zęby.wbmp, bez trasy „Ironic” (!) w Nate Adams FMX, bez PINu, który był Twoją datą urodzin, bez sygnału o treści „pamiętam o Tobie” ani „widziałem Cię dziś w autobusie”, bez wykupowania kawy za SMS, bez SMSowania na wykładach Kurpa, bez seriala do XP, bez części siebie. A kiedy piszę, nie wiesz, kim jestem. A po chwili i tak ekran spowija mrok już na zawsze. I telefon dla niewidomych sadystycznie przypomina, że przyszedł nieczytany SMS… Czy to od Ciebie?
A może po prostu tęsknię.

Wszystko zostało już powiedziane, EOT.