TL;DR

czyli Too Long; Didn’t Read. To dopiero jest syndrom XXI wieku. Przywykliśmy do szybkiej informacji, skondensowanej, spakowanej, najlepiej w formie łatwo przyswajalnej informacyjnej papki, której wchłonięcie nie wymaga od nas wielkiego wysiłku. Jeśli informacja jest trudna, bylibyśmy najbardziej zadowoleni, gdyby była podawana bezpośrednio do mózgu. Zaraz… czy nie podobnie mówili nasi rodzice o telewizji? Mówi się o niej także o tym, że pożera czas i mózg ;-)

TV eats your brain

Obecnie rolę tę przejął Internet. Jest bardziej popularny, bo interaktywny – sami wybieramy sobie treść, którą będziemy się karmić, nikt nie układa dla nas odgórnie programu, a jeżeli wziąć za takowy harmonogram wstawiania czy kategorie treści w serwisie internetowym, to kanałów do wyboru mamy miliony, większość za darmo. Wciąż jednak wolimy filmik, albo chociaż podcast (chociaż treści w formacie audio w Polsce nie biją chyba rekordów popularności, niemniej jednak w stanach są dość powszechne). Gdy widzimy tekst – nie daj boże długi – uciekamy. Odkładamy na później, do głębokiej szuflady „do przeczytania”, albo, co gorsza, rezygnujemy całkowicie. Nawet kiedy natrafimy na potencjalnie ciekawy materiał wideo, chętniej odtworzymy go, jeśli ma półtorej do pięciu minut, niż 25 albo godzinę, prawda? (Sam przez kilka dni odkładałem ciekawy materiał o poszukiwaniu planet podobnych do Ziemi)

Bo nasze mózgi to leniwe bestie :) Lubią to, co łatwo do nich przychodzi, zaspokaja głód rozrywki czy wiedzy, a nie wymaga przy tym zbyt wiele wysiłku. Co gorsza, im bardziej je rozpieszczamy, tym bardziej utrwala się taka preferencja i trudniej nam wybrać coś w „cięższej” formie (np. książkę zamiast filmu, artykuł zamiast programu TV, choćby był o tym samym). Przeglądając Sieć wolimy obrazki od tekstów, komiksy z niewielką ilością dialogów, etc. – przykłady można by mnożyć.

Wynika to z tego, że podświadomość lubi natychmiastową nagrodę, dlatego jeśli coś nie przyniesie efektu od razu, odkładamy to na później.

Ostatnio naszą wytrwałość najbardziej osłabia walka z pokusami, na jakie jesteśmy nieustannie narażeni, uważa prof. Kathleen Vohs z University of Minnesota. Aby się oprzeć wszystkim docierającym do nas przekazom marketingowym, które zachęcają nas do kupowania gadżetów, samochodów czy słodyczy, musimy mocno eksploatować naszą silną wolę.
Kosztuje to mnóstwo energii, wynika z doświadczeń Holly Miller z University of Kentucky. Nawet badane przez nią psy, które przez 10 minut wykonywały komendę „siad”, traciły ochotę, by dobrać się do smakowitych kąsków ukrytych w zabawce. Wystarczyło jednak podać im trochę cukru, który jest źródłem energii dla mózgu, by zwierzęta nabrały wytrwałości w otwieraniu zabawki. Dr Miller nie ma wątpliwości, że ludzie reagują podobnie – utrzymanie samodyscypliny na co dzień pochłania tyle glukozy, że w końcu wpadamy w energetyczny kryzys. I jeśli wtedy jest coś do zrobienia, mówimy jak Scarlett O’ Hara, bohaterka „Przeminęło z wiatrem” – pomyślę o tym jutro. Opór przed czynnościami wymagającymi wysiłku wynika także z innej właściwości mózgu – pragnienia natychmiastowej gratyfikacji. Nasz narząd myślenia jest tak zaprogramowany, by ze wszystkiego, co robimy, bezzwłocznie czerpać przyjemność albo korzyść. Wskazuje na to eksperyment prof. George’a Loewensteina z Carnegie Mellon University. Proponował on ochotnikom obejrzenie błahej komedii lub skłaniającego do refleksji dramatu. Prawie wszyscy wybierali komedię, zapewniając, że arcydzieło kinowe z przyjemnością obejrzą potem.
Skąd my to znamy. Prawie każdy ma w domu zbiór filmów albo książek, do których obejrzenia zbiera się czasem od paru lat. Psychologowie pocieszają – nie oznacza to wcale, że jesteśmy płytcy albo głupi. Naprawdę chcemy oglądać Bergmana, podobnie jak porządnie przygotować się do egzaminu czy odłożyć pieniądze na emeryturę, tyle tylko że pragnący natychmiastowej gratyfikacji mózg wyłącza długoterminowe myślenie. Dzieje się tak nawet wtedy, kiedy w perspektywie mamy zysk.

src: Newsweek

Jak więc z tym walczyć? Trzymać listy „do przeczytania” i czytać, nie omijać ciekawych treści. Czytać jedną pozycję dziennie chociaż, a najlepiej ustalić sobie górny limit pojemności takiej listy – jeżeli czeka zbyt wiele rzeczy, przeczytajmy ze dwie rzeczy zanim dodamy coś nowego. Czytać książki. Zwolnić tempo życia i tracić mniej czasu na rzeczy „zajmujące tylko chwilę” (Jeszcze tylko zajrzę na Facebooka, Blipa, Twittera, GMaila, jeszcze raz Facebooka…). Zrobić plan i trzymać się go. Praca według planu pomaga zaoszczędzić mnóstwo czasu.
Nie żebym sam sobie dawał z tym radę ;)

Ślubuję Ci pośpiech i spóźnienie.

Budzik, znowu o parę godzin za wcześnie, otwarcie oczu i już mi się nie chce, jeszcze ten deszcz, jeszcze poleżę, jeszcze moment… Potem otwarcie szafy, pospiesznie jakieś ubrania, kawa pita, dla odmiany, w pośpiechu, torebka, płaszcz, klucze. Zgrzyt ich w zamku, zgrzyt zębami, wciąż o kilka minut do tyłu, ale w sercu jeszcze tli się nadzieja – może nie dzisiaj…? I jeszcze standardowy powrót do drzwi, czy zamknięte, znowu zamknięte, ale szarpnięcie klamki obowiązkowe. Zawodowo uprawiany pośpiech, a przecież obiecywałam sobie, te siedem, osiem minut, przecież już deficytu snu nie odrobię, a spóźnienie mogłam pokonać, zadać cios tymi minutami, decydujący, triumfalny. Cyfry na wyświetlaczu śmieją się bezlitośnie.
Biegnę, pomiędzy nadzieją a zwątpieniem, wypatruję znaków – zielone – wygrałaś, czerwone – awantura sumienia o wykonanie kreski [strata czasu – 60 sekund na oko.]
Hobbystycznie uprawiany bieg przez przejście, meta… fizycznie… osiągnięta. Tłumy ludzi na przystanku zerkają na mnie złowrogo: „zdążyła…!” Staję się potencjalnym wrogiem w walce o przestrzeń autobusu, hipotetycznym złodziejem powietrza. Wchodzimy, pojedynek o siedzenia, o lepsze miejsce, a może nawet bez powodu, dla zasady. Zajmuję swoje miejsce. Jedną ręką trzymam się krzesła, drugą – myśli, że jeszcze tylko parę chwil i sobie stąd wyjdę….
Parę chwil… autobus rzęzi, rzęzi… i utyka, zbiorowy jęk zbiorowej rozpaczy – imponujący sznur samochodów i autobusów, my w jego uroczym ogonie. Nasza wspólna podróż się przedłuża, jej kres niknie gdzieś na linii horyzontu… w chmurze spalin i szmerze silników…
Trzeba to przetrwać. Nerwowo otwieram torebkę, przeszukuję otchłań bałaganu w poszukiwaniu deski ratunku… słuchawka niemal uśmiecha się pod palcami, wyciągam odtwarzacz, wysyłam przebiegły uśmiech współpasażerom. Z miną ‘przechytrzyłam was’ wkładam do uszu słuchawki, wduszam przycisk. Nic. Cisza. Muzyka nie płynie… rozładowana bateria. Pośpiesznie chowam odtwarzacz wraz ze świeżym jeszcze a już przeterminowanym uśmiechem. Nie mam więc wyboru, staję się widzem w tym wieloaktowym przedstawieniu. Oglądam, odsłuchuję, chociaż nie kupowałam biletu.
…Nie kupiłam, nie było w tamtym sklepie, no wiesz, nie będę ganiała za tym teraz, może po zajęciach, zresztą jak się nie uda to… ale po co ty chcesz tam jechać?…
No i on mi mówi, że ja mu nie mówiłam o tym. Wiedziałam, że tak będzie.
Magda nie odbiera, nie wiesz co się z nią dzieje?
Pogadamy jak wrócę… Kocham Cię. Pa.
Rozmowy – ich szczątkowość. Telefoniczne, prowadzone w autobusach, tramwajach, metrze. Podczas podróży do pracy, szkoły, na uczelnie. W obecności tłumu obcych i  nieobecności tych, do których powinniśmy mówić. Komunikaty, krótkie i pozbawione większego sensu na przemian z wyznaniami miłosnymi. Wyznaniami, które przeplatane urywkami rozmów współpasażerów, wykrzykiwane pośpiesznie i nieuważnie.
I nagle myśl, że robię tak samo. Pośpiech, którego jestem uczestnikiem. Dokąd się śpieszę? Co przez ten pośpiech tracę? Dzwonię do rodziny i przyjaciół poinformować o istotnej kwestii korków, albo spóźnienia, o tak ważnej irytacji spowodowanej brakiem możliwości kupienia czegoś. Wysyłam sms przebiegając przez światło, nie gubiąc liter, ale tracąc sens. Sens bycia razem. Bez nerwowego spoglądania na zegarek. Nie patrzę im w oczy i nie delektuję się smakiem kawy i  ich obecności.
Patrzę na tych podrożnych. Widzę ich poranki, tak podobne do mojego. I nie chcę tak. Spoglądam na panią doniczką w ręku i mówię, że uwielbiam orchidee. Ignoruję sprawę korków i spóźnienia. Uśmiecham się. Wysiadam. Wolnym krokiem idę do kasy. Kupuję bilet. Pojadę zapytać czy czuli już zapach kwiatów kwitnących jabłoni i czy pamiętają jak… Będę słuchać, ale nie odtwarzacza, będę czuć, ale nie gniew na zmotoryzowanych i motorniczych. Wyłączę telefon.
Chociaż na jeden dzień.

— E.N.