Koniec.

♪ I tried so hard, and gone so far, ♪
♪ but in the end, it doesn’t even matter ♪

Od dawna słyszymy, że koniec świata nadchodzi. W zasadzie to ludzkość słyszy to od początku, prawdopodobnie dlatego, że lubi sobie takie końce wyobrażać, albo dlatego, że zazdroszczą światu, że trwa trochę dłużej od pojedynczego ludzkiego życia.

Powody rzekomego końca możnaby mnożyć: reakcja łańcuchowa zapoczątkowana zabiciem pszczół przez telefony komórkowe, globalne ocieplenie klimatu mające spowodować zlodowacenie (ten pdf to wszystko co zostało ze strony DayAfterTomorrowFacts… swoją drogą, szukając jej nie chciałem zobaczyć właśnie tego okazjonalnego logo Google), zachwieje się nam pole magnetyczne planety, czy też starożytna cywilizacja nie widziała sensu prowadzić swojego kalendarza dalej niż sięgną losy obecnej rasy ludzkiej, by życie mogło rozpocząć piąty i ostatni cykl, a bogowie — stworzyć jeszcze doskonalsze istoty. A może po prostu pozabijamy się nawzajem?
Ale wcale nie o przyczynę chodzi. I nie o to, by mieć pewność. Chodzi o to, „co jeśli”.

Zatem załóżmy, że zostało nam wszystkim 5 lat życia.

Poczytaj sobie całą fajną resztę tego wpisu »

Nauka swoje, świat swoje…

Myślałeś, że wiesz już wszystko o cieczach? Że wszystko, co wiemy o świecie, tworzy logiczną całość? Że zamiast piracić windowsa lepiej kupić linuksa? Że każdy post na blogu może być Twoim ostatnim (szokujące…), pomocnym w identyfikacji Twojego mordercy?

Wymiary po raz drugi

Dla wszystkich sympatyków mojej notki o mnogości wymiarów naszej rzeczywistości mam radosną nowinę – teorię zilustrowano animacją flash, uwzględniającą nawet wszechświaty o innych prawach fizyki, której sam nie potrafiłbym zrobić :P. Miłego oglądania, drodzy [co najwyżej] 10-wymiarowi obywatele!

Still there? ;)

Notka w systemie ratalnym, part 2

Zgaga, ludzie, siostra, pogoda i własny umysł przeszkadzają mi się skupić :P

Pisałem ostatnio, że – mniej więcej – każdemu mówi się to, co on właśnie powinien widzieć, co „jest mu przeznaczone wiedzieć” ;P Każdy usłyszy co innego, a te same słowa nie trafiają do każdej osoby po kolei, identyczne zaś rozmowy na gg nie są prowadzone z każdym z listy ani w grupowej konferencji. Co z tego wynika? Ano to, że ludzie budują w sobie obraz drugiej osoby poprzez interakcje z tą osobą, rozmowy, spędzany czas, kontakt. Nie wiemy nic o kimś, z kim się nigdy nie spotkaliśmy (tak, nie wiemy tak naprawdę nic, a zdanie innych, czy mass-media też przekażą tylko swój subiektywny i zapewne naginany do własnych potrzeb obraz). Jeśli zaś interakcja jednej osoby z pozostałymi jest w każdym przypadku inna – każdy buduje inny obraz. Jest tylu ikarich, ile ludzi go zna, lub o nim słyszało. Każdy inny, nie ma dwóch takich samych tak, jak nie ma dwóch takich samych obserwatorów z jednakowym bagażem „doświadczeń”. Wiele osób teraz zapyta „Który z nich jest prawdziwy?”. Czemu ludzie w ogóle zadają takie pytania? ;P KAŻDY lub żaden! Jestem sumą tych wszystkich obrazów, a nie poszczególnym lub odrębnym. Jestem ja w umyśle Twoim, ja w umyśle jej, jego, a także ja w swoim własnym. Jeżeli jakikolwiek obraz możemy nazwać „prawdziwym” – będzie to właśnie suma wszystkich pojedyńczych obrazów.
Jeżeli jakiś człowiek żył sobie gdziekolwiek, całe życie nie widział na oczy żadnego innego człowieka (z wzajemnością) i z nikim się nie skontaktował – to tak, jakby go nie było, prawda? Nikt go nie znał, nikt się o nim nie dowie. Nie było go. On też nic o sobie nie wiedział, nie mając z czym czegokolwiek porównać ani do czego się odnieść. A to, co wiedział – zabrał ze sobą na tamten świat.
A ja, choć swięcie przekoany, że już to na tym blogu pisałem, nie potrafię tego odnaleźć. Znalazłem za to to ;)

Co do poruszonego wątku z ciągłym powstawaniem równoległych światów z alternatywną wersją wydarzeń – wiąże się to nierozerwalnie z wielowymiarowym wszechświatem. Ale po kolei. Postaram się wyjaśnić moją teorię tak, jak kiedyś próbowałem łopatologicznie pokazać to ludziom ;) Gdybym umiał, zrobiłbym animację we flashu *mam jakieś wyobrażenie*… ale nie umiem ;P
Otóż (nie zaczyna się zdania od ‚Więc’ ;)) zacznijmy od podstaw. Wyobraźmy sobie przestrzeń jednowymiarową, czyli taką, gdzie istnieje tylko jeden wymiar – długość. Taką przestrzeń poznajemy już jako uczniowie szkoły podstawowej i jest nią… oś liczbowa. Mamy bowiem tylko jedną oś, a położenie w takiej przestrzeni określasz tylko jedną liczbą. Wszystko inne może leżeć tylko po lewej lub po prawej od danego punktu. Gdyby ludzie byli 1-wymiarowi to wyglądaliby jak paskudne długie nitki i nigdy nie mogliby się mijać ani wyprzedzać ;D To jak z samochodem mającym tylko 1 pas ruchu – żeby wyprzedzić, musiałby się znaleźć obok swojej „osi”, a to niemożliwe.
Ale wyobraźmy sobie, że mamy nie dwie takie, osie, nie trzy, czy dziesięć, ale nieskończenie wiele – ułożonych idealnie obok siebie, bez przerw i ściśle przylegających. Taką sytuację… też znamy. Jest to płaski układ współrzędnych. Aby w nim opisać położenie punktu, potrzebujemy już dwóch liczb – pierwsza to położenie na naszej pierwszej osi, a druga to jakby „numer” tej osi, czyli położenie na osi pionowej. Wszystko jest płaskie niczym bakterie oglądane przez mikroskop (to mnie zawsze intrygowało! Czemu one do cholery są PŁASKIE? Czemu pod mikroskopem wszystko widzimy w przekroju, możemy im zajrzeć do środka, a one mogą się okrążyć, a nie mogą przepłynąć nad sobą? To nierealne, nasz świat jest trójwymiarowy, czemu więc bakterie pod mikroskopem są trzymane na dwuwymiarowej uprzęży płaskiego świata?). Może to być także sytuacja, gdzie jedna oś (zazwyczaj pionowa) przedstawia jakąś wartość, a druga… kolejne chwile czasu. Czyli wykres.
Jeśli mamy takie płaskie przestrzenie… to weźmy ich troszkę więcej. Nieskończenie wiele. Ustawmy tuż obok siebie, tak jak robiliśmy poprzednio. To tak, jakbyśmy płaskie kartki papieru zebrali w ilości kilku tysięcy i uzyskujemy bryłę. Czyli przestrzeń. Dwa wymiary określają – tak jak dotąd – położenie na płaszczyźnie, a trzeci, „której” płaszczyźnie, czyli głębokość. Ale można też inaczej! Jeśli mamy kilka tysięcy kartek, a na każdej co innego… to można by zamiast robić z tego przestrzeń, ułożyć je kolejno, dodając do płaskiej przestrzeni oś czasu. Uzyskujemy… animację! :) Taką klasyczną animację, jak w anime i kreskówkach :)
My zaś, jak wiadomo, żyjemy w takiej przestrzeni trójwymiarowej, gdzie 3 wymiary określają położenie w przestrzeni. Ale nie poprzestańmy na tym! Weźmy po raz kolejny nieskończenie wiele trójwymiarowych przestrzeni. Trochę trudniej sobie wyobrazić, prawda? Klasyczny problem w informatyce ;P 4-wymiarowa tablice – można sobie je wyobrazić jako kilka sześcianów stojących obok siebie… No ale niech te 3-wymiarowe przestrzenie ściśle do siebie przylegają i tworzą coś więcej… Mamy więc 4-wymiarowy świat. I teraz chyba jasnym staje się, że tak naprawdę tym czwartym wymiarem jest czas. W trójwymiarowej przestrzeni wszystkie punkty są przecież nieruchome, czas zawsze trzeba było (choćby dla zachowania informacji o zmianach) dołożyć jako wymiar dodatkowy. Więc nasz świat jest 4-wymiarowy, tak? Mamy przestrzeń, mamy czas (co z tego wynika, powiem później ;P). Ale po raz kolejny – nie dajmy się ograniczać. Dołóżmy jeszcze jeden (pocieszę, że już ostatni) wymiar. Zyskujemy wobec tego nieskończenie wiele… czasoprzestrzeni? Wobec tego mamy nieskończenie wiele możliwości przebiegu czasu, CAŁEGO czasu, wersji historii. Są to właśnie te równoległe wszechświaty, które różnią się od detali po kluczowe momenty historii i ich konsekwencje. Światy, do których być może odnosimy się, zastanawiając, „co by było gdyby”. Światy, które być może są w zasięgu percepcji istoty zwanej bogiem lub „duchów zmarłych”, ostrzegających nas przed tym, co nadchodzi, ZNAJĄCYCH konsekwencje różnych możliwych naszych decyzji.

(Siostra mi strasznie przeszkadzała, więc mam wrażenie że wyszedł bełkot i zbyt łopatologicznie do tego podchodzę, choć mogę też napisać skróconą wersję :P Zobaczę, jak długo się to czyta ;P)

Dlaczego z faktu, że mamy cztery wymiary (szerokość, długość, wysokość, czas) miałoby cokolwiek wynikać? Otóż… [nie no, siostra nie daje mi na chwile spokojnie usiąść, chyba sobie odpuszczę =="]

To może tak dla chwili oderwania ;P

jw_amigowiec: (13:07)
Idzie Jezus, patrzy, a tu mr_jedi robi z amigowcem i ikarim sobie zdjecie XDD

Oryginalne, prawda? ;P

Ciekawe, że w poprzedniej notce spośród wszystkich poruszonych tematów w zasadzie tylko jeden wywołał burzę i wzorową długokomentową dyskusję, jakich mało. Właśnie ten o relacjach międzyludzkich, miłości i przyjaźni. Nasuwa się stwierdzenie, że „wszystkie piosenki są o miłości” (wspaniały przykład generalizacji, której nienawidzę ;P) – niby tak cholernie nieprawdziwe, ale jakoś nie da się zaprzeczyć, że odkąd świat pamięta to jest to temat-rzeka, pojawiający się wszędzie, gdzie tylko uda mu się wcisnąć. Fajnie by było, jakby zastąpiły go np. wizje apokaliptyczne, zagłady i końca świata ;P (Połowa książek opisywałaby koniec świata, mrrr, miodzio ;P).
Dziękuję, Meg, że zauważyłaś, że pisałem także na co najmniej 3 inne tematy :* :)

Mój opis, od 11 listopada do dziś brzmi „Święto Niepodległej Myśli”. Śliczne, wzniosłe hasło, prawda? Po części wynikł ze Święta Niepodległości, po części z ‚wolnych’ poglądów w blogowej notce i komentarzach. Bo myśl powinna być wolna, nieskrępowana, niezależna i niepodległa. Polak ma konstytucyjne prawo do wolności poglądów (co niedługo może się zmienić, prawda, panie Kaczyński?). Nikt nie może Ci zabronić mieć własnego zdania, zgodnego z Twoimi poglądami, uczuciami, systemem wartości i doświadczeniem tego, co masz za sobą. Nikt nie ma prawa narzucić Ci myśli, opinii czy punktu widzenia. Tym opisem chcę zamanifestować to pragnienie wolności, którą – wbrew pozorom – często ktoś próbuje nam ograniczać. A także dam do zrozumienia, że sobą jestem i pozostanę, nikt nie będzie mówić mi co mam robić, jak mówić, czego słuchać i co czytać. To, jak się zmieniam ja i moje poglądy to moja decyzja, [dobro]wolna i niezależna ;).
Przypomina mi się kolejna niezłomna prawda życiowa – ludzie zawsze próbują się wzajemnie zmieniać (najlepiej upodobnić do siebie i narzucić swój światopogląd, bo przecież „ja zawsze mam rację”, nie? :P), lecz ludzi nie da się tak po prostu zmienić. People don’t change.
The most basic fact of all Human conditions is that PEOPLE DON’T CHANGE (1)
People dont change. I tried to change for him and where did it get me? Nowhere. We are who we are… (2)
(więcej poza cytatami nie czytałem, linki są tylko jako podanie źródła :P)

Btw. W dniu wczorajszym osiągnąłem apogeum ludzkiego zmęczenia ;P i nie mam pojęcia czemu. Budząc się o jakiejś ósmej, o 12 byłem już półprzytomny, potem padnięty i czujący zmęczenie całym ciałem, położyłem się spać o 22, wymiękając i nie pisząc TEJ notki, aby wstać dziś po godzinie… 10. ;P To chyba mój rekord.

Do zobaczenia w następnym odcinku. ;)

Part II

Jest wiele rodzajów podróży.
Jeden z nich to podróż szczególna… podróż, która nigdy się nie kończy. Jakkolwiek to bajecznie brzmi, jest taka podróż, która nigdy nas nie będzie nudzić, zawsze będzie nas zaskakiwać, będzie pełna przygód, wrażeń i doświadczeń. Istnieje nie w książce, nie w bajce ani opowiadaniu babci… jest to podróż prawdziwa, istniejąca w naszym świecie, a odbyć ją może każdy z nas… jeśli tylko ma na to odwagę…
Każdy człowiek marzy o takiej podróży, prawda? Każdy chce przeżywać coś nowego, silne emocje, nowe wspomnienia i spojrzenia na życie. Niewielu jednak to realizuje, bo wszystkim wydaje się, że na podróże trzeba mieć pieniądze… Ta jest darmowa… jednak, jak każda pełna przygód i nowości, nie jest bezpieczna. To, co w niej spotkamy może nas naprawdę przerazić…

Jest to podróż wgłąb siebie…
Jedyne czego potrzeba, by ją rozpocząć to czas i samotność… Chwila ciszy… Kiedy można pozostać z samym sobą… Chcąc coś odkryć – gdzie wtedy sięgniesz, nie mając nic poza sobą? Spojrzysz wgłąb siebie… swojej duszy… swoich wspomnień…
Wgłąb duszy… Myślisz nad tym, jaki jesteś, kim jesteś… Dlaczego taki jesteś? Sucha, psychologiczna analiza swojego życia… być może dzieciństwa… kiedy duchowa glina, z której jesteśmy ulepieni była jeszcze świeża i miękka… Jakże łatwo jest zepsuć dzieło niechcący je deformując, gdy jest jeszcze miękkie lub bez patrzenia w przyszłość próbować od razu ulepić takie, jakim ma być końcowo… wszystko się pozsuwa, porozłazi, spłynie i zniekształci… i nic z tego nie wyjdzie… Tak samo wrażliwi jesteśmy w dzieciństwie. Opisywane słowami brzmi to jak „kolejna psychologiczna bzdura”, paplanina, „oklepane teksty pana psychiatry”… nie wydaje się przedstawiać wartości… ale zastanówmy się… Przecież każdy z nas, jeżeli chce, potrafi znaleźć jakieś zdarzenie z dzieciństwa, które być może jest naprawdę błahe, a jednak jego skutki… zostały na całe życie. Mogło się przecież zdarzyć coś, co nas zachęciło lub zniechęciło do konkretnej czynności, zajęcia, dziedziny… czy nie pozostało nam to do chwili obecnej? Czy nie zostanie do końca życia…? (Nie musi). Zawsze znajdzie się ciąg przyczynowo-skutkowy. Prosty system… akcja->reakcja… to prawda, cały wszechświat się na tym opiera… cały… sens…
Wgłąb wspomnień… czy kiedy znajdziemy wydarzenie lub decyzję w swoim życiu, które miało jakieś znaczenie… Nie, nie potrafimy nie myśleć o tym, nie tworzyć w naszym umyśle dziesiątek alternatywnych rzeczywistości (cóż za potęga twórcza drzemie w ludziach…), w których coś potoczyło się inaczej. Wyobrażamy sobie „co by było, gdyby”… Są dziesiątki, setki możliwości… Tak wiele razy zastanawiamy się, czy byłoby lepiej czy gorzej… marzymy o alternatywnych możliwościach… Ale czy to nie płakanie nad rozlaną kawą? (;_;) Nie możemy tego zmienić. Wybór dokonał się już dawno, a my musimy podlec łańcuchowi reakcji… Nigdy nie znaczy to jednak, że podobnego wyboru nie możemy dokonać ponownie. Jednak chwila… jeśli teraz dokonamy akcji..? Tak, pociągnie to za sobą długi łańcuch reakcji… Trzeba o tym pomyśleć… Ale to dla odmiany płakanie nad rozlaniem jeszcze nie zakupionej kawy… Ludzkie życie jest chyba zbyt krótkie, żeby się zastanawiać – zarówno nad tym co było, nad tym co teraz mogłoby być, jak i nad tym co będzie. Czasem wychodzi na to, że najlepiej jest po prostu brnąć przez życie żyjąc chwilą, nie myśląc o niczym i niczego nie żałując… oddać się przyjemnościom (?) życia. Ale to w naszym świecie też nie jest możliwe… bo jest system, bo są wartości i ludzie…
Tworząc inne światy… Miałeś kiedyś sen, w którym Twoje miasto wygląda zupełnie inaczej, niż w rzeczywistości? W miejscu obecnego centrum znajdujesz dziką polanę lub polną drogę.. lub wręcz odwrotnie – tereny które zawsze wydawały Ci się puste i nieciekawe, tu przypominają Las Vegas lub dowolny inny odległy zakątek świata… Czy ten świat jest lepszy, czy gorszy..? Myślałeś nad tym, prawda? Czy żyłoby się w nim dobrze..? Czy byłbyś szczęśliwy..? Czy nadal miałbyś tych samych znajomych? (Nie.) Co takiego musiałoby się stać w przeszłości, by świat obecnie tak wyglądał? To może się wydawać śmieszne, ale wystarczyłaby najdrobniejsza możliwa zmiana (oj od lat wracałem w myślach do tego tematu) – wyobraźmy sobie, że ktoś, kto miał duży wpływ na historię danego miejsca, pewnego decydującego dnia obudził się 10 minut za późno, zestresował, potknął się idąc do pracy… Zmienił mu się humor, sposób myślenia, podjęte decyzje. Jedna zmiana „tak” na „nie” mogłaby obalić cywilizacje – gdyby tylko istniał punkt odniesienia. Jak bowiem udowodnić, a co dopiero pokazać, że „gdyby” to byłoby inaczej? Jak pokazać nagranie z TAMTEGO świata, skoro żyjemy w TYM… Przytłaczający jest fakt, że nie mamy z czym porównać sytuacji, nigdy nie możemy na pewno stwierdzić, czy rzeczy potoczyłyby się lepiej czy gorzej i to nie tylko dlatego, że patrzymy częściej subiektywnie, niż obiektywnie, ale dlatego, że nie mamy na co patrzeć… W wyobraźni sami nie stworzymy świata doskonale dopracowanego, nie przewidzimy wszystkich możliwości…
Kiedy indziej wcale nie myślisz o świecie całkowicie innym, nie obchodzi Cię czy Polska byłaby na mapie (i gdzie) ani czy za oknem nadal byłyby te same ulice i czyim nazwiskiem byłyby nazwane… Zastanawiasz się nad swoim własnym, prywatnym, intymnym, osobistym życiem… Nad wszystkimi tymi chwilami, które się w nim liczyły, nad chwilami i osobami które były lub nie… Co by było gdybyś kogoś znał lepiej, albo nie znał wcale, jak wyglądałoby życie Twoje i tej osoby… Czy ten ktoś wolałby Cię znać? Czy może gdybyście się nie spotkali, jego życie byłoby lepsze? Tak często wydaje się, że najlepiej dla innych by było, jakby nas nie było… Ale… Znowu naprawdę nie mamy punktu odniesienia. Nie możesz tego wiedzieć.